Tort czekoladowo-gruszkowy

Dzisiaj przepis na czekoladowo-gruszkowy tort: elegancki, wysoki, przeznaczony na szczególne uroczystości.

Jasny, puchaty, mięciutki biszkopt z mojego ulubionego przepisu (zawsze się udaje), nasączony gruszkowym likierem, posmarowany gruszkową konfiturą (może być dżem), przełożony aksamitnym kremem na bazie gorzkiej czekolady, serka mascarpone i ubitej na sztywno kremówki oraz pokrojonymi w kostkę gruszkami odsączonymi z syropu, obklejony naokoło płatkami czekolady, a z wierzchu ozdobiony kwiatami z tegoż samego kremu czekoladowego, drobniej pokrojonymi gruszkami i ciastkami w polewie czekoladowej (ja użyłam „Oreo”).

Wbrew pozorom (czekolada, duża ilość kremu) tort nie należy do zbyt słodkich wypieków, więc jeśli ktoś woli słodsze smaki, to trzeba dosypać do kremu więcej cukru pudru, ale ponieważ nie jest aż tak słodki, to tylko oznacza, że można zjeść większy kawałek, a nawet dwa, pod rząd 😉

A poniżej przepisy na inne sprawdzone torty w czekoladowych klimatach:

  1. Tort węgierski
  2. Tort Szwarcwaldzki
  3. Musowy tort czekoladowy z mini ptysiami
  4. Tort Sachera
  5. Elegancki bezowy torcik Dacquoise
  6. Tort michałkowy
  7. Musowy torcik czekoladowy z wiśniami
  8. Czekoladowy tort z malinami
  9. Torcik Cassis
  10. Kakaowy torcik z kremem, frużeliną i owocami lata
  11. Tort z kremem czekoladowym i truskawkami
  12. Wafelkowy torcik z malinami i bezami
  13. Kakaowy torcik z kremem kefirowy i śliwkami w czekoladzie
  14. Tort miętowo-czekoladowy
  15. Tort wiśniowo-czekoladowy
  16. Torcik musowy potrójnie czekoladowy

 

Przepis na tort czekoladowo-gruszkowy (tortownica o średnicy 23 cm) (Przepis  na biszkopt pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Biszkopt (należy upiec dwukrotnie):

  • 3/4 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 1/4 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 3/4 szklanki cukru
  • 5 jajek
  • szczypta soli

Krem czekoladowy:

  • 600 ml śmietany 36%
  • 375 g serka mascarpone
  • 300 g gorzkiej czekolady
  • 6 płaskich łyżek cukru pudru

Dodatkowo:

  • 2 puszki gruszek w syropie
  • 2 słoiki konfitury gruszkowej
  • płatki gorzkiej czekolady (do ozdoby)
  • ciastka „Oreo” (lub inne) w polewie czekoladowej (do ozdoby)
  • likier gruszkowy (do nasączenia)

Sposób przygotowania:

Gruszki pokroić w kostkę i odstawić do dokładnego odsączenia.

Trzeba je podzielić na 4 części ( w tym ta do ozdoby wierzchu musi być pokrojona drobniej).

Biszkopt:

Białka ubić ze szczyptą soli, po czym powoli, łyżka po łyżce, wsypać cukier, następnie, cały czas miksując, wlać żółtka. Na sam koniec masę jajeczną wymieszać ręcznie, szpatułką, z przesianymi mąkami.

Ciasto przelać do wyłożonej wcześniej papierem do pieczenia tortownicy.

Piec około 35-40 minut, w temperaturze 170°C

Wyjąć. Wystudzić. Ściąć górę i przekroić na 2 blaty.

Czynność powtórzyć, ponieważ tort składa się z 4 blatów.

Krem czekoladowy:

Gorzką czekoladę roztopić w mikrofali lub w kąpieli wodnej – wystudzić – śmietanę ubić na sztywno z serkiem mascarpone i cukrem pudrem, a na sam koniec wlać czekoladę – połączyć.

Odłożyć kilka łyżek na ozdobienie wierzchu (około 3-4 łyżek), a resztę kremu podzielić na 5 równych części (4 piętra + boki).

Wykonanie:

Pierwszy blat ułożyć na paterze, nasączyć likierem gruszkowym, posmarować konfiturą gruszkową, na nią wyłożyć krem czekoladowy i pokrojone w kostkę gruszki, przycisnąć drugim blatem i powtarzać czynność aż do skończenia blatów.

Tort naokoło posmarować kremem i poprzyklejać płatki gorzkiej czekolady.

Wierzch ozdobić kwiatuszkami zrobionymi z odłożonego kremu, drobno pokrojonymi gruszkami (na zasadzie naprzemiennie wypełnianych trójkątów) oraz ciastkami oblanymi czekoladą.

Wstawić do lodówki na kilka godzin (a najlepiej na całą noc), by dobrze się schłodził.

 

Zaszufladkowano do kategorii Torty | Dodaj komentarz

O, nie lubię marca każdego roku…

O, nie lubię marca każdego roku,

który wspomnieniem igra drastycznie!

Zalewa serce falą pomroku,

ciałem potrząsa histerycznie.

 

Jakże mam cię wielbić, jakże mam cię cenić,

jeśli zdałeś żalu przesadnego?

Szklany klosz kazałeś szybko mi odtlenić

i oddechu już nie złapać łagodnego.

 

Tyś chciał być szpetniejszy niż inne miesiące,

chciałeś zabrać radość i zabrałeś.

Dumę z tego czujesz jak bestwie bestiące –

rolę kata pokazowo odegrałeś.

 

O, nie lubię marca każdego roku;

a dzień 20 dniem jest łzotoku.

 

(autor: Ja)

Zaszufladkowano do kategorii Moje wiersze | Dodaj komentarz

Mozaika

Kordian na Alp szczycie grzmi o sens istnienia.

Gustaw Mickiewicza się w Konrada zmienia.

Co ja utkać mam

z gorzejących ran?

 

Jestem człowiek zrozpaczony.

Jestem człowiek oszukany.

Przeraźliwie rozgniewany.

 

Nigdy z tym niepogodzony.

Ostatecznie wyczerpany.

 

Jestem mozaiką: z boleści i łez posklejany.

 

(autor: Ja)

Zaszufladkowano do kategorii Moje wiersze | Dodaj komentarz

Babka herbaciana

Dzisiaj smutna pogoda, ale przy tym niebo takie piękne: melancholijne, impresjonistyczne, jakby niedbale, lecz z talentem naszkicowane ołówkiem, poszarpane.

Wchłaniam ten smutek, noszę ten smutek; i lubię go i nie lubię, bo inaczej nie potrafię.

Idę więc i nie idę, słyszę i nie słyszę, jednak zawsze czuję.

Zbliża się wiosna, a jakoś tak w tym okresie najlepiej piecze mi się babki, choć ja w ogóle bardzo chętnie piekę akurat babki, bo jakoś tak przyjemnie mi się z nimi współpracuje, do tego mogą przyjmować rozmaite kształty, mieć tyle smaków, zapachów i konsystencji.

Jeżeli chodzi o dodatek napojów, to upiekłam już babki na bazie kawy, kakao i kakao z cynamonem, kawowo-kakaowo-waniliową i nawet ze „Sprite’m”, więc czemu by nie upiec herbacianej pomyślałam (?) Takiej eleganckiej, aromatycznej, delikatnej, lekkiej, ale nie suchej, z drobinkami ulubionych herbat zatopionych w puszystym cieście – i tak też zrobiłam, i wyszło naprawdę, naprawdę smacznie, zwłaszcza z tą chrupką, lśniącą skorupką cytrynowego lukru 😉

Przepis na babkę herbacianą (forma na babkę o średnicy 24 cm) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków; zwiększyłam proporcje i tak też podaję)

Składniki:

Babka:

  • 300 g mąki pszennej (tortowej)
  • 75 g mąki ziemniaczanej
  • 225 g cukru 
  • 195 g miękkiego masła
  • 6 jajek
  • 6 łyżek mleka
  • 3 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 6 łyżeczek ulubionej herbaty (ja wymieszałam różne owocowe: żurawinową, malinową, truskawkową, jeżynową, porzeczkową, poziomkową, śliwkową, czereśniową, jagodową)

Lukier:

  • 1 szklanka cukru pudru
  • 3 łyżki soku wyciśniętego z cytryny

Sposób przygotowania:

Masło zmiksować z cukrem na puch, potem, cały czas miksując, dodawać stopniowo po 1 jajku. Dalej, naprzemiennie, wlewać mleko z ekstraktem z wanilii i wsypywać mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia oraz herbatą.

Ciasto przelać do foremki wysmarowanej masłem oraz oprószonej bułką tartą  (chyba, że jest silikonowa – wtedy nie trzeba).

Przez pierwsze 15 minut piec w temperaturze 160°C, potem jeszcze przez 1h (albo trochę dłużej), w temperaturze 190°C (do suchego patyczka).

Wyjąć. Wystudzić.

Z wierzchu oblać lukrem (cukier puder wymieszać z sokiem wyciśniętym z cytryny; jeśli będzie trochę za gęsty – dodać więcej soku, jeśli za rzadki – cukru pudru).

Zaszufladkowano do kategorii Babki | Dodaj komentarz

Dzień Kobiet+Dzień Mężczyzn= pyszne desery: malinowy mus z białej czekolady i wegański krem malinowo-cytrynowy z tofu i pistacjami

W piątek był Dzień Kobiet, a dzisiaj nie można przecież zapomnieć, że jest Dzień Mężczyzn 😉

Z tej połączonej okazji przygotowałam dwa desery – jeden tradycyjny, a drugi oczywiście w wersji wegańskiej, oba przepyszne.

Tradycyjnie jest to bardzo delikatny, taki piankowy, ale jednocześnie kremowy mus na bazie białej malinowej czekolady (robiłam z niej polewę do różanej babki) z dodatkiem likieru, który udekorowałam kleksem bitej śmietany, świeżymi malinami oraz wiórkami czekolady.

Z kolei w wersji wegańskiej jest warstwowy, niezwykle aksamitny, słodko-kwaskowaty krem: pierwszą warstwę stanowi krem na bazie tofu, malin, daktyli i białego rumu, a drugi to połączenie nerkowców, soku wyciśniętego z cytryny, syropu klonowego, skrobi kukurydzianej i kurkumy (tak dla zabarwienia) – z wierzchu zdobi go śmietanka kokosowa, maliny i pistacje.

Proponuję jeszcze inne smakołyki dostępne na blogu:

  1. Truskawkowa pianka z musem z białej czekolady
  2. Czekoladowe post de creme (kubeczki czekoladowe)
  3. Ciasto Kinder Bueno
  4. Kladdkaka – klejące ciasto szwedzkie
  5. Koksowy pudding z chia z jęczmiennymi lodami bananowymi
  6. Owsiano-ryżowe tartaletki z budyniem waniliowym oraz jeżynami
  7. Warstwowe bułeczki w kształcie serc

To są naturalnie tylko te, które robiłam z tej okazji, jednak wiele sprawdzonych i równie smacznych podałam chociażby w walentynkowym wpisie 🙂

Malinowy mus z białej czekolady (2 porcje) (Przepis zainspirowany tym z bloga: http://www.mirabelkowy.pl/)

Składniki:

Mus:

  • 130 g białej malinowej czekolady (dostępna teraz w „Biedronce”)
  • 150 ml śmietanki 30% (mocno schłodzonej)
  • 4,5 łyżki likieru o smaku białej czekolady
  • 1 jajko (umyte i sparzone)
  • 1 łyżeczka masła
  • 1 czubata łyżka cukru pudru
  • szczypta soli

Dodatkowo:

  • świeże maliny
  • wiórki białej i różowej czekolady

Sposób przygotowania:

Czekoladę połamać na kostki i razem z masłem roztopić w mikrofalówce lub w kąpieli wodnej – odstawić do wystudzenia na około 15 minut.

W tym czasie w jednej misce białko ubić na sztywno ze szczyptą soli, a w drugiej śmietanę z cukrem pudrem (odłożyć 2 czubate łyżki śmietany do ozdoby).

Do wystudzonej czekolady wmieszać likier oraz żółtko, a potem połączyć z ubitą śmietaną.

Na sam koniec masę czekoladową delikatnie zmiksować z pianą z białek (na najniższych obrotach) – wstawić do lodówki na kilka godzin.

Przed podaniem ozdobić odłożoną bitą śmietaną, świeżymi malinami i wiórkami z białej i różowej czekolady.

 

Wegański krem malinowo-cytrynowy z tofu i pistacjami (2 porcje)

Składniki na krem malinowy (Przepis pochodzi ze strony: http://wegepedia.pl/ ) :

  • 300 g tofu jedwabistego (silken tofu), ale naturalny też bardzo dobrze smakuje, tylko trzeba dodać do niego 150 g gęstego mleka kokosowego
  • 200 g malin (mogą być mrożone)
  • 10 suszonych daktyli (bez pestek) (wcześniej należy namoczyć je w ciepłej wodzie)
  • 1 łyżka białego rumu

Sposób przygotowania:

Tofu i daktyle bardzo dokładnie odcisnąć z wody i razem z malinami oraz rumem wrzucić do blendera kielichowego i zblendować na gładko.

Składniki na krem cytrynowy (Przepis pochodzi ze strony: https://www.lazycatkitchen.pl/ ) :

  • 80 g orzechów nerkowca (trzeba je moczyć w wodzie około 6 h)
  • 150 ml soku świeżo wyciśniętego z cytryny
  • 5 łyżek syropu klonowego (ja dodałam 2 i było ok)
  • 2 płaskie łyżeczki skrobi kukurydzianej + 1 łyżka wody
  • szczypta kurkumy (dla koloru)

Sposób przygotowania:

Orzechy nerkowca odcedzić z wody i zblendować na bardzo gładko razem sokiem z cytryny oraz syropem klonowym.

Otrzymaną masę wrzucić do garnka, zagotować na małym ogniu, a do gotującej się wlać skrobię wymieszaną w łyżce wody – doprowadzić do wrzenia, cały czas mieszając.

Na sam koniec dodać szczyptę kurkumy.

Dodatkowo:

  • 1 łyżka śmietanki kokosowej
  • świeże maliny
  • kilka posiekanych pistacji

Wykonanie:

Szklankę do połowy wypełnić kremem malinowym, następnie wyłożyć na niego krem cytrynowy, ozdobić łyżką śmietanki kokosowej, świeżymi malinami i posiekanymi pistacjami – schłodzić.

Zaszufladkowano do kategorii Desery | Dodaj komentarz

„Niemożność prowadzenia takiego życia jak dawniej sprawia mi niemalże fizyczny ból” – „Na skraju załamania” autorstwa B. A. Paris

Obłęd noszę w sobie, więc czasami widzę go w oczach, gdy ukradkiem zerkam w lustro; rozbłyska na chwilę jak figlarny świetlik, ale z zatrważającym pomrukiem zygzakowatej błyskawicy.

Obłędnie potrafię myśleć i w obłędzie się unosić.

Obłędnie postrzegać i spoglądać.

Tańczyć w obłędzie, nucić w obłędzie i w obłędzie zatapiać się w chmurach.

Kawy kolejną filiżankę obłędnie pić.

Kochać szaleńczo i wręcz paranoicznie odgradzać się od ludzi.

Garść czarnej, świeżej ziemi wąchać, mając ochotę wgryźć się w nią zębami, bo tak bardzo upaja zapachem.

Obłąkańczo wirować pośród mgły i przystawać, by równie obłąkańczo wsłuchiwać się w dźwięk stukotu pociągowych kół.

Milczeć maniakalnie i wariacko zanosić się śmiechem.

W rozpaczy pogrążać szaleńczo i niezłomność niepojętą w sobie nosić.

Spacerować paranoicznie i półobłąkanie tkwić nieruchomo w fotelu.

Obłąkańczo nie mieć nic i obłąkańczo pragnąć wszystkiego.

 

Przeczytałam książkę o obłędzie, czyli „Na skraju załamania” autorstwa B. A. Paris, która już od jakiegoś czasu znajdowała się w mojej biblioteczce i teraz właściwie nie wiem: czemu znajdowała się tam od dłuższego czasu nieprzeczytana? Czemu wolałam sięgnąć po inne ją pomijając? Nie zasłużyła, bo obłędnie traktuje o obłędzie – tak dobrze, że aż strach rozsiada się w Duszy, że aż skóra drży w trakcie czytania. Warto. Naprawdę warto.

 

Wszystko zaczyna się 17 lipca, w piątek, kiedy 33-letnia nauczycielka Cass Anderson wraca do małej wioski Nook’s Corner ze spotkania zorganizowanego z okazji zakończenia roku szkolnego. A że pogoda zaczyna się psuć, to bohaterka, pomimo obietnicy złożonej świeżo upieczonemu mężowi, że wybierze bezpieczną drogę, postanawia skrócić sobie podróż i pojechać „zdradliwą” leśną ścieżynką, gdzie w trakcie burzy drzewa kołyszą się w makabrycznym tańcu. Gdy dociera do zatoczki przy Blackwater Lane, niedaleko Browbury w hrabstwie Sussex, dostrzega zaparkowany samochód, a w nim kobietę; zwalnia na moment, zastanawiając się czy tamta nie potrzebuje pomocy, ale po braku jakiegokolwiek znaku od tamtej postanawia pojechać do domu, gdzie zaraz po wejściu kładzie się spać, zwłaszcza, że Matthew zasnął udręczony migreną.

Na następny dzień w mediach aż huczy od informacji, że znaleziono ciało brutalnie zamordowanej kobiety i feralnie okazuje się nią ta, którą Cass minęła uprzedniej nocy – ze strachu przed wrogą oceną postanawia nikomu o tym nie wspomnieć.

Czas mija, a zabójca nie zostaje schwytany.

Do tego nauczycielka dowiaduje się, że ofiara to Jane Walters, którą całkiem niedawno poznała na przyjęciu firmowym u swojej przyjaciółki z dzieciństwa Rachel, co przygnębia ją jeszcze mocniej, bo raz, że jej nie rozpoznała, dwa, że wspomina jako serdeczną osobę, a trzy, że ma świadomość, iż zostawiła tu ukochanego męża Alexa i osierociła 2-letnie bliźniaczki: Charlotte i Louise.

Potworne poczucie winy oraz narastające zażenowanie własną osobą sprawiają, że Cass nieustannie chodzi przygnębiona. Co więcej, ktoś zaczyna nękać ją głuchymi telefonami, co odbiera jako groźbę od mordercy, który, jak sądzi, widział ją tamtej nocy. A jakby tego było mało, ma coraz poważniejsze problemy z pamięcią (zapomina o kupieniu prezentu, umówionym grillu, wyjeździe męża na delegację, kodu alarmu, gdzie zaparkowała samochód, potem jak się obsługuje pralkę czy ekspres do kawy, nawet dochodzi do tego, że bezmyślnie zamawia z Telezakupów różne niepotrzebne rzeczy); to upiornie ją zatrważa i smuci, ponieważ jej mama zmarła w wieku 55 lat na demencję.

Kobieta z dnia na dzień staje się wrakiem człowieka i więźniem własnego domu: czuje się obserwowana, przejmuje drobiazgami, jest bojaźliwa, sfrustrowana, udręczona, zmieszana, chaotyczna i rozedrgana – brak jej trzeźwej oceny sytuacji, wietrzy ciągłe zagrożenie; przestała być tą odporną kobietą, za którą dotychczas się uważała.

W tym trudnym momencie wspiera ją mąż i przyjaciółka, ale i im zaczyna w końcu brakować cierpliwości do coraz to nowych wymysłów, toteż sugerują wizytę u lekarza, który przepisuje tabletki uspokajające, a one jakoś tak wyłączają ją na chwilę z funkcjonowania, sprawiają, że życie staje się zwyczajnie obojętne.

Jednak przypadek sprawia, że… poszczególne elementy składają się w ponury obrazek. Cass poznaje mrożącą krew w żyłach prawdę, a ta wydaje się być jeszcze bardziej bestialska niż w ogóle byłaby to w stanie przewidzieć.

Co postanowi z tym zrobić? Czy świadomość przywróci jej siły i pozwoli działać?

Zainteresowanych zachęcam do lektury 🙂

 

„Na skraju załamania” to moim zdaniem bardzo dobry thriller psychologiczny, który autentycznie potrafi wciągnąć i cały czas,  przez 350 stron (Wydawnictwo Albatros), utrzymać czytelnika w napięciu (a jeśli nie w napięciu, bo komuś uda się przeczuć, co się dalej wydarzy, to na pewno w mrocznym, niespokojnym klimacie). Na tle wszystkich postaci portret psychologiczny głównej bohaterki prezentuje się najlepiej, ale to w zasadzie o jej wpadaniu w obłęd jest ta książka (co nie oznacza, że inne postacie są miałkie, bo i Rachel, i Matthew przyciągają). Akcja trochę rozwleczona, ale mnie to nie znużyło, bo mogłam dzięki temu zarazić się lękiem Cass. Intryga zawiła, genialnie skonstruowana. Dialogi ciekawe. Duszna, nerwowa atmosfera. Histeria. Wyrzuty sumienia oraz wstyd. Szaleństwo, które pozbawia racjonalnego myślenia.

Polecam.

Zaszufladkowano do kategorii Literatura, Literatura | Dodaj komentarz

Babka różana (z konfiturą różaną i malinową polewą czekoladową)

Do Wielkanocy jeszcze ponad miesiąc, ale ja mam przepis na cudowną babkę, więc postanowiłam się podzielić (bo przecież babkę można upiec zawsze, i zawsze wypada i pasuje, podobnie jak sernik 😉 )

Ta babka jest niczym bukiet kwiatów, niczym poezja dla podniebienia, ponieważ pachnie oraz smakuje najpiękniejszymi kwiatami miłości: różami.

Jest przepyszna, aromatyczna, trochę perfumowana (ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu), wilgotna (jednak nie ciężka), przy tym delikatna, przyjemnie słodka, wciągająca i absolutnie różowa(!); może kiedyś wykonam jakąś z owoców czarnego bzu, jeżyn albo lukrecji, to będzie bliższa mojej barwie ;p)

Dominującym smakiem jest oczywiście róża, która znajduje się w cieście w postaci syropu różanego i wody różanej, ale też jest nadzienie z różanej konfitury, aczkolwiek przedziera się tu również subtelna nuta wanilii z cukru z prawdziwą wanilią (mogą być ziarenka z laski wanilii, nawet lepiej), cytryny ze świeżo otartej skórki oraz maliny; ta z kolei znajduje się w polewie wykonanej z czekolady, z Biedronki, z edycji limitowanej (dostępna na półkach tylko w lutym) – prezentuję poniżej:

Robi się szybko, wygląda bajkowo (jak dla księżniczek), ładnie się kroi, rozsiewa aromat ogrodu, jest przepyszna, zatem spełnia wszystkie warunki, by ją upiec i zjeść (można poczęstować ^^)

Przepis na babkę różaną (z konfiturą i malinową polewą czekoladową) (piekłam w formie na babkę o średnicy 24 cm) (Przepis pochodzi z bloga: https://malacukierenka.pl/; podaję z moimi drobnymi zmianami)

Składniki:

Ciasto:

  • 370 g mąki pszennej (tortowej)
  • 250 g miękkiego masła
  • 190 g jasnego brązowego cukru
  • 16 g cukru z prawdziwą wanilią
  • 4 jajka
  • 140 ml maślanki
  • 2 łyżki syropu różanego 
  • 2 łyżki wody różanej
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 1 płaska łyżeczka sody
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Polewa:

  • 100 g białej malinowej czekolady
  • 60 ml śmietany 30%

Dodatkowo:

  • konfitura różana
  • różowe i srebrne perełki cukrowe

Sposób przygotowania:

Masło zmiksować z brązowym cukrem oraz cukrem waniliowym na puch, po czym, cały czas miksując, wbijać po jednym jajku.

Do masy maślanej dodać skórkę otartą z cytryny, syrop różany, wodę różaną i maślankę – wymieszać.

Na sam koniec wsypać mąkę przesianą z sodą oraz proszkiem do pieczenia – połączyć.

Do formy na babkę wyłożyć 1/3 ciasta, posmarować konfiturą różaną

przykryć drugą częścią ciasta, ponownie posmarować konfiturą i przykryć pozostałym ciastem – wyrównać.

Piec około 1 h, w temperaturze 160°C (wstawić do nagrzanego piekarnika).

Wyciągnąć z piekarnika. Odstawić do całkowitego wystudzenia. Wyjąć z formy.

Z wierzchu oblać różową polewą czekoladową (połamaną na kostki czekoladę wrzucić do zagotowanej śmietany, poczekać aż się rozpuści i wymieszać na gładki sos) i obsypać perełkami cukrowymi.

Zaszufladkowano do kategorii Babki, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

Karpatka

Nigdy dokładniej nie zastanawiałam się co różni karpatkę od kremówki (napoleonki), bo te ciastka mniej więcej wyglądają tak samo (ot dwa blaty przełożone kremem i obsypane pudrem), a w smaku są podobne, jednak ostatnio postanowiła tę różnicę poznać – i już wiem: karpatka składa się z ciasta parzonego (stąd jest falowane), a kremówka z francuskiego, do tego karpatka ma typowy krem budyniowo-maślany, zaś kremówka ma do tej budyniowo-maślanej masy wmieszaną jeszcze kremówkę właśnie (ewentualnie można się pokusić o wlanie spirytusu bądź adwokatu) i często posiada dodatkową warstwę w postaci bitej śmietany.

A że kremówkę już kiedyś upiekłam (przepis TU), to przyszedł czas na karpatkę; zwłaszcza, że ciasto parzone z tłustoczwartkowych łabędzi jest genialne i nie ma problemu z odklejeniem od niego papieru (czego ponoć można się obawiać).

Ja upiekłam dużą blachę karpatki, stąd podaję składniki na takie proporcje, które sama wypróbowałam.

Krem wzbogaciłam o białą czekoladę i wyszedł naprawdę przepyszny – zresztą jak całe ciasto: blaty są chrupiące, a krem gęsty, aksamitny i odpowiednio słodki (ale nie mdły), no i oczywiście pierzynka z cukru pudru sypnięta tuż przed podaniem 😉

Bardzo polecam!

Przepis na karpatkę (blacha o wymiarach 34x25cm ) (przepis na ciasto pochodzi z Moich Wypieków, a na krem z bloga: http://ilovebake.pl/; dodałam białą czekoladę)

Składniki:

Ciasto parzone:

  • 1,5 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 1,5 szklanki wody (375 ml)
  • 187 g masła
  • 6 jajek

Krem karpatkowy:

  • 1050 ml mleka
  • 3 x 40 g budyniu waniliowego
  • 3 żółtka
  • 3/4 szklanki cukru
  • 1,5 łyżeczka ekstraktu z wanilii lub ziarenka z laski wanilii
  • 8 kostek białej czekolady
  • 300 g masła

Dodatkowo:

  • cukier puder (do oprószenia)

Sposób przygotowania:

Ciasto parzone:

W garnku zagotować wodę z masłem, a gdy zacznie wrzeć wsypać mąkę i mieszać energicznie do momentu, aż masa stanie się szklista i zacznie odchodzić od garnka – wystudzić, a potem zmiksować z jajkami.

Gotowe ciasto podzielić na pół i każdą część rozsmarować na blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Każdy blat piec około 25 – 30 minut, w temperaturze 200°C (wierzch musi się ładnie zarumienić).

Wyjąć. Wystudzić. Zdjąć papier.

Krem karpatkowy:

Większość mleka zagotować z cukrem, wanilią i białą czekoladą, a w reszcie zmiksować żółtka z proszkiem budyniowym. Do gotującego się mleka wlać powstałą mieszankę i gotować aż do uzyskania gęstego budyniu.

Do jeszcze ciepłego budyniu wrzucić masło, poczekać aż się roztopi i zmiksować na gładki krem.

Wykonanie:

Na pierwszy blat wylać lekko wystudzony krem, przycisnąć drugim blatem, wstawić na 2-3 h do lodówki, by odpowiednio się ściął, a przed podaniem z wierzchu obsypać cukrem pudrem.

Zaszufladkowano do kategorii Przekładane, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

„Jak się mieszka w takim miejscu, lepiej nie dociekać zbytnio, co robią współlokatorzy” – „Zabójca z sąsiedztwa” autorstwa Alex Marwood

Zamknąć się pośród pól i lasów jak w zielonym pudełku.

Otoczyć senną ciszą, którą przecinają tylko poszepty przyrody w postaci ocierających się o siebie gałązek, spadających szyszek, pękających pąków, migoczących gwiazd, trzepotu skrzydeł, rozbryzgiwania wody, szumów, chrzęstów, tupotów, szelestów, trzasków, grzmotów, bulgotów, falowania, treli, gwizdów, świergotów, pohukiwań, bzyczenia, brzęczenia, cykania, zawodzenia, szurgotania, nawet wycia, porykiwania i piszczenia zwierząt, które tak pięknie harmonizują się z naturą.

Obserwować niemy spektakl cieni, świateł i kolorów.

Czuć zapach mchu, ziemi, wilgoci, deszczu, burzy, kamieni, słońca, żywicy, grzybów, jagód, poziomek, sierści, igliwia, ziół, paproci i tajemnicy.

Rozwielmożnić się ceniąc, że można dłoń zanurzyć w chmurach, pogłaskać skał, spleść wianek ze świetlików i wysłuchać legendy zimnego strumienia.

Wyrafinowania chcę.

Spokoju.

Emocji.

Natchnienia.

Wrażeń.

Bo właśnie tu dzieje się prawdziwe życie; życie, które ma sens.

Zamieszkać tam i czuć się jak u siebie, a nie zaledwie gościem chwilowym.

 

Takimi właśnie gośćmi chwilowymi, przybyszami, przypadkowymi najemcami, anonimowymi bywalcami są bohaterowie książki „Zabójca z sąsiedztwa” autorstwa Alex Marwood, po którą sięgnęłam zachęcona opiniami, że jest jeszcze lepsza niż przeczytana przeze mnie w październiku „Dziewczyny, które zabiły Chloe” tej samej pisarki – co prawda nie zgadzam się z tym, jakoby była lepsza (a to dlatego, że brak tu szczególnych zaskoczeń, w związku z czym nie ma tego charakterystycznego napięcia), co nie oznacza, że historia nie jest warta poznania, bo jest.

 

W mętnawej dzielnicy Londynu, w obskurnej kamienicy, ulokowanej przy wiktoriańskiej, zaśmieconej, wypełnionej chuliganami oraz turkotem podmiejskich pociągów Beulah Grove 23, gdzie w dalszym ciągu są gipsowe ściany i dwupalnikowe kuchenki, pomieszkuje 6 lokatorów: Colette, od 3 lat ukrywająca z torbą skradzionych pieniędzy, przed groźnym Malikiem i Tonym, mająca status chronicznego ajenta samotna staruszka Vesta, starający się o azyl piekielnie przystojny Irańczyk Hossein, uciążliwie rozgłaszający muzykę nauczyciel Gerard, były pracownik biura personalnego Thomas oraz 15-letnia Cher, która czmychnęła z ośrodka dla trudnej młodzieży, no i jest na dobitkę czarny kot Psychol.

Mimo że miejsce wydaje się być wyjątkowo zaniedbane, do tego nadzorowane przez skąpego, podstępnego, gruboskórnego, i obrzydliwie otyłego właściciela o niebieskaworóżowych ustach Roya Preecea, to brak umowy najmu oraz możliwość płacenia w gotówce zachęca tych, którzy nie chcą, czasem nie mogą pozostawiać po sobie śladów.

Wszyscy mają swoje sekrety, więc woleliby się ograniczyć do przelotnych spojrzeń i szybkich pozdrowień, jednak przeraźliwe zdarzenie z pewnej upalnej nocy sprawia, że są zmuszeni zawrzeć ze sobą sojusz, choć tak naprawdę każdemu zależy wyłącznie na ochronie samego siebie.

Jakby tego podenerwowania było mało, to okazuje się, że pośród nich znajduje się seryjny morderca, który zabija kobiety i z szajbniętą nabożnością… mumifikuje ich ciała.

 

Kto jest maniakalnym Kochankiem i czy wybrał już kolejną ofiarę?

To pytania dla tych, którzy sięgną po tę książkę, by się tego dowiedzieć.

 

A dowiedzą się znacznie prędzej niż w klasycznych kryminałach, bo chociaż „Zabójca z sąsiedztwa” liczy 397 stron (Wydawnictwo Albatros), to ponad 100 stron wcześniej widnieje odpowiedź, aczkolwiek ta wiedza zdumiewająco nie psuje złowróżbno-obłąkańczego klimatu, bo skrupulatny opis tego, co wyczynia ze swoimi ofiarami i przeraża i jakoś tak dziwnie hipnotyzuje.

Książka ta w zasadzie nie jest do końca kryminałem, lecz raczej powieścią obyczajową z wątkami kryminalnymi, ale może dzięki temu autorka mogła skoncentrować się na stworzeniu doskonałych portretów psychologicznych.

Jest tu strach. Niepewność. Paranoja. Czarny humor i okrutne odosobnienie, jednak gdy trzeba włącza się ogromna wola walki.

Bardo dynamiczna akcja.

Wciągająca fabuła.

I staranna analiza socjologiczna, ukazująca absurdy rzeczywistości.

 

Tak nawiasem: lubię erotyzm pomiędzy Colette i Hosseinem, ale to tak nawiasem.

 

A czy Ty znasz dobrze swojego sąsiada?

 

Kłamać jest łatwo. To bardzo proste, jak ktoś się już wciągnie. Wystarczy mówić pewnie, co ma się do powiedzenia, starając się, by było jak najbliższe prawdy, wyglądać bezradnie i znaleźć pretekst, by jak najszybciej urwać temat. W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przypadków ludzie łapią się na to, co im powiesz.

Jak ludzie mogą wierzyć, że starszy wiek automatycznie obdarza świętością, skoro jednocześnie są przekonani – jeśli wierzyć frazesom wypowiadanym na pogrzebach – że tylko dobrzy umierają młodo.

Młodzi ludzie są tacy samolubni.

Nikt nie docenia dobrych uczynków.

Nie tęskni się za tym, czego się nigdy nie miało.

Czytanie pozwala na wiele sposobów odpędzić samotność.

Ci, którzy mogą odciąć się od świata, kiedy mają ochotę, zazwyczaj żyją w świecie, w którym nikt nie ma ochoty ściąć im głowy.

Tyle na tym świecie samotności, a przecież większość ludzi wcale do tego na wstępie nie dąży. Wystarczy kilka błędów, chwila roztargnienia, i zanim się obejrzą, są sami jak palec.

Ataki płaczu nigdy nie trwają długo, jeśli się ich nie powstrzymuje i nie dolewa oliwy do ognia. To nienaturalne zachowanie wymagające zbyt wiele wysiłku.

Mówią, że ból się zmniejsza z upływem czasu, ale czas sprawia tylko, że ból wsiąka głębiej.

Sztuczka polega na tym, żeby zawsze wyglądać, jakby się pasowało, jakby się miało prawo być tam, gdzie się właśnie jest. 

Jeśli żyje się w ciągłym niedostatku, myśli się wciąż o różnych ładnych, błyszczących rzeczach, które mogłyby dopełnić życie.

Czasami miejsca… zostają zatrute.

Większość ludzi, zanim coś zmieni, musi dojść do punktu, w którym nie ma wyboru.

To gówniane życie, być ciągle w drodze. Naprawdę.

W sytuacjach kryzysowych należy działać, a nie rozmyślać.

Zaszufladkowano do kategorii Literatura, Literatura | Dodaj komentarz

Łabędzie z bitą śmietaną, pudrem i konfiturą malinową (z ciasta parzonego)

Dzisiaj Tłusty Czwartek, więc w piekarniach więcej pączków niż chleba, a ponieważ u nas nikt za pączkami nie przepada, to w mojej siatce nie wylądowała ani jedna sztuka, ale ponieważ jest to okazja do upieczenia czegoś, to oczywiście postanowiłam coś upiec; i tutaj z ogromnym naciskiem na słowo UPIEC, bo stanie przy garze wypełnionym skwierczącym tłuszczem zwyczajnie mnie obrzydza (?) – przełamałam się jeden jedyny raz i usmażyłam Papanasi – rumuńskie pączki serowe – czego nie wspominam zbyt dobrze, chociaż wyszły naprawdę smaczne.

Znacznie bardziej wolę w tym dniu pracować z ciastem parzonym i tak też postanowiłam w tym roku, wyczarowując dostojne łabędzie (wielokrotnie podziwiałam je za cukiernianymi witrynami) wypełnione waniliową bitą śmietaną oraz konfiturą malinową, a z wierzchu oprószone cukrem pudrem 😉

Polecam – to wbrew pozorom nic trudnego ani pracochłonnego, a tak bardzo cieszą oczy, serca i podniebienia!

A poniżej inne przepisy na Tłusty Czwartek:

  1. Donuty pieczone w piekarniku
  2. Semlor – szwedzkie bułeczki z bitą śmietaną i nadzieniem migdałowym
  3. Pieczone pączki
  4. Kawowe eklerki
  5. Ptysie z różowym kremem
  6. Mini ptysie z budyniem waniliowym i konfiturą truskawkową
  7. Muffinowe pączki w cukrze
  8. Wegańskie, bezglutenowe, kukurydziano-ryżowe pączusie z dżemem figowym

 

Przepis na łabędzie z bitą śmietaną, pudrem i konfiturą malinową (4 bardzo duże sztuki, 8 mniejszych) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków)

Składniki:

Ciasto parzone:

  • 1 szklanka mąki pszennej (tortowej)
  • 1 szklanka wody (250 ml)
  • 125 g masła
  • 4 jajka

Bita śmietana:

  • 600 ml śmietany 36%
  • 2 łyżki cukru pudru
  • 1,5 łyżeczki pasty waniliowej lub ziarenka z 1 laski wanilii

Dodatkowo:

  • konfitura malinowa
  • cukier puder

Sposób przygotowania:

W garnku zagotować wodę z masłem, a gdy zacznie wrzeć wsypać mąkę i mieszać energicznie do momentu, aż masa stanie się szklista i zacznie odchodzić od garnka – wystudzić, a potem zmiksować z jajkami.

Gotowe ciasto umieścić w worku cukierniczym zakończonym tylką o kształcie szerokiej gwiazdy i na papier do pieczenia wycisnąć korpusy w kształcie łez oraz łabędzie szyje w kształcie litery „S”.

Piec około 20 – 30 minut, w temperaturze 200°C  (łabędzie szyje krócej).

Wyjąć. Wystudzić.

Łezki przekroić wzdłuż, a górną część jeszcze na pół, by powstały skrzydła.

Na dolną część ciastka wyłożyć łyżkę konfitury malinowej, następnie wycisnąć bitą śmietanę (śmietanę ubić na sztywno z pudrem i wanilią), w jej środek wbić szyję, a po bokach umieścić skrzydła. Z wierzchu oprószyć cukrem pudrem.

 

Zaszufladkowano do kategorii Parzone, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz