Ponure Katowice, słoneczna niedziela, Pumpkin Spice Latte, jesienne pokazy i Kuchnie Świata

Jesienny półmrok otula ściany fioletowego pokoju, nienachalnie zaciskając zmęczone powieki. Późnowrześniowy chłód, od ciekawskiego przyklejania nosa do świeżo umytych szyb, pozostawił ślady zmarzniętego oddechu (to takie niewielkie obłoczki pary, puste w środku). Zgasł płomień wzorzystej świeczki, nadając pomieszczeniu aromat cmentarnego święta, kiedy to ludzie wyciągają z dna szafy najlepsze kapelusze, i rzucając oczami na prawo i lewo, szepczą, arogancko chichotając pod nosem. Do nogi przytula się usierściony pies, zachłannie łapiąc resztki nocnego snu, gdzie można wszystko. Z żalem wyślizguję się spod ciepłego ramienia, odgarniam dłonią falę męskich loków, zrzucam pachnącą płynem do płukania tkanin czarną kołdrę, z krwistymi, nie pozbawionymi cierni różami. Nie włączając światła, wsuwam stopy w puchate kapcie, nakładam satynowy szlafrok i utrwaloną w pamięci drogą kieruję się do kuchni. Na gazie stawiam srebrny czajnik wypełniony wodą na 2 filiżanki plus trochę. Zerkam przez okno oczami wyobraźni, bo krajobraz przysłania gęsta jak mleko mgła poprzetykana latarniami. Wtem powraca wspomnienie nieprzyjemnego odczucia z dzieciństwa, gdy mijałam mieszkania, w których ktoś przypalił to kozio-krowie obrzydlistwo. Widzę tam zawsze niebeztroską siebie, skrzywioną swądem, ludzkim fałszem i bezczelnością. Przez upchany retrospekcjami umysł przelatuje mi jeszcze kilka obrazów, całkiem różnych. Z zamyślenia wyrywa mnie gwizd nabuzowany gorącymi bąbelkami. Zalewam napary życia: liliową herbatę i orzechową kawę (pierwszą, ale nie ostatnią – i to jedyne, co w ciągu dnia pewne), potem, powolutku, ostrożnym krokiem, udaję się do swego zakątka, by, pijąc łyk po łyku, podumać na tylko mi znane tematy. Świat śpi, bo to jeden z tych momentów, kiedy jestem sama, i lubię to potwornie: tylko ja i moje mentalne wariacje. Zanurzam się. Odpływam.

Nocna roleta zwinięta z panoramy. Tłem białe światło przestudzonego porą roku słońca. Nagie gałęzie splecione we wstydliwym uścisku, rumienią się chrupkimi jabłkami. Kryształy rosy huśtają się na niepewnych końcach cienkiej trawy. Trzask szklanej butelki wrzucanej do osiedlowego kosza. Pierwsze spacery z puszystymi pupilami. Szum. Niewielki rozgardiasz. Bliskie sercu kroki rozpoznawalne na odległość niezmierzonych kilometrów. Czułe objęcie, sercowe spojrzenie. Niedzielna opieszałość, bo wtedy dla uniwersum nie trzeba nic, lecz zachłannie wszystko dla siebie: wypady, przyjęcia, grille, spotkania, zabawy. U nas przeważnie mniej tłoczno, niezbyt rozrywkowo, niezaprzeczalnie relaksacyjnie razem.

Jedziemy. 30 km miarowym tempem. Liście spowite złotym suknem, kasztanowymi kolczykami i czarnymi wronami rozpościerającymi skrzydła. Wiklinowe kosze zmierzają do pobliskich lasków z nadzieją na owocne zbiory: do słoiczka, do obiadku, do wódeczki. Rozmowa z tych pięknych, bo wspólnych, spokojnych, z naturalnym uśmiechem. Drogi niezbyt pojazdami pozastawiane, więc szybciej niż zazwyczaj. Parkujemy (traf chce, że zawsze wolne to samo miejsce). Przekraczamy hałaśliwe wrota bogactwa, rozpusty, muzyki, zakupów oraz publicznych toalet (nienawidzę za ten nierzadko pozostawiony syf, brak papieru, woń najtańszego odświeżacza, a jednak muszę, choć nie chcę; ale lustra mają tam fajne, bezkresne), by zmierzać w konkretnym kierunku, tuż, tuż, niedaleko ruchomych schodów, księgarni i tej mniejszej fontanny, już widzę, stoi jak stał ostatnio: STARBUCKS COFFEE, czyli kawiarnia idealna dla zapamiętałych kawoszy. I mimo, że wzrokiem ogarniam, to od początku wiem czego pragnie moje podniebienie, po co tutaj przyjechałam, jestem, stoję, z-a-m-a-w-i-a-m: PUMPKIN SPICE LATTE, a więc wyborną kawę dyniową serwowaną wyłącznie w tym mroźniejszym sezonie, o cudownie pomarańczowym odcieniu, z grubą warstwą gęstej pianki i korzennymi przyprawami (bo moje smaki zaczynają się jesienią, trwają jeszcze zimą, kończą się wiosną, nie nadchodzą latem: jagody, maliny, agrest, rabarbar, jeżyny nigdy nie wygrają z imbirem, cynamonem, orzechami, śliwkami, figami – powiadam NIGDY). Z nagła jak Lange pochwalny utwór do kawy kreuję (choć on mokkę cenił, ja za dodatek czekolady dziękuję, z kolei z pianki nie sposób zrezygnować):

Witaj mi, witaj, kawowa rozkoszy!

Jesienną dynią jesteś zabarwiona,

Twój smak, aromat mniej wykwintnych płoszy,

usta me próbują – czuję się spełniona!

 

Ostrość cynamonu, delikatność pianki,

Moc twa wypełniła: ciało, ducha, głowę.

Uzyskałaś miano wybitnej kochanki,

Oddaję pokłony: latte sezonowe!

(autor: Ja)

I podczas gdy Ja w umyśle tworzę, racząc się tą wybitnością, On, dla kontrastu, popija letnie właśnie, w postaci zimnego, kremowego, bitą śmietaną ozdobionego, truskawkowego Frappuccino. Napojowy Raj. Niechaj trwa dłużej niż mu dane, zwłaszcza, że ludzi naokoło garstka, bo tłoczą się przy Placu Tropikalnym; tam jesienny pokaz mody, prowadzącą Małgorzata niegdyś Rozenek, teraz Majdan (albo Rozenek-Majdan) i jeszcze metamorfozy Mai Sablewskiej. No zerkniemy, zerkniemy, jak już na miejscu, to szkoda by nie, ale to za chwilę, bo tej kawy łyk ostatni. Wstajemy. Idziemy. I mijają Nas Oni, a My Ich, zmierzając do zbiorowego celu. A wybieg tam taki, na nim ładne panie i ładni panowie, w czapkach, szalach i kurtkach, a przecież tak duszno; stąpają dostojnie, z minami poważnymi, że aż strach (ale ja pewnie wyglądam nie inaczej – w sensie, że z miną groźną, kamienną – gdy przemierzam wszelakie chodniki, ścieżki, ulice). Po 3 kolekcji w tył zwrot i do sklepiku artykułów nie od ręki się udajemy: Kuchnie Świata, a że człowiek epizodycznie ma okazję, to oczami pożera, do domu zagarniając słodki napój sojowy i ten z miętą i arbuzem, mąkę kokosową, masło orzechowe oraz wodę różaną.

Wracając, akurat tutaj, na przechadzki nie mamy ochoty, bo sceneria nie ta, której się łaknie (a łaknie się malowniczej, wprost baśniowej, odrobinę tajemniczej, górami otoczonej, do końca niezgłębionej – i pójdę kiedyś w takie nie znane. Poznam. Co się będę), więc samochód, dźwięk zamykanych drzwi, zapięty pas i do domu. W domu film, o wstrętnym pedofilu, ale o tym filmie kiedy indziej.

I taka to była niedziela.

 

 

 

 

 

 

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii, Moje wiersze, Życie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *