Drożdżowe świnki z białym serem

Na początek tego tygodnia mam świetny przepis na drożdżówki, które można zabrać ze sobą na drugie śniadanie albo zjeść po prostu w ciągu dnia, ot tak, dla przyjemności, popijając kubkiem gorącej kwiatowej herbaty, mocnej, czarnej kawy, gęstej, aksamitnej czekolady lub słodkiego kakao (koniecznie z mleczną pianką).

Przepis jest świetny nie tylko smakiem, ale i kształtem, bo są to bułeczki w kształcie… świnek! 😉

Drożdżówki są puchate oraz mięciutkie (wprost rozpływają się w ustach).

Przepięknie pachną (zresztą jak każde drożdżowe – uwielbiam ten zapach!) i cudownie smakują.

Ja nafaszerowałam je masą serową, ale może to być też duża kostka czekolady (na przykład z całymi orzechami laskowymi), krem czekoladowy, masło orzechowe, masa krówkowa, ulubiony dżem bądź marmolada (z dzikiej róży, z czarnej porzeczki, morelowa – takie tutaj widzę ja).

Polecam!

Przepis na drożdżowe świnki z białym serem (12-14 sztuk) (Przepis na ciasto pochodzi z bloga: https://ciastkozercy.pl/, a na masę serową z Moich Wypieków; zmieniłam sposób wykonania)

Składniki:

Ciasto drożdżowe:

  • 2 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 50 g świeżych drożdży
  • 3 jajka
  • 0,5 kostki margaryny
  • 0,5 szklanki cukru
  • 100 ml mleka

Masa serowa:

  • 300 g twarogu półtłustego (trzykrotnie zmielonego)
  • 50 g miękkiego masła
  • 1 żółtko
  • 0,5 szklanki cukru pudru
  • 1 łyżka cukru waniliowego

Dodatkowo:

  • 1 jajko wymieszane z 1 łyżką mleka (do posmarowania)
  • 1 białko (do przyklejenia nosów i uszu)
  • draże czekoladowe (na oczy)

Sposób przygotowania:

W ciepłym mleku rozpuścić drożdże oraz 3 łyżeczki cukru – odstawić na około 30 minut do wyrośnięcia.

Margarynę roztopić, wystudzić, wymieszać z jajkami i pozostałym cukrem.

W dużej misce połączyć mąkę z rozczynem i masą jajeczną – zagnieść gładkie oraz elastyczne ciasto (w razie potrzeby dodać więcej mąki), uformować w kulę i odstawić pod przykryciem na 1 h.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 12-14 części i z każdej z nich oderwać fragment na nos oraz uszy.

Każdą kulkę rozwałkować na grubość 0,5 cm, na środku wyłożyć 1 łyżkę masy serowej (masło utrzeć z cukrami na puch, potem dodać żółtko, a na końcu ser – połączyć), dokładnie zlepić i miejscem zlepienia poukładać na blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Z odłożonych fragmentów ciasta uformować uszy (nieduże kółeczka złożyć na pół, co stworzy efekt oklapniętego ucha) oraz noski (można też rozwałkować i powycinać kieliszkiem), przykleić je na białko, a słomką wykonać dziurki.

Bułeczki z wierzchu posmarować jajkiem wymieszanym z 1 łyżką mleka.

Piec około 15-20 minut, w temperaturze 200°C (wierzch musi się zarumienić).

Wyjąć i w jeszcze ciepłych umieścić w miejscach oczu draże czekoladowe.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bułki słodkie, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

Miodowa babka z jabłkami

Przyroda zatęskniła za jesienią i dzisiaj właśnie o niej przypomina, a że jesień nieodłącznie  smakowo kojarzy się z jabłkami, to proponuję na zbliżający się weekend (albo jeszcze dzisiaj na podwieczorek!) upiec tę cudowną babkę: wilgotna, ale jednocześnie puszysta, mięciutka, a przy tym miodowa, z kostkami jabłek w środku i z półplasterkami z wierzchu, do tego wyczuwalny smak masła oraz przypraw korzennych.

Aromatyczna i przepyszna.

Łatwa i szybka w wykonaniu.

Można ją upiec w tortownicy – wtedy ciasto przyjmie bardziej elegancką formę – ale można też podobnie jak ja, w keksówce, by było swojsko, do pokrojenia w plasterki (ewentualnie grube plastry), tak do dużego kubka mocno cytrynowej herbaty 😉

Polecam i jakby kogoś naszła ochota na coś z jabłkami, ale z dodatkiem czekolady, to zachęcam również do upieczenia czekoladowego ciasta z jabłkami!

Przepis na miodową babkę z jabłkami (tortownica o średnicy 23 cm lub keksówka o wymiarach 21×10 cm) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Ciasto:

  • 250 g mąki pszennej (tortowej)
  • 200 g miękkiego masła
  • 40 g cukru
  • 175 g płynnego miodu
  • 3 duże jajka
  • 1,5 dużego jabłka
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1 łyżeczka imbiru
  • 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

Dodatkowo (na wierzch):

  • 1 duże jabłko
  • 50 g miodu

Sposób przygotowania:

Masło utrzeć z cukrem na puch, potem wlać płynny miód (jeśli jest w formie stałej, to najpierw należy go podgrzać) – połączyć. Następnie dodać jajka – zmiksować.

Do utartej masy wsypać mąkę przesianą z cynamonem, imbirem, sodą i proszkiem – wymieszać.

Na sam koniec wmieszać pokrojone na dość drobną kostkę jabłko (wcześniej trzeba je obrać i usunąć gniazda nasienne).

Ciasto przelać do formy, wyrównać, a na wierzchu poukładać półplasterki jabłka.

Piec około 1 h, w temperaturze 160°C.

Wyjąć i jeszcze ciepłe posmarować miodem.

Zaszufladkowano do kategorii Babki, Owocowe, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

Nadrabianie przeszłości – część XI: „Opowieści rodzinne: Falbanki, Woalki, Wachlarze” autorstwa Krystyny Siesickiej

Magia codzienności jest czymś, czym oszałamia i nasyca się moja Dusza; wędruję po świecie i wyostrzając zmysły poddaję się zachwytom niezmierzonym, zachwytom mocnym na chwilę albo lżejszym na zawsze (mogą też być mocne na zawsze i lżejsze na chwilę).

Wyłapuję okiem widoczne i nie. Słyszę dźwięki niesłyszalne. Czuję zapach kwiatów, staroci, marzeń i księżyca. Na języku noszę smak kawy i przeszłości.

Nie potrzebuję lazurowej egzotyki Morza Karaibskiego ani kwitnących w Japonii wiśni, bo nie mniej uderzy mnie błękit otoczonego górami jeziora czy uginające w starym ogrodzie od rubinu słodko-kwaśnych owoców drzewo.

Lubię zamierzchłe i mroczne. Dzikie i opuszczone. Zapomniane i bogato zdobione.

Takie właśnie są dla mnie książki autorstwa Krystyny Siesickiej: drobiazgowe, łagodne, sielankowe, z pewną dozą enigmy, pouczenia, humoru, pośród których błąkają się nastoletnie problemy i ich nastoletnia interpretacja.

Wracam do nich będąc już dorosłą kobietą i zwyczajnie roztkliwiam, upajam tą atmosferą; czuję się tam naprawdę dobrze, czuję się tam chciana.

Na blogu poopowiadałam już o serii: „Zapałka na zakręcie”, „Pejzaż sentymentalny” i „Zatrzymaj echo” oraz króciutkiej opowiastce „Zapach rumianku”, a teraz przyszła kolej na tryptyk „Opowieści rodzinne: Falbanki, Woalki, Wachlarze”, które pokochałam już za sam tytuł, bowiem uwielbiam sukienki, koszule, rękawiczki tudzież poduszki obszyte falbankami, podziwiam wszelkie spinki, toczki, opaski oraz fascynatory z woalkami, a podczas upalnych dni rozrzedzam gęstniejące niczym budyń śmietankowy powietrze koronkowym wachlarzem 😉

A więc tak…

FALBANKI

O małych ploteczkach, zabawnych pogaduszkach, moja babcia mówi: falbanki.

Do wielkiej poetki Róży Firlej (szczupła, o niebieskich oczach, bladej cerze i rudych włosach), która mieszka ze spanielką Tutką, wyżłem Sobusiem, kotką Lulą i kocurkiem Franiem (mąż Juliusz już nie żyje) 3 km od Wełnianego Rynku, w domu nad jeziorem ze spienionymi tiulem bielszym niż śnieg firankami, lampami z abażurami z muślinu, batystu, wstawek i angielskich haftów, czarnym bujanym fotelem z bladożółtą plecionką, szarym dywanem w niemal żywe róże i ledwo zielone liście, kominkiem z klinkierowej cegły, pachnącą lawendą lub passiflorą pościelą, „koszyczkami szczęścia” malowanymi w różowe kwiaty, porcelanowym dzwonkiem z niebieskim, holenderskim wiatrakiem, staroświecką komodą zwaną szyfonierą oraz kwietnikiem określanym żardinierą przyjeżdża na ferie zimowe 15-letnia wnuczka Melania, a w ślad za nią rozmiłowany w komputerach, grubawy i piegowaty 17-letni kuzyn Pete (jak się okazuje niezwykle wrażliwy i wyrozumiały) wraz ze swoim życzliwym i przystojnym przyjacielem Jonaszem (jego rodzice zmarli, więc mieszka w domu dziecka), na widok którego serce młodocianej Meli skrycie mocniej zabiło, z czego postanawia zwierzyć się ukochanej babuni, jak również z tego, że jej mama Adriana, będąca córką babci, postanowiła rozstać się z tatą Jaśkiem. Ta smutna informacja, ale i inne smutki i radości, a przede wszystkim chyba to, że każdy za Różą wprost przepada, bo jest mądrą, urzekającą, chociaż trochę szaloną (jak to artystka) osobą sprawiają, iż powoli (poza od czasu do czasu sąsiadką Konstancją Żulichą i naprawiającym telefony Panem Grzymalskim), zaczynają zjeżdżać się pozostali członkowie rodziny: „Zielony Adam” (syn) z żoną Zytą (rodzice Petego), ojciec Meli (zięć weterynarz) z kotkiem Lulusiem, nawet chodząca po światowych wybiegach najmłodsza, zniewalająca urodą córka Tamara, by popijając zbożową „kawusię” i chrupiąc rumiane rogaliki ogrzewać się w domowym cieple, wspólnie wspominać, planować, śmiać i ocierać łzy; by po prostu tu być.

 

Chodzenie jest ludzkie jak w zegarze.

– Czy trudno jest zdobyć wiedzę o życiu taką jak twoja, babciu?

-Nie, to nie jest trudne. Bolesne, raczej.

Czy uważasz, że jeżeli ktoś jest psem, to już nie może mieć marzeń?

Dom zamyka w sobie tyle życiorysów.

Nie można mylić zakochania z miłością. Zakochanie jest szaleństwem, które trzeba kontrolować, bo wcale nie wiadomo, czy będzie z niego miłość. Dopiero miłość jest poważną sprawą (…) Czasami trzeba długo szukać, zanim znajdzie się człowieka odpowiedniego do miłości.

Nie można zostawić człowieka tylko dlatego, że się na chwilę zwątpiło w jego niezbędność. W konieczność bycia z nim. I tylko z nim.

Jeżeli tajemnica ma zostać tajemnicą, powód tego też jest tajemnicą.

Tak już jest na tym świecie, że jak kto sam stary, a jeszcze bida u niego, to szacunku u ludzi się nie doczeka.

Czy trudno jest żyć obok siebie, myśląc inaczej? Pewnie tak, ale przecież niekoniecznie trzeba się ranić.

Łatwo jest kochać i odchodzi się łatwo. Najtrudniej jest wybaczać.

Nie zna się prawdy o drugim człowieku, nawet jeżeli mówił ci coś o sobie, to jest niemożliwe. Prawdy o tobie również nikt nie pozna, człowiek jest nieprzekładalny na słowa. Podobnie z faktami. Kto wie, czy nie ważniejsze od faktów jest to, co dzieje się po nich, i dlatego tak ostrożnie trzeba ważyć własne sądy.

Trzeba tak żyć, żeby nie wstydzić się swojego miejsca w czyimś pamiętniku.

 

WOALKI

W upalne dni wszystkie kolory wyglądają, jakby łaskawa ręka Boga przyrzuciła je woalkami, żeby nas nie raziły w oczy.

14-letnia Paulina Lam jak zwykle przyjeżdża na wakacje do dziadka Joachima Morsa (jego żona Barbara zmarła), który jak sam powiada: „jest uczniem diabła”, a w porównaniu z nim Baba Jaga wydaje się rozkoszną paniusią, lepkim od słodyczy cukiereczkiem, co jest oczywiście mówione w żartobliwym tonie, bo dziadek Joachim może i ma specyficzne poczucie humoru, jednakże cieszy się powszechnym uznaniem (jest sławnym malarzem impresjonistą), każdy zwraca się do niego „Mistrzu”, jest zapraszany na wszystkie uroczystości, obdarowywany upominkami (świeże jajka, ser, rzodkiewki, jabłka, wiśnie, pomidory, płótno) i chętnie odwiedzany przez społeczność niewielkiego miasteczka (zwłaszcza przez Pana Plebana, wprost rozpływającego nad smakiem szarlotki, kwasu chlebowego oraz wiśniówki), do którego wprowadził się po osobistej tragedii (spowodował wypadek, w którym zginęła jego córka Ewelina – mama Pauliny). Jego otoczony niskim płotkiem dom, który stoi  nieopodal rzeki oraz mostku, ma pochyły daszek i przekrzywione drzwiczki, jest mały, ale to dom do kochania. Nic, że trzeszczy podłoga w sieni i że znowu zaczęły skrzypieć zawiasy okiennic. Pękła jedna z belek podtrzymujących dach ganku, a ciemna szczelina ciągnie się na całej wysokości, zamieszkuje jeszcze przepiękna papuga Danuśka (otrzymał ją od Pana Rajmunda, który wyleciał do syna do Brazylii) oraz pomagająca w domowych obowiązkach Pani Lucynka, czyli Pani Wielka Czyściocha (Joachim w ogóle lubi nadawać ludziom ksywki, bo jest tu też Pan Warsztat Szewski, Pani Świetna Kapusta Kwaszona, Panie Mądrale ze szkoły i wielu innych ). Dziadek stara się nauczyć Paulinę „malować z głębią”, stara się też zdystansować ją do ludzi i do życia, tłumaczy, że tata Filip miał prawo zakochać się w Tamarze, że rozpoetyzowana, ubierająca w przedziwne stroje Marysieńka to dobry materiał na przyjaciółkę, a Radek niekoniecznie jest dobrym materiałem na chłopaka (chociaż może…?)

A w opowieściach oraz przedmiotach nie raz i nie dwa przewija się duch mamy Joachima Stefci Gierszówny i babci Tekli z domu Chorążanki

 

Na rozpacz nie ma rady.

Ubranie nie ma z tym nic wspólnego. Damą się jest albo nie.

Racja może być tylko słuszna, jeżeli jest niesłuszna, nie jest racją, tylko kompletną bzdurą.

Prawdziwy mężczyzna nigdy nie mówi „uciekajmy”, po prostu nie zna tego słowa.

Czasami modlitwa za czyjąś duszę bardziej potrzebna jest żywym niż zmarłym.

Człowiek bez tajemnic nie jest dużo wart, chociaż oczywiście, wszystko zależy od tego, jakie one są.

 

WACHLARZE

To właśnie ja dostałam od Róży Firlej czarny wachlarz z Andory. Od lat leżał na białej komodzie w jej pokoju, pośród innych pamiątek, ale pewnego dnia, kiedy siedziałyśmy przy herbacie w bawialni, podniosła się, poszła na górę i za chwilę wróciła z wachlarzem w ręku. – Proszę przyjąć ode mnie na szczęście – powiedziała.

Elżbieta (zwana Elizą) umieszcza ogłoszenie w gazecie, na które odpowiada Róża Firlej i daje jej pracę w roli sekretarki, w związku z czym kobieta wsiada w przystosowany do przewozu wózka inwalidzkiego samochód (ma synka chorego na porażenie mózgowe, ale teraz przebywa on w holenderskim centrum dla dzieci), pakując połowę przedmiotów (jest po rozwodzie, bo stworzyła małżeństwo z miernoty i pustych kalorii) oraz śliczną jamniczkę Ritę, mającą silne poczucie godności osobistej i wyrusza w poszukiwaniu nowego, lepszego życia. Na samym wstępie lokuje się w hotelu „Pod Złocistą Chryzantemą”, w którego recepcji pracuje Radek, często wpada też Marysieńka, jednak dość szybko poznaje sympatycznego mecenasa Alfreda i jego nie mniej sympatyczną żonę Zuzę (ciut mniej sympatyczna jest ich pomoc domowa Pani Cesia, ale to na początku, potem nadrabia), którzy proponują jej wynajem domku po ogrodniku Wawrzyńcu: prowadziła do niego ścieżka między dwoma szeregami porzeczek i agrestu. Była to mała chatka, biała z czerwonym daszkiem i framugami okien pomalowanymi na brązowo. Dwa niewielkie pokoiki, kuchnia wielkości dużej serwety, łazienka z brodzikiem. Wszystko czyste, odmalowane, puste, ale nie na długo, bowiem malarz Joachim Mors postanawia podzielić się z nią swoimi meblami. Kiedy remont dobiega końca Elżbieta zaczyna zastanawiać się cóż począć z listami otrzymanymi od Róży, z których poznaje historię jej najbliższych, jednak najbardziej zastanawia ją: gdzie jest tak przez wszystkich poszukiwana tajemnicza Tamara?!

 

Kwiaty też tracą zapach, kiedy więdną.

W najmniej oczekiwanych okolicznościach przytrafiają się najmniej oczekiwane rzeczy.

Kobiety, które tracą rozum z miłości, piszą bełkotliwe listy.

Jak w oknach są firanki, to znaczy, że dom żyje.

Jak biedak biedakowi nie pomoże, to nikt nosem nie kiwnie.

Każdy z nas nosi w sobie i dobro, i zło, problem tkwi tylko w umiejętności wybierania z siebie.

Żyć trzeba tak, jakby człowiek był zawsze o godzinę przed czasem, tylko wtedy można znaleźć chwilę na przywołanie zdrowego rozsądku, który, choć sam w sobie bywa paskudny, nigdy nikomu nie zaszkodził.

Czasami anonimowość znaczy tylko tyle, że ktoś nie chce ani żadnych pochwał, ani podziękowań.

 

„Opowieści rodzinne” to książka, w której można poczuć się jak w przytulnej chałupce, gdzie każdy przyjaźnie zaprasza, szybko dostawiając krzesło i szklankę gorącej herbaty, nie dając poczucia że jest się zbędnym, a wręcz przeciwnie: że należy się do tej rodziny, że zawsze można przyjść po radę, uśmiech i zrozumienie. Urokliwy klimat, gościnność, malownicza okolica, rozbrajające (ale też pełne dowcipu i mądrości) rozmowy sprawiają, że te 392 strony (Wydawnictwo Akapit Press) mijają w tempie błyskawicznym. Bohaterowie, którzy kręcą się na tej samej orbicie, oczywiście nie są pozbawieni wad, co nie umyka w pewnym momencie Melanii, po cichutku rozważającej: jesteśmy jak aktorzy w teatrze: każde z nas gra swoją rolę i nawet kiedy milczymy, ta chwila też coś znaczy, bo dla każdego z nas ma jakiś dalszy ciąg, aczkolwiek starają się oni zmieniać siebie i naprawiać własne błędy.

Jest wyjątkowo i magnetycznie.

Tu każdy chętnie powraca i każdy ma własną parę kapci 😉

Polecam całym sercem; a sama aż pod wpływem tej idylliczności zaparzyłam sobie zbożową kawę.

Zaszufladkowano do kategorii Literatura, Literatura | Dodaj komentarz

Kakaowa krówka z krakersami

Kiedy 100 lat temu uczęszczałam do gimnazjum i wycierałam nogawkami czarnych, obstrzępionych spodni tamtejsze korytarze, przytargałam z księgarni (to targanie pozostało mi do dzisiaj, ale to dobrze) 2 solidne zbiory kobiecej poezji: jeden wyszedł spod pióra Haliny Poświatowskiej, drugi spod pióra Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.

I wirowałam w zaciszu pokoju ciasnego, wszakże mojego i tylko mojego, pośród słów wzniosłych, łapiących ulotne chwile, słów skrzydlatych (!), zmysłowych, tęsknych, ironicznych, cielesnych jakby, ostatecznych (!), nierzadko gorzkich, ale jakże wytwornych, namiętnie podkreślając ulubione fragmenty.

Takim, który towarzyszy mi do teraz (i towarzyszyć będzie już zawsze) jest: Wymykamy się obrotom chytrze za nic mając czas, co tylko potwierdza, że dla mnie czas to pojęcie względne; kompletnie nie ma znaczenia, wyślizguję mu się, nie koncentruję na nim, NIE UFAM MU, stąd nigdy nie mam pojęcia jaki jest dzień tygodnia czy która godzina, a świadczy o tym fakt, że wczoraj podałam przepis na szybkie ciasto, bo jak sama stwierdziłam: JEST ŚRODEK TYGODNIA – no cóż… byłam przekonana, że jest środa.

W związku z tym, że jednak rozpoczął się weekend podam przepis na ciasto trochę bardziej pracochłonne (ale nie popadajmy w przesadę), ale naprawdę smakowite, a mam na myśli kakaową krówkę z krakersami, czyli puchaty biszkopt kakaowy nasączony kawą (albo wódką orzechową, albo sokiem z cytryny), kilka warstw krakersów przełożonych masą krówkowo-maślaną, kakaową bitą śmietanę oraz wiórki czekoladowe.

To ciasto śmiało można określić ciastem tortowym i stawiać na stole w trakcie rodzinnych uroczystości.

Kakaowa krówka jest podzielna i pięknie się kroi.

Jest zarazem słodko i słono, chrupko i kremowo, więc każdy znajdzie tu coś dla siebie 🙂

A poza tym, że nie wiem jaki jest dzień tygodnia, zawiodła mnie też pamięć wzrokowa, która usilnie odtwarzała obrazek ciasta na jednym blacie biszkoptowym, a z wierzchu z warstwą bitej śmietany, co okazało się błędne, ponieważ biszkopt oryginalnie miał być przekrojony na pół i pod bitą śmietaną miał się znajdować jeszcze jeden blat (dziwiło mnie, że wyszedł taki wysoki, więc trochę odkroiłam i dodatkowo wykonałam jakieś trufelki…) – podam zatem tak, jak powinno być.

Przepis na kakaową krówkę z krakersami (forma o wymiarach 25×30 cm)  (Przepis pochodzi z bloga: https://malacukierenka.pl/)

Składniki:

Kakaowy biszkopt:

  • 170 g mąki pszennej (tortowej)
  • 4 łyżki gorzkiego kakao
  • 170 g cukru
  • 5 jajek (białka i żółtka osobno)
  • 5 łyżek oleju
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Nadzienie:

  • 300 g słonych krakersów
  • 500 g masy krówkowej z puszki
  • 250 g miękkiego masła

Wierzch:

  • 500 ml śmietany 30%
  • 2 łyżki gorzkiego kakao
  • 2 łyżki cukru pudru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 1 fix do śmietany

Dodatkowo:

  • kawa/sok z cytryny + woda/wódka orzechowa (do nasączenia)
  • wiórki czekoladowe (do oprószenia)

Sposób przygotowania:

Białka ubić ze szczyptą soli na sztywno, potem powoli, łyżka po łyżce, dodawać cukier i miksować aż do uzyskania lśniącej piany. Następnie, cały czas miksując, wlać żółtka, potem olej – połączyć. Na sam koniec delikatnie wmieszać mąkę przesianą z gorzki kakao oraz proszkiem.

Ciasto przelać do foremki wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 25-30 minut, w temperaturze 180°C (do suchego patyczka).

Wyjąć. Wystudzić. Przekroić na 2 blaty.

Pierwszy blat nasączyć kawą/sokiem z cytryny/wódką orzechową, posmarować 1/3 masy krówkowej zmiksowanej z masłem, przykryć słonymi krakersami i zrobić jeszcze 2 takie warstwy, przykryć drugim blatem biszkoptowym, nasączyć, ozdobić kwiatuszkami z kakaowej bitej śmietany (wszystkie składniki ubić na sztywno) i obsypać wiórkami czekoladowymi – schłodzić.

Przechowywać w lodówce.

Zaszufladkowano do kategorii Czekoladowe, Przekładane, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

Coffee cake – proste ciasto kawowe z lukrem

Za oknem przepiękna, mroźna zima, więc miło wieczorem usiąść z filiżanką gorącej kawy i kawałkiem jakiegoś ciasta, by w taki oto pyszny sposób umilić sobie czas 🙂

Jest środek tygodnia, więc nie ma co brać się za skomplikowane receptury, ale przecież jest dużo nie wymagających wielu składników, prostych i błyskawicznych w wykonaniu, a należy do nich choćby słynne coffe cake, czyli po prostu ciasto kawowe oblane lukrem, którego zwyczajnie nie da się zepsuć; ja bym nawet powiedziała, że to kawowa babka, bo i sposób wykonania babkowy.

Ciasto jest mięciutkie, wilgotne, intensywnie kawowe, a do tego ten słodki lukier – no bajka!

Z całego serca polecam, zwłaszcza miłośnikom kawowych smaków 😉

Przepis na coffee cake (keksówka o wymiarach 10×21 cm)  (Przepis pochodzi z bloga: http://smakinatalerzu.pl/)

Składniki:

Ciasto kawowe:

  • 1 szklanka mąki pszennej (tortowej)
  • 12 pełnych łyżeczek kawy rozpuszczalnej
  • 120 g miękkiego masła
  • 2 duże jajka
  • 3/4 szklanki cukru
  • 1/4 szklanki gorącego mleka
  • 2/3 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Lukier kawowy:

  • 3/4 szklanki cukru pudru
  • 2 łyżeczki mleka
  • 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej

Sposób przygotowania:

Kawę zalać gorącym mlekiem – odstawić do wystudzenia.

Masło zmiksować z cukrem na puch, następnie, cały czas miksując, dodać jajka, potem wystudzoną kawę rozpuszczoną w mleku – połączyć.

Na sam koniec wsypać mąkę przesianą z proszkiem oraz szczyptą soli – zmiksować.

Ciasto przelać do wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia lub wysmarowanej masłem i oprószonej bułką tartą keksówki.

Piec około 45 minut, w temperaturze 180°C (do suchego patyczka).

Wyjąć. Wystudzić. Z wierzchu oblać kawowym lukrem (wymieszać podane składniki).

Zaszufladkowano do kategorii Babki, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

„Rodzice nigdy nie są w stanie pozbierać się po stracie dzieci – to jedne z tych prawd, które mało znaczą, póki nie umieści się ich we właściwym kontekście” – „Na polanie wisielców” autorstwa Roberta Dugoniego

Biel śniegu chrzęści pod moimi butami niczym świeżo wyprana firanka.

Pachnie proszkiem i krochmalem.

Z sino-błękinego nieba sypią się zimne, delikatne piórka: są miękkie jak nowa pierzyna i jednocześnie tak kruche jak kryształowy wazon, gdy tak opadają i rozsypują się po moim płaszczu.

Nie widzę nic poza ich mnogością.

I widzieć więcej nie chcę wcale, bo ta magiczna aura przenika, pozbawiając poprawnego oddechu.

Wirują po wariacku poruszane wiatrem, a jakby w wyuczonym tańcu.

Tańcu piękna i ulotności.

 

Syk ekspresu do kawy.

Ujmuję niewielką filiżankę w zziębnięte dłonie.

Zerkam na ususzone bukiety róż: mam białe i czerwone – jak niewybredna niewinność i żarliwość największa.

Sięgam po zakupiony ostatnio kryminał „Na polanie wisielców” autorstwa Roberta Dugoniego, czyli trzecią część cyklu z detektyw Tracy Crosswhite (jest jeszcze „Grób mojej siostry” i „Jej ostatni oddech”), więc trochę niepokoję się, że nie wejdę w rytm, nie wdrążę w historię, bo coś istotnego było wcześniej, zapewne coś z czegoś wynika, pojawiają się znani już bohaterowie, każdy z nich ma swoje dzieje, itd., a jednak okazuje się, że moje obawy są zbyteczne (choć uzasadnione), ponieważ do rozeznania w fabule nie są konieczne poprzednie fakty – to zupełnie odrębna sprawa, a osobiste motywacje pani detektyw i to, że złapała seryjnego mordercę Kowboja zostaje tutaj jasno napomknięte.

A sprawa jest taka, że po śmierci szeryfa okręgowego (w trakcie trwania sprawy był zastępcą, potem awansował) w hrabstwie Klickitat Theodora Mihaela „Buzza” Almonda na to stanowisko wskakuje jego córka Jenny, która odnajduje w osobistych rzeczach ojca bardzo skrzętnie prowadzone akta (notabene powinny być dawno zniszczone – i to właśnie zasiewa ziarno wątpliwości), dotyczące wydarzenia z 1976 roku, kiedy to w rzece White Salmon wędkarze odnaleźli zaczepione o gałęzie zwłoki 17-letniej Indianki Kimi Kanasket, która 5 listopada nie wróciła do domu z pracy (była barmanką w zbudowanej z balii knajpie „Kolumbia”), o czym poinformowali zatrwożeni rodzice: Earl oraz Nettie, i ciut mniej zatrwożony brat Elan.

Podejrzenie początkowo pada na jej byłego chłopaka – zazdrosnego pięściarza Tommy’ego Moore’a, który tego feralnego wieczora pojawił się tam z Cheryl Neal, jednak chłopak ma alibi, a innych tropów brak, stąd stwierdzono, że Kimi popełniła samobójstwo.

Ale Buzz w to nie wierzy: nie wierzy, że młoda, śliczna, odważna, rozsądna, odnosząca sportowe sukcesy i planująca iść na studia dziewczyna skacze do rzeki z powodu takiego niezrównoważonego chłystka.

Jadąc drogą numer 141 skręca w ukrytą ścieżkę i trafia na tę dziwną polanę, gdzie kiedyś powieszono niewinnego człowieka, który ponoć ma się mścić – tam wykonuje znaczące według niego zdjęcia.

Niestety przełożonemu zależy na szybkim zamknięciu sprawy (bo co tu się doszukiwać?), zatem nakazuje przekazać raport Jerry’emu Ostertagowi i dalej nie drążyć.

Jednak tutaj w dalszym ciągu coś nie pasuje…

… i to nie pasuje postanawia rozwikłać jego córka, która po pogrzebie ojca w 2016 roku prosi o pomoc poznaną w Akademii Policyjnej Tracy Crosswhite.

Śledztwo zostaje odświeżone, a w nie zaangażowanych wielu specjalistów, w tym odznaczający wspaniałą pamięcią Sam Goldman – wydawca, redaktor i fotoreporter „Stoneridge Sentiel”.

W tym czasie Tracy prowadzi również dochodzenie w sprawie Angeli Collins, która to jakoby w obronie własnej oraz 16-letniego syna Connora zastrzeliła męża Timothy’ego. Obrońcą kobiety jest bezwzględny i cwany Atticus Berkshire, będący jednocześnie jej ojcem – początkowo jasna sytuacja komplikuje się, gdy Connor bierze na siebie winę, a Atticus rezygnuje z obrony.

 

Kto jest winny?

Co Angela robiła przez 21 minut nim zadzwoniła po pomoc?

Dlaczego na rzeźbie nie ma odcisków palców?

Czemu znajdują się one tylko na jednym bucie denata?

A o co chodzi z plemiennymi protestami w związku z nazwą oraz maskotką drużyny „Red Raiders”?

Jaką rolę pełni tu Czterech Ironmanów: Eric Reynolds, Hastey Devoe, Archibald Cole i Darren Gallentine?

Z czym zderzył się biały pick-up Tommy’ego?

O czym świadczą kształty siniaków na ciele zamordowanej?

Na jaki trop naprowadziło skomputeryzowane „archiwum butów”?

Jakie informacje Tracy zdobyła w Klinice Evergreen Health Northwest w Issaquash?

I czy legendarna polana faktycznie jest przeklęta?

Dowiedzą się zainteresowani.

 

„Na polanie wisielców” to bardzo spokojny kryminał: przemyślany, poukładany, bez szczególnych zaskoczeń, odpowiednio dawkowany, bo całe śledztwo jest przedstawione niezwykle skrupulatnie, krok po kroku, tak, jak się układa puzzle. Aczkolwiek mnie trochę zmęczył nadmiar detali (myślę, że niektóre były po prostu zbędne) i taka powolność, leniwość akcji, która ciągnie się przez 391 stron (Wydawnictwo Albatros) i nawet przez chwilę nie wzmaga specyficznego napięcia. Zakończenie niestety nie zaskakuje, bo wyjaśnienie przewija się dużo wcześniej i to faktycznie się potwierdza. W moim odczuciu sprawa Collinsów jest niepotrzebnym zapychaczem, jako że po pierwsze jest jej poświęcona znacznie mniejsza część książki, a po drugie historia Kimi Kanasket została wymyślona tak, że w pełni samodzielnie podźwignęłaby fabułę; zwłaszcza, że rzecz tyczy się zbrodni sprzed 40 lat, występują tu spory na tle rasowym, małe miasteczka odznaczają się mroczną atmosferą, a zamieszkujący je ludzie mają to do siebie, że lubią ich łączyć przerażające tajemnice.

Podoba mi się okładka. Czcionka jest przyjazna dla oczu. Zachowana chronologia, mimo, że czas przeszły przenika się z teraźniejszym, zatem nie ma mowy o jakimkolwiek chaosie. Istnieje podział na niezbyt długie rozdziały, co ułatwia czytanie.

Na ten moment nie mam ochoty zapoznać się z pozostałymi książkami z tej serii.

Tak to jest z samobójcami. Nie da się tego wcześniej przewidzieć, bo są najspokojniejsi pod słońcem. Podjęli już decyzję. To dla nich ulga.

Na zaufanie trzeba sobie zasłużyć.

Jeżeli wyciągniemy broń, musimy być gotowi jej użyć, bo jeśli tego nie zrobimy, napastnik użyje jej przeciwko nam.

Bycie klasowym klaunem niekoniecznie oznacza, że ludzie śmieją się razem z tobą, czasami śmieją się z ciebie, a to może być bolesne.

Zaszufladkowano do kategorii Literatura, Literatura | Dodaj komentarz

Domowe nachos

Kiedy wczoraj kierowałam się do sali kinowej na bardzo smutny i dramatyczny film „Zabawa, zabawa” w reż. Kingi Dębskiej, minęłam ogromną maszynę wypełnioną nachosami i wtedy przypomniałam sobie, że na sylwestra wykonałam ich domową, lżejszą (bo pieczoną w piekarniku, a nie smażoną w głębokim tłuszczu), ale wcale nie mniej smaczną wersję, którą się tutaj podzielę.

Nachosy wbrew pozorom nie są czymś skomplikowanym (bardziej potrzeba cierpliwości w trakcie cięcia ciasta w trójkąty xD), a na pewno jest to dużo tańsza alternatywa niż kinowa czy sklepowa.

Te wychodzą chrupiące i aromatyczne (zwłaszcza jak się je mocno doprawi), a podanie do nich rozmaitych sosów, w których będą maczane,  stanowi wspaniałą przekąskę na jakąś imprezę.

Zatem poniżej prezentuję przepis, a wkrótce (mam nadzieję) napiszę kilka słów o samym filmie; bo ostatnio czas, który miałabym poświęcić na recenzję filmów wolę spożytkować na czytanie kolejnej książki (wiadomo).

Polecam 😉

Przepis na domowe nachos (dość duża porcja; ja kopiato wypełniłam miskę o średnicy 17 cm) (Przepis pochodzi z bloga: https://wypiekibeaty.com.pl/)

Składniki:

  • 120 g mąki kukurydzianej
  • 120 g mąki pszennej (tortowej)
  • 120 ml ciepłej wody
  • 45 ml oliwy z oliwek
  • 1 płaska łyżeczka soli
  • przyprawy do posypania (papryka słodka/ostra, chilli, pieprz, bazylia, oregano, kolendra, itd.)

Sposób przygotowania:

Ze wszystkich składników zagnieść ciasto i odstawić je pod przykryciem na 15 minut.

Następnie ciasto bardzo cienko rozwałkować (1-2 mm), pociąć w paski, a potem w charakterystyczne trójkąty.

Nachosy poukładać na wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia blaszce i z wierzchu obsypać przyprawami.

Piec około 15 minut, w temperaturze 160°C.

Wyjąć. Wystudzić.

Podawać na zimno z ulubionymi sosami (serowy, czosnkowy, pomidorowy, musztardowy, z mango, cebuli oraz papryki, z awokado i limonki, śmietanowy z serem z niebieską pleśnią, jogurtowy, koperkowy, twarożkowy z rzodkiewką i ze szczypiorkiem, itd.) albo na ciepło z salsą, oprószone startym żółtym serem.

Zaszufladkowano do kategorii Przepisy, Przepisy, Wytrawne | Dodaj komentarz

Kruche ruloniki z marmoladą i cukrem

Śnieżna gaza przykryła świat, tuszując tym samym brud i brzydotę; jednak delikatna biel ma to do siebie, że będzie na niej widoczna najmniejsza skaza.

Prószy tak gęsto, bajkowo, niemalże upiornie.

Prószy intensywnie i zachłannie.

Prószy tak, że odbiera mi oddech z zachwytu, wzbudza tęsknotę za kiedyś i boli pięknem teraz.

 

Dzisiaj przepis na szybkie ciasteczka do niedzielnej herbaty, czyli kruchutkie, chrupiące, maślane ruloniki z ulubioną marmoladą (u mnie truskawkowa), sowicie obsypane grubymi kryształami cukru.

Prosto. Błyskawicznie. Z niedużej ilości składników. A jak smacznie 🙂

Przepis na kruche ruloniki z marmoladą i cukrem (35-40 sztuk) (Przepis pochodzi z bloga: https://malacukierenka.pl/; zmieniłam nadzienie i sposób wykonania)

Składniki:

Ciasto:

  • 420 g mąki pszennej (tortowej)
  • 250 g zimnego masła
  • 200 g cukru
  • 2 duże jajka

Dodatkowo:

  • twarda marmolada
  • gruby cukier
  • 1 jajko (do posmarowania wierzchu)

Sposób przygotowania:

Składniki na ciasto zagnieść, uformować w kulę, owinąć folią spożywczą i schłodzić przez 30 minut w lodówce.

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość około 3-4 mm, posmarować ulubioną marmoladą, zwinąć w rulon i pociąć na mniejsze kawałki.

Wierzch ciasteczek posmarować roztrzepanym jajkiem i obsypać grubym cukrem.

Piec około 25 minut, w temperaturze 170°C.

Zaszufladkowano do kategorii Ciasteczka, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

Lekki wegański makowiec z jabłkiem, masłem orzechowym i bakaliami

Przy recenzji książki „Milczący świadek” autorstwa Alana Drew pojawił się na zdjęciu wegański makowiec, który upiekłam sobie na tegoroczne święta – dzisiaj podam na niego przepis 🙂

Makowiec jest przepyszny: lekki, ale wilgotny, słodki, jednak przełamany kwaskowatymi jabłkami i słonym masłem orzechowym (zrezygnowałam na jego rzecz z kremu daktylowego, ponieważ obawiałam się, że będzie wtedy zbyt słodki), z wierzchu obsypany całą masą suszonych fig, suszonej żurawiny, orzechów włoskich, arachidowych oraz płatków migdałowych.

Mniej kaloryczny niż tradycyjny.

Zdrowszy, bo pozbawiony cukru oraz glutenu.

Wspaniale pachnie i wspaniale smakuje!

 

Ja takie cuda piekę tylko dla siebie, stąd na zdjęciu widnieje makowiec o średnicy 11 cm, ale przepis podaję na tortownicę 22 cm.

 

Dzień przed jego upieczeniem sugeruję wykonać domową masę makową z tego przepisu:

Domowa masa makowa (Przepis pochodzi z bloga: http://www.truetastehunters.com/):

Składniki:

  •  600 suchego, mielonego maku 
  • 100 g rodzynków
  • 100 g drobno posiekanych orzechów włoskich
  • 100 g drobno posiekanych migdałów 
  • 100 g kandyzowanej skórki pomarańczowej 
  • 100 g pokrojonych na mniejsze kawałki suszonych śliwek 
  • 6 pokrojonych na mniejsze kawałki suszonych fig
  • 100 g drobno pokrojonych daktyli
  • sok z 0,5 pomarańczy
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 6 łyżek syropu z agawy
  • 1 łyżka oleju kokosowego
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 3 łyżeczki ekstraktu migdałowego
  • 2 łyżki rumu

Sposób przygotowania:

Mak zalać wrzątkiem do przykrycia – owinąć folią aluminiową i odstawić na noc.

Po upływie nocy mak odsączyć i wymieszać z pozostałymi składnikami.

 

A na wegański bożonarodzeniowy stół polecam również:

  1. wegański piernik bananowy z powidłami porzeczkowo-jabłkowymi, polewą karobową, suszonymi figami i białą morwą
  2. wegański makowiec w kruchym cieście
  3. wegański orzechowiec
  4. wegańską szarlotkę
  5. waniliowy tofurnik na bananowo-migdałowym cieście (z konfiturą pomarańczową i suszonym mango)

 

Przepis na lekki wegański makowiec z jabłkiem, masłem orzechowym i bakaliami (tortownica o średnicy 22-24 cm) (Przepis pochodzi z bloga: http://www.truetastehunters.com/; krem daktylowy zamieniłam na masło orzechowe)

Składniki:

Makowiec:

  • 1 kg domowej masy makowej 
  • 200 g płatków jaglanych 
  • 4 łyżki bezglutenowego budyniu waniliowego / skrobi ziemniaczanej
  • 3 duże jabłka (ok. 750 g) – boskoop lub szara reneta, utarte na tarce z dużymi oczkami
  • 200 g syropu klonowego 
  • śmietana z 1 puszki mleka kokosowego
  • sok z 0,5 cytryny
  • 2 łyżki likieru amaretto

Dodatkowo:

  • Masło orzechowe z kawałkami orzechów
  • bakalie (u mnie suszone figi, suszona żurawina, orzechy włoskie, orzechy ziemne, płatki migdałów)

Sposób przygotowania:

Schłodzoną śmietankę kokosową ubić na sztywno – na chwilę odstawić.

W misce połączyć składniki na makowiec, a na sam koniec delikatnie wmieszać ubitą śmietankę kokosową.

Masę przełożyć do wyłożonej wcześniej papierem do pieczenia tortownicy.

Piec około 40 minut, w temperaturze 170°C.

Wyjąć. Na jeszcze ciepłym wierzchu rozsmarować masło orzechowe, a na nim poukładać bakalie.

Zaszufladkowano do kategorii Przepisy, Przepisy, Wegańskie | Dodaj komentarz

„Życie jest piękne, ale gówno warte” – „Miłość jest wszystkim” w reż. Michała Kwiecińskiego

Ostatnimi czasy obejrzałam całą masę świetnych filmów, na wielu też byłam w kinie (mam tu na myśli chociażby oscarową „Zimną wojnę” Pawła Pawlikowskiego, „Whitney” Kevina Macdonalda czy „Fugę” Agnieszki Smoczyńskiej, na które zresztą wybrałam się nawet w dniach premier), a zamiast o nich naskrobię dzisiaj parę niezobowiązujących słów o komedii romantycznej „Miłość jest wszystkim” w reż. Michała Kwiecińskiego – z 3, no może z 4 powodów:

  1. Właśnie dlatego, że jest niezobowiązująca i nie muszę się szczególnie wysilać
  2. Jeszcze można zobaczyć ją w kinie (na przykład w Katowicach, Krakowie albo Rybniku)
  3. Jest w bożonarodzeniowym klimacie (choć święta już minęły, wszakże akurat dzisiaj pada śnieg i nadal migają lampki na choinkach, więc można ponownie się nastroić, ewentualnie z tego klimatu nie wychodzić)
  4. Jak na polską komedię romantyczną wcale nie jest taka zła (nie ma co oczekiwać cudów, ale nie jest najgorzej)

Sama nie wiem czy „Miłość jest wszystkim” to śmieszna czy nieśmieszna (może tak: miejscami dowcipna, choć zapewne z założenia miało być równocześnie bardzo śmiesznie i bardzo wzruszająco, a nie jest BARDZO, niemniej jednak jest CZASAMI) wielowątkowa historia świąteczna, w której splatają się losy różnych bohaterów, a wszyscy są jakoś zespoleni przyjazdem (a raczej przypłynięciem) Świętego Mikołaja i emitowaniem tej imprezy w telewizji, ale wiem, że na pewno nie jest to produkcja nudna tudzież żenująca (poza dowcipami o śmierci, które do wybuchu śmiechu mnie nie doprowadziły, ponieważ nie mają nic wspólnego z czarnym, tylko raczej z żałosnym humorem), bo jest tu nieśmiała i z tej nieśmiałości chrumkająca sprzedawczyni biżuterii Wanda (Aleksandra Adamska), która przebrana za niebiesko-złoty prezent wpada w ramiona czarującego piłkarza-celebryty Zbyszka (Mateusz Damięcki), jej ogarnięta przedślubną gorączką siostra Roma (Joanna Balasz), niespodziewanie wystawiona przez niedoszłego małżonka – pracownika zakładu pogrzebowego – Krzysztofa (Marcin Korcz), będąca w separacji z uczęszczającym na terapię mężem Dominikiem (Eryk Lubos) Krysia (Agnieszka Grochowska), uwiedziona w trakcie pogrzebu przez młodzika Daniela (Maciej Musiał), której to ojciec, znany aktor August Szwarc (Jan Englert), zmarł tuż przed wejściem na okręt (bo to on od lat wciela się w postać Świętego Mikołaja), wobec tego charyzmatyczna Magda (Joanna Kulig) i zakochany w niej producent Jurek (Michał Kwieciński) w mig zastępują go przypadkowo napotkanym, faktycznie przybyłym z Finlandii drwalem Janem (Olaf Lubaszenko), ten z kolei, poza uzyskaniem dzięki ciętości języka sławy, bohatersko wskakuje do wody, by uratować topiącą się córkę rozważnej opiekunki domowego ogniska Ewy (Julia Wyszyńska) oraz Tadeusza (Leszek Lichota), do którego mimo wszystko traci cierpliwość, gdy ten rezygnuje z pracy w Stoczni, z czym postanawia się ukrywać (ale mu to nie wychodzi), co więcej Jan odnajduje swojego przed laty porzuconego syna.

Plus za to, że akcja rozgrywa się w Gdańsku, bo to miła odskocznia od wiecznie powtarzających się warszawskich krajobrazów.

Minus za przewidywalność i pojawiający się chaos – chciałabym też napisać, że za płytkie portrety bohaterów i za bajkowe zakończenie, ale przecież to nie jest dramat psychologiczny czy film biograficzny, i to ma takie być: bajkowe, szczęśliwe, lukrowe, romantyczne oraz tkliwe, w tle z popularnymi świątecznymi utworami, by człowieka zalać falą błogości, spokoju i pokazać, że może być lepiej.

Ja najbardziej polubiłam Jana (wiadomo; za ten cynizm), Ewę oraz Tadeusza (za realizm), chociaż Ola też jest fajna, bo w uroczy sposób niezdarna i zabawna.

Przed wpuszczeniem filmu na szklane ekrany słyszałam, że ma być czymś w rodzaju „Listy do M.” (TU recenzja części 2, a TU 3), że nawet wyprze i będzie lepszy – nie jest lepszy; nie jest również kultowym Kevinem (czy to w domu, czy w Nowym Jorku), „Ekspresem polarnym”, „Miasteczkiem Halloween”, „Opowieścią wigilijną”, „Grinchem”, „To właśnie miłość” Richarda Curtisa, „Cichą nocą” Piotra Domalewskiego, „Żółtym szalikiem” Janusza Morgensterna ani też „Za jakie grzechy, dobry Boże?” (który zresztą leciał wczoraj na TVP 1), ale jest sympatyczną opowiastką bożonarodzeniową, która trwa trochę ponad 2 h i nie nuży, a przyjemnie sobie upływa.

Kluczem jest, by się nie nastawiać na produkcję nie wiadomo jak wysokich lotów, bo nie o to chodzi: chodzi o to, żeby sympatycznie spędzić czas, żeby wyjść z kina z uśmiechem na twarzy, na nowo (albo przynajmniej na czas trwania filmu) uwierzyć w miłość, dobroć, pozytywne emocje, urok świąt i happy end.

Ludzie chcą hasła „kochajmy się!” (i chcą wierzyć, że będziemy się kochać), chcą tej przedświątecznej magii i ona tutaj jest 🙂

Wszystkie ilustracje pochodzą ze strony: https://www.filmweb.pl/

Zaszufladkowano do kategorii Film | Dodaj komentarz