„Właśnie dlatego lubię deszcz, bo wraz z nim pojawia się zapach nieba” – „Ogród słów”, w reż. Makoto Shinkai

Kiedy byłam małą dziewczynką bardzo lubiłam oglądać japońskie animacje, więc gdy tylko rodzice zabierali mnie i brata do wypożyczalni kaset video (!), to szukałam czegoś właśnie na takiej półce (oczywiście nie zawsze, ale wielokrotnie; brat wtedy buszował w superbohaterach, zatem i z tym byłam na bieżąco, a z „Batmanem” to już zwłaszcza). Na punkcie anime nigdy nie popadłam w obsesję (a jak już kiedyś wspomniałam: mam takie skłonności) i w sumie szukam teraz odpowiedzi dlaczego: może dlatego, że generalnie nie lubiłam oglądać telewizji? może miałam do tej twórczości niespecjalny dostęp? może jakbym miała kogoś, kto dzieliłby ze mną tę pasję, to byłoby łatwiej? NIE WIEM, ale wiem, że miłość zawsze się tliła, w związku z tym nic straconego, bo mogę wrócić do tego, co widziałam kiedyś i mogę obejrzeć coś nowego, pogrążając w tym absolutnie (albo na tyle, na ile moja Dusza zapragnie), a o to nietrudno, bowiem tego rodzaju filmy/bajki/seriale mają w sobie jakąś kuszącą magię – mnie szczególnie pociąga warstwa wizualna (raz, że osobliwy wygląd postaci, czyli niemalże sypkie, często bardzo długie włosy w fantazyjnych barwach oraz upięciach, ogromne, błyszczące oczy i smukłe nogi aż do nieba, dwa niesamowita drobiazgowość, trzy głębia kolorów, cztery przepiękna przyroda, a pięć to taki realizm, że mam wrażenie, że to się dzieje naprawdę), perfekcyjne ukazanie emocji bohaterów i emocjonalność treści, która wwierca się od środka, ten słodko-zadziornie-erotyczny klimat, bezbrzeżna wyobraźnia autorów (bo tam możliwe jest dosłownie więcej niż wszystko), wielowątkowość, szeroka tematyka (nieomijanie tematów kontrowersyjnych i drażliwych, a wręcz przeciwnie) i to, że nie zawsze jest tu szczęśliwe zakończenie, czyli jak w baśni i jak w życiu.

Znawcą w tym obszarze nigdy nie zostanę, ale to przecież nie zabrania mi poznawać, przeżywać, nurzać się w podziwie, i być może wciągnąć w jakiś serial (?), bo już spisałam sobie kilka tytułów, które zamierzam zobaczyć.

Wczoraj padał deszcz.

Dzisiaj pada deszcz.

I nie można tego upraszczać do stwierdzenia, że płacze jedynie niebo, bo łzami zalewa się cała natura: drzewa płaczą, liście płaczą, łąki, krzewy, mlecze, ławki, zioła, kamienie, chodniki, owady, ślimaki, ziemia płacze – płacze wszystko, widziałam, nawet rzeka rozpłakała się do tego stopnia, że podtopiła znajdujący nieopodal lasek, czym wystraszyła przecudowną sarenkę o szklanym, czarnym, wypukłym spojrzeniu, a w oczy spojrzałyśmy sobie mocno.

Pada tutaj i pada w „Ogrodzie słów”, w reż Makoto Shinkai, a tam 15-letni Takao Akizuki właśnie rozpoczął naukę w liceum, do którego dojeżdża koleją – zawsze wysiada na stacji Shinjuku i to od pogody zależy czy dotrze do szkoły czy nie, bowiem obiecał sobie, że deszczowe poranki będzie spędzał w altance, w jednym z japońskich ogrodów, gdzie może w spokoju oddawać się swojej pasji: tworzy projekty butów i skrycie marzy o tym, by zostać w przyszłości szewcem; z tego też powodu, by zarobić na kursy przygotowawcze, pracuje w restauracji, a musi sobie radzić sam, bo po pierwsze jego matka odeszła do młodszego kochanka, również w tym czasie jego starszy brat zamieszkał z narzeczoną, a po drugie nikt nie wierzy, że robienie butów jest dobrym pomysłem na życie.

Pewnego razu chłopak natyka się na 27-letnią Yukari Yukino, która przeważnie czyta, pije piwo i je czekoladę. Milcząca, szykowna, niemalże eteryczna kobieta fascynuje go do tego stopnia, że po wypowiedzianych do niego za pierwszym razem na odchodne słowach: odgłos dalekiego grzmotu. Zachmurzone niebo. Być może będzie padał deszcz. Czy będziesz tu wtedy ze mną? ten każdego ranka modli się o deszcz, a w słoneczne dni czuje jak niecierpliwe dziecko, bo choć zdaje sobie sprawę, iż pochodzi ona z „odległego świata pracujących dorosłych”, to równocześnie wydaje się być wcieleniem wszystkich jego tajemnic – nie wie o niej nic, a jednak beznadziejnie go zauroczyła.

Akurat w tym momencie trwa pora deszczowa w regionie Kantō, więc spotykają się codziennie, realizując coś na zasadzie niepodpisanego paktu: czerpią przyjemność z bycia razem, a raczej obok siebie, bo ich dialogi są zdawkowe – Takao ciut więcej o sobie mówi, zaś odnośnie swojej towarzyszki jedynie się domyśla, że z jakiegoś powodu ona nie chce docierać do miejsca pracy, zwłaszcza, że kiedyś napomknęła mu, że uczy się tutaj na nowo oddychać i pewnie stanąć na nogach.

Przypadkowo nastolatek dowiaduje się, że jest ona nauczycielką literatury klasycznej w jego liceum, którą potwornie gnębią i rozpuszczają o niej plotki uczennice III klasy, gdyż wpadła w oko zajętemu chłopakowi – z jednej strony czuje się oszukany, więc pozwala sobie na wybuch gniewu, ale z drugiej jej współczuje, dlatego też wdaje się w bójkę oraz wykonuje buty, które pomogą jej złapać równowagę, a na zadane na wstępie pytanie  koniec końców odpowiada: jeśli nawet deszcz nie nadejdzie, to będę tutaj z tobą, czym podsumowuje głębię i urok tej niezwykłej relacji.

„Ogród słów” trwa zaledwie 46 minut (trzeba oglądać do samego końca, bo po piosence leci dalej!), ale to wystarczy, by olśnić do ostateczności: wyczuciem, subtelnością poprowadzenia historii, symboliką, niedopowiedzeniami, aurą uniesienia, mistyczności, stoicyzmu, szczegółowością i wszechogarniającym pięknem, zwłaszcza przyrody: błyskawice świetliście odznaczające się na niebie, deszcz, który zresztą jest jednym z bohaterów tej historii, obficie zalewający krajobraz, roślinność, owady skaczące po powierzchni stawu, liście poruszane wiatrem – a gałąź z pierwszego kadru wygląda jak taka zza okna, prawdziwa!

Ja jestem zachwycona – bardzo polecam!

Jesteśmy tylko ludźmi i mamy prawo do małych dziwactw…

 

(źródło: https://www.youtube.com/watch?v=P9nbLFe41DE)

Dziewczyno, cała przemoczona
przez chwilę patrzyłaś w moje oczy,

nie przejmując się tym, że
wciąż pada na Ciebie deszcz.
Pogwizdując, ruszyłem za tobą,
mimo, że poznałem Cię z tej strony,
o której wolałbym nie wiedzieć.
Zupełnie jak pierwszej nocy,
gdy się pokłóciliśmy,
powiedziałem,
nie odchodź, nie odchodź.

(fragment piosenki „Rain” w wykonaniu Motohiro Hata)

Zaszufladkowano do kategorii Film | Dodaj komentarz

„Tak naprawdę nigdy nie wiesz, kiedy oberwiesz, od kogo, z jakiego powodu i czy w ogóle” – „Fanfik” autorstwa Natalii Osińskiej

Lubię literaturę dla dzieci i młodzieży, więc można się na mnie natknąć w takim dziale, gdy buszuję w księgarni w poszukiwaniu kolejnej książki; przeważnie idę tam, gdy już wybiorę jakiś kryminał. Najczęściej sięgam po starsze pozycje, czyli takie, które z różnych przyczyn pominęłam w przeszłości (bo na przykład nie wiedziałam o ich istnieniu, nigdzie nie mogłam znaleźć lub nie był to dla nich odpowiedni czas w moim młodzieńczym życiu, a potem zwyczajnie o nich zapomniałam, rozczytując się w czymś innym), ale nie zamykam się na te powstające na bieżąco, bo wierzę, że wśród nich również są perełki. I właśnie ta wiara wsadziła mi w dłonie „Fanfika” autorstwa Natalii Osińskiej.

To dzieje uczennicy 2 klasy LO, Tosi Graczyk, która daje się poznać jako dziewczyna rozdygotana, nieszczęśliwa, roztargniona, uzależniona od przepisywanej przez zaprzyjaźnionego doktora Szackiego Fluoksetyny, lubiąca czytać, pisać fanfiki (opowiadania w obrębie fandomu) i pozostawać w cieniu, mimo że gdy pierwszy raz przekroczyła próg szkoły, to oszałamiała wypracowaną urodą i talentami jak z innej epoki. Nic dziwnego, że formujący się wir społecznych zależności błyskawicznie wyniósł ją na szczyt jak Dorotkę w Oz. Nieświadoma sensacji, którą wzbudza, zawsze trochę nieobecna i senna jak modelka na kokainie, elektryzowała otoczenie i przyciągała chętnych do kąpania się w jej blasku, przyciągając tym samym szkolne gwiazdy: Matyldę i Emilię , jednak jej było to obojętne do tego stopnia, że w końcu zaczęto ją postrzegać jako dziwaczkę.

Tosia mieszka w bloku na 2 piętrze; mieszka tylko z tatą Marcinem, który praktycznie cały czas znajduje się poza domem, ponieważ jest szefem ekipy remontowej, jedynym żywicielem rodziny, i w zasadzie jedynym rodzicem, ponieważ mama zmarła, gdy Tosia miała 6 lat. Tata bardzo kocha córkę, ale nie potrafi się z nią komunikować, więc ten obszar pozostawia siostrze mamy, szalonej cioci Idalii, będącej właścicielką salonu urody.

Ciocia Idalia stroi ją niczym bajkową księżniczkę, a ona… nie znosi tych falbaniastych sukienek, pończoch, lśniących pantofelków, profesjonalnego makijażu i wypielęgnowanych paznokci i z tego powodu unika spoglądania w lustro.

Sytuacja zaczyna się zmieniać w dniu rozpoczęcia roku szkolnego, gdy Tosia przypadkiem wpada na schodach na Leona, z którym ekspresowo się zaprzyjaźnia. Leon jest postacią dość tajemniczą, ponieważ niechętnie o sobie mówi; wiadomo tylko, że nie utrzymuje kontaktów z rodzicami, powtarza klasę, leżał w szpitalu, jest samodzielny, zrównoważony, jak na swój wiek bardzo dojrzały, zaangażowany w działalność kółka teatralnego i w znajomość z niejakim Konradem. Jednak tak naprawdę zmiana dokonuje się w nastolatce z chwilą nałożenia na siebie pożyczonego od kolegi męskiego ubrania, bo… jest swoim wyglądem tak oczarowana, że nie może się na siebie napatrzeć – wtedy też zaczyna się proces przybierania nowej tożsamości: Tosia czuje się Danielem i chce by inni też ją tak postrzegali.

Daniel (zwany Tośkiem) jest zupełnym przeciwieństwem Tosi, bo wcześniej to świat organizował się wokół niej, a ona pozwalała się nieść, a teraz pożąda ostatecznej rozgrywki z siłami zła, nie mdławego smaku wyższości moralnej.

Tosiek równocześnie rozczula i wkurza, bo pod tymi przekleństwami, dowcipkowaniem, piciem piwa, drapaniem po fantomowym zaroście, pyskowaniem czy ignorancją kryje się młoda, zagubiona istota, która nareszcie odnalazła siebie, ale wie, że musi o tą siebie stoczyć bój: i ze sobą i w zasadzie z całym światem.

„Fanfik” to wspaniała, bardzo ciepła i mądra książka o inności; inności, której, jeśli nie chce się wysłuchać oraz zrozumieć, to po prostu należy uszanować, zatem również o szacunku do drugiej osoby, ale i do samego siebie. A że poszukiwanie i budowanie własnej tożsamości wiąże się z błądzeniem, to i o błądzeniu jest ta książka. I o odwadze bycia sobą i walce o siebie. O odrzuceniu. O samotności. Strachu. Depresji. (Samo)krytyce. Asertywności. Determinacji. Mimo wszystko sile i potrzebie przynależności. Dojrzewaniu, nawiązywaniu relacji, radzeniu sobie z emocjami. O trudnych wyborach i pierwszych uczuciach.

Autorka podejmuje tu ciężką tematykę jaką jest transseksualizm i homoseksualizm, jednak robi to z lekkością i humorem, bowiem 374 strony (Wydawnictwo Krytyki Politycznej) przelatują jak z bicza strzelił.

Według mnie jest tutaj nawet trochę zbyt pozytywnie, ale to daje nadzieję, że faktycznie może być lepiej.

To książka, która pokrzepia, bawi i wzrusza. Poucza oraz nakłania do refleksji.

Nauczycielom i rodzicom oferuje zagadnienia do przeprowadzenia dyskusji, ale oczywiście dyskusji na poziomie.

Dla młodszego i starszego czytelnika.

Myślę, że twórczość i atmosferę książek Natalii Osińskiej mogą pokochać ci, którzy zagłębiali się w powieściach Krystyny Siesickiej i Małgorzaty Musierowicz, ale warunek jest taki, że muszą mieć otwarty umysł i przede wszystkim otwarte serce, bo ta książka wierzy w ludzi i wierzy w miłość.

Mnie „Fanfik” urzekł do tego stopnia, że już się zaopatrzyłam w „Slash” oraz „Fluff”, które są kontynuacją tej historii: pierwsza opowiada o Leonie, zaś druga o Matyldzie 😉

W szkole nie wypadało być biednym, biedni byli społecznie martwi.

W szkole plotka raczej poprzedza prawdę, niż podąża za nią.

Kiedy wychowuje cię dwoje ludzi, którzy tolerują się nawzajem tylko ze względu na ciebie, momentami życie staje się trudne do zniesienia.

Z wariatami ludzie też nie wdają się w dyskusję, by ich niepotrzebnie nie denerwować.

Skłócony front łatwiej skruszyć, wiadomo.

Nie można zajrzeć śmierci w oczy, a potem odwrócić się do niej tyłem i bezkarnie powrócić do własnych spraw.

Ludzie lubią rozumieć.

W końcu ostatecznie pojedynki są po to, żeby dobro zwyciężyło, prawda?

Co za pożytek z focha, jeśli dusi się go w sobie?

Książki biblioteczne są trochę jak ludzie, z pozoru wszystkie do siebie podobne, a każda z własną historią. 

Nie każdy musi być mądry i zabawny, żeby być przyzwoitą jednostką.

Każda strategia jest dobra, jeśli działa.

Zaszufladkowano do kategorii Literatura, Literatura | Dodaj komentarz

Kruche ciasteczka z kolorowymi drażami

Bardzo szybkie (nie wymagają chłodzenia, wałkowania, wycinania) i bardzo popularne ciasteczka z kolorowymi drażami.

Kruche. Maślano-śmietankowe. Aromatyczne. Smaczne i po prostu… urocze 😉

Przepis na kruche ciasteczka z kolorowymi drażami (mi wyszło 30 sztuk) (Przepis pochodzi z bloga: https://malacukierenka.pl/)

Składniki:

Ciasto:

  • 2 i 1/3 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 2/3 szklanki cukru
  • 1 jajko
  • 200 g masła
  • 1 płaska łyżeczka sody oczyszczonej
  • 3/4 łyżeczki aromatu śmietankowego
  • 200 g kolorowych draży 

Sposób przygotowania:

Wszystkie składniki (poza drażami) wrzucić do miski i zagnieść z nich ciasto.

Z ciasta odrywać fragmenty, formować z nich kulki wielkości orzecha włoskiego i lekko spłaszczając powciskać w nie kolorowe draże.

Ciasteczka poukładać na blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 15 minut, w temperaturze 170°C.

Zaszufladkowano do kategorii Ciasteczka | Dodaj komentarz

Kakaowe serduszka dla Mamy

Wielkimi krokami zbliża się Dzień Matki, a że prezent wykonany własnoręcznie ma wartość podwójną (bo prezent i bo własnoręcznie, a od serca zawsze), to proponuję z tej okazji przepis na kruchutkie, kakaowe ciasteczka w kształcie serc, których jedna połowa jest oblana czekoladą i obsypana cukrową posypką 😉

Przepis na kakaowe serduszka dla Mamy (mi wyszło 40 sztuk) (Przepis pochodzi z bloga: https://malacukierenka.pl/)

Składniki:

Ciasto kakaowe:

  • 2 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 2/3 szklanki gorzkiego kakao
  • 2/3 szklanki cukru
  • 16 g cukru waniliowego
  • 220 g masła
  • 1 łyżka zimnej wody
  • szczypta soli

Dodatkowo:

  • 100 g gorzkiej czekolady
  • cukrowa posypka (do dekoracji)

Sposób przygotowania:

Składniki na ciasto zagnieść, uformować w kulę, owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość 4-5 mm i powycinać foremką w kształcie serca ciasteczka.

Ciasteczka poukładać na blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 15 minut, w temperaturze 170°C.

Wyjąć. Wystudzić. Jedną stronę, do połowy, zanurzyć w rozpuszczonej w kąpieli wodnej gorzkiej czekoladzie i ozdobić cukrową posypką.

Zaszufladkowano do kategorii Ciasteczka, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

„Jestem bulimikiem niepotrafiącym rzygać” – „Pewna forma życia” autorstwa Amélie Nothomb

Amélie Nothomb na świeczniku, zatem słów kilka, o jak zawsze w przypadku tej autorki, niedługiej (111 stron – Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA), lecz napisanej z humorem, z ironią, bardzo zaskakującej i esencjonalnej książce „Pewna forma życia”.

To korespondencja pomiędzy autorką, a stacjonującym od ponad 6 lat w Bagdadzie, szeregowym armii amerykańskiej, 39-letnim Melvinem Mapple’em (do wojska wstąpił późno, bo nie miał już żadnych widoków na przyszłość; koczował na przedmieściach Baltimore u prowadzących stację benzynową rodziców, a marzenia związane z byciem pisarzem, gwiazdą rocka, malarzem czy aktorem upadły, ponieważ nie miał do tego talentu), który postanowił do niej napisać, gdyż potrzebuje świadomości istoty ludzkiej, pozostającej na zewnątrz, a jednocześnie na tyle mu bliskiej, by okazała zrozumienie, nadając sens i formę jego życiu. Melvin pragnie istnieć dla Amélie, być pewnym wątkiem w jej głowie, bowiem uważa, że pisarz posiada szczególny wgląd w ludzką duszę, a wybrał akurat ją, ponieważ przeczytał wszystkie dzieła i zauważył, że przedstawia w nich odmienność, wszakże nie odbiera ludziom godności, nie osądza, nie krytykuje, pisze dziwnie, ale to absurdalne uduchawia, wzmacnia, pozwala przetrwać i jakoś się odnaleźć – ta świadomość napawa ją „groteskową dumą”, bo nagle czuje się pisarką uniwersalną, ale jednocześnie nie ma ochoty słuchać osobistych bolączek oraz zwierzeń anonimowego człowieka, bo zdolność wczuwania w niedolę bliźniego jest u niej obecnie na wyczerpaniu, aczkolwiek treści listów Melvina budzą respekt i sympatię (zwłaszcza szczerość i potęga wyobraźni), pochłaniając do tego stopnia, że zaczyna na nie czekać, a po przeczytaniu ich natychmiast udziela odpowiedzi; choć z reguły nie lubi długich wiadomości od czytelników (autorka ma w zwyczaju odpisywać, bowiem jak sama stwierdza: „cierpi na głód epistolarny”), gdyż ma wrażenie, że są tworzone pod wpływem absolutnej konieczności, stąd nim zabierze się za czytanie, zaczyna od sortowania: rozdziela nadawców znanych od nieznanych, listy, które przeczyta z przyjemnością od tych, które ją znudzą, grube epistoły od cienkich, dlatego że list upragniony jest krótki, nieupragniony opasły. Spotyka się to na wszystkich poziomach pragnienia: wyborne dania podawane są w małych porcjach, wielkie wina są serwowane z umiarem, piękni ludzie są szczupli, tête-à-tête to spotkanie, na które się czeka. Jest to reguła tak zakorzeniona, że nie ma co próbować jej zmienić.

Melvin koncentruje się głównie na gehennie swojej przeogromnej tuszy: w dniu zaciągnięcia się do wojska ważył 55 kg przy wzroście 1,80 cm, a obecnie jest to 180 kg – jego otyłość (i otyłość wielu innych żołnierzy, bo jest to problem zbiorowy, w związku z czym armia wydaje horrendalne sumy na pożywienie i coraz to większe mundury; tutaj plusem jest fakt, iż solidarność nie pozwala się złamać, bo znoszenie spojrzeń, uwag i szykan to udręka najgorsza z możliwych) jest obrzydliwą pociechą, konsekwencją wypchania pustki, ukojenia strachu, bo człowiek wraca z walki w stanie szoku, zdumiony, że jeszcze żyje, przerażony, i pierwsze, co robi po zmianie spodni, to rzuca się na żarcie (…) Niewiarygodne, ile może pochłonąć. Dostaje małpiego rozumu. Coś w nim pękło. Nie chodzi o to, że lubimy tak jeść, ale to jest silniejsze od nas, za jedzenie moglibyśmy się pozabijać i być może o to nam chodzi. Z brzuchem bliskim pęknięcia okropnie się cierpi. Człowiek przysięga sobie, że już nigdy więcej, że za bardzo boli. Nazajutrz znów musi wrócić do walki, oglądać horrory jeszcze gorsze niż poprzedniego dnia – do tego nie można przywyknąć (…) Ci, którzy stamtąd wracają, mają w sobie jedną wielką pustkę (…) To, co wtedy odczuwamy nie jest przyjemnością, tylko jakąś obrzydliwą pociechą. 

Melvin twierdzi, że dźwiga brzemię własnych zbrodni, że w ten sposób demonstruje poczucie winy, bo występki ciążą mu na sumieniu, to dowód szacunku dla tych, których skrzywdził – to potworny oraz widowiskowy akt sabotażu, coś w rodzaju śmiercionośnej klapy bezpieczeństwa, ponieważ sabotuje system, ale wymiar czynu zdaje się być samobójczy, bo nie trafia do celu, tylko samoistnie się niszczy: mówi się, że trzeba jeść, żeby żyć. My jemy, żeby umrzeć. Popełniamy samobójstwo na raty. Jesteśmy tak spasieni, że ledwo przypominamy ludzi, a przecież w bulimię popadli ci najbardziej ludzcy z nas. Są tacy, którzy widzieli potworność tej wojny i żyją jak przedtem. Nie budzą we mnie podziwu. To nie brawura z ich strony, tylko brak wrażliwości.

W pewnym momencie mężczyzna zdradza Amélie swój największy sekret, mianowicie, by jakoś zaakceptować własną tuszę i znieść płynącą z zewnątrz pogardę wymyślił, że jest ona dodatkową osobą, którą nazwał Szeherezadą – „ochrzcił własne sadło imieniem kobiety”, która po zgaszeniu światła obdarza go miłością (ale nie fizyczną, bo do tej już nie jest zdolny).

Z jednej strony pragnie schudnąć, bo jest mu ciężko i bardzo się tego wstydzi, a z drugiej nie potrafi oraz nie chce przejść na dietę, bo raz, że się uzależnił, a jedzenie to narkotyk taki sam jak inne, no i łatwiej handlować doughnutsami niż koką (…) Ze wszystkich narkotyków żarcie jest najbardziej szkodliwe i najbardziej uzależniające, dwa nie chce zabić Szeherezady (w niewyjaśniony sposób ona daje mu szczęście), a trzy uważa za sprawiedliwe, że cierpi za swoje haniebne czyny, dlatego też podchwytuje trochę ironiczną propozycję autorki o zrobieniu ze swojego ciała sztuki w postaci kroniki otyłości, będącej jego własnym dziełem, czyli dla artysty jedyną racją istnienia: Melvin uznaje, że jego sztuka ma wydźwięk polityczny, gdyż ujawnia światu horror wojny, bo jego waga daje wyobrażenie o zasięgu ludzkich strat, mówi również o niemożności powrotu do pozorów normalności.

W pewnym momencie ma miejsce coś niespodziewanego: korespondencja się urywa, i to ze strony Melvina – początkowo autorka, w natłoku obowiązków, nic sobie z tego nie robi, ale potem zaczyna się zastanawiać czy Melvin zginął czy po prostu znudził się rozmową i zerwał z nią kontakt? To pytanie tak ją nurtuje, że za wszelką cenę postanawia znaleźć odpowiedź – i znajduje, bardzo zadziwiającą.

A jaką, to już nie napiszę, bo popsuję zabawę tym, którzy mają zamiar przeczytać 😉

„Pewna forma życia” to książka o ludzkich słabościach, nałogach, zaburzeniach, o tym, jaki wpływ ma na człowieka to, co dzieje się w jego życiu i to w jakim środowisku się obraca, o odrzuceniu i wyśmiewaniu odmienności, o tworzeniu iluzji, również o relacji autor-czytelnik, tym, gdzie jest granica poufałości między nimi, o podejściu pisarza do otrzymywanych listów i o tym co można nazwać prawdziwą sztuką.

Polecam.

Czy opasłe ciało żyje? Jedynym znakiem tego, że nie umarło, jest to, że wciąż przybiera na wadze. Taka jest logika otyłości.

Człowiek wyobrażający sobie, że ma więcej do powiedzenia, daje dowód nieposzanowania innych, a brak obycia czyni go nieinteresującym.

To krępujące być adresatem gorących pochwał, na które, własnym zdaniem, się nie zasłużyło.

Artysta, który nie wątpi, jest osobnikiem równie przygnębiającym jak uwodziciel zachowujący się jak zdobywca w okupowanym kraju. Za każdym indywidualnym dziełem kryje się ogromne roszczenie, by móc zaprezentować własną wizję świata. Jeśli takiej zarozumiałości nie zrównoważą katusze niepewności, artysta stanie się potworem będącym dla sztuki tym, kim jest fanatyk dla wiary.

Mylić coś tak niewinnego, jak korespondencja z autorem, z biurem pośrednictwa lub z protekcją dowodzi wyjątkowo złego smaku.

Zaszufladkowano do kategorii Literatura, Literatura | Dodaj komentarz

Cytrynowo-makowe babeczki z kiwi

Ostatnim razem dodawałam tu przepis na jogurtową babkę z kiwi i polewą czekoladową, więc jak tylko natknęłam się na zdjęcia babeczek, które wykonałam chyba w zeszłym roku, to postanowiłam i tym przepisem się podzielić, ponieważ i one zawierają w sobie dodatek owoców kiwi i są naprawdę bardzo, bardzo smaczne: mięciutkie, puchate, wilgotne, nakrapiane makiem, lekko kwaskowe, ale jednocześnie orzeźwiające, bo z nutką cytryny, nadziane konfiturą z kiwi i agrestu, z wierzchu ozdobione dużą ilością aksamitnego kremu i świeżymi owocami 😉

Niby nic skomplikowanego, a cieszy, do tego jest to pomysł na wykorzystanie kiwi w wypiekach, które nie jest szczególnie popularne – tutaj sprawdza się świetnie!

Przepis na cytrynowo-makowe babeczki z kiwi (12 sztuk) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków; zmieniłam krem i dodałam nadzienie)

Składniki:

Ciasto cytrynowo-makowe:

  • 165 g mąki pszennej (tortowej)
  • 120 g cukru
  • 160 g masła
  • 3 jajka
  • 3 łyżki mleka
  • 1,5 łyżki suchego maku
  • skórka otarta z 0,5 cytryny
  • 1 łyżeczka ekstraktu z cytryny
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Krem kiwi:

  • 375 g serka mascarpone
  • 3-4 płaskie łyżki cukru pudru
  • 5-6 dużych łyżek gładkiej konfitury o smaku kiwi

Dodatkowo:

  • 1 słoik konfitury o smaku kiwi
  • świeże kiwi

Sposób przygotowania:

Masło utrzeć z cukrem na puch, potem, cały czas ucierając, kolejno wbijać jajka. Następnie dodać skórkę z cytryny, ekstrakt, mleko, mak – zmiksować. Na sam koniec wmieszać mąkę przesianą z proszkiem.

Ciastem wypełnić papilotki.

Piec około 20 minut, w temperaturze 180°C (do suchego patyczka).

Wyjąć. Wystudzić. Łyżeczką wydrążyć każdą babeczkę i wypełnić konfiturą o smaku kiwi (u mnie była jeszcze z dodatkiem agrestu).

Z wierzchu udekorować kremem (mascarpone zmiksować z cukrem pudrem, potem dodać konfiturę) oraz plasterkami kiwi.

Przechowywać w lodówce.

Zaszufladkowano do kategorii Babeczki, muffiny, tartaletki, Makowce, z makiem, Owocowe, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

„Z powodu tej miłości zapomniałam o sobie do tego stopnia, że bez wahania okryłabym się hańbą” – „Sabotaż miłosny” autorstwa Amélie Nothomb

Amélie Nothomb i jej kolejna przeczytana przeze mnie książka – tym razem „Sabotaż miłosny”, która również nawiązuje do biografii pisarki, bowiem akcja obejmuje rok 1974, kiedy to wraz z rodzicami, starszą siostrą oraz starszym bratem zamieszkała w Chinach, w zamkniętej dzielnicy dla dyplomatów: w getcie San Li Tun (generalnie w Chinach mieszkała w latach 1972-1975), gdzie bloki przypominały więzienne budynki, a 8 kondygnacji schodów ociekało uryną.

Jako 7-letnia wówczas dziewczynka miała wrażenie, że nie istnieje rozkosz większa niż uczucie nadmiaru powietrza w głowie, które każe jej chłonąc piękno świata, będącego nieskończoną epopeją. Chiny działały na nią jak narkotyk (ponoć w ogóle człowiek, który się  z nimi zetknie zaczyna być pretensjonalny) – wiedziała, że będzie miała się czym chwalić przed znajomymi, bo pobyt tam zawsze równa się z uznaniem w oczach pozostałych: to miejsce ma w sobie coś specyficznego, jest nieprzewidywalne. Amélie jednocześnie hipnotyzował, jak i obrzydzał nieskończenie dziwny świat pod rządami Bandy Czworga, z szerokimi ulicami i pyszną, mocną herbatą; to wszystko wydawało jej się tak olśniewające i tak wstrętne, że odczuwała rozpierającą euforię, ale też ogarniał ją pusty śmiech: żaden inny kraj nie jest w stanie aż tak zaślepić; opuszczający go ludzie opowiadają o cudach, jakie widzieli. Choć w dobrej wierze, wykazują jednak skłonność do przemilczenia obejmującej wszystko swoimi mackami brzydoty, mimo że przecież nie mogli jej nie zauważyć. To dziwne zjawisko. Chiny są jak zręczna kurtyzana, która potrafi sprawić, że zapomina się o jej rozlicznych ułomnościach fizycznych, choć nawet nie próbuje ich ukryć, i która rzuca urok na wszystkich swych adoratorów.

Wtedy też doszła do wniosku, iż  kraj komunistyczny to taki kraj, w którym są wentylatory – wymarzony chór reżimów totalitarnych, bo to właśnie ich ogrom przykuł jej wzrok, gdy tu przybyła; były dla niej plastikowymi kwiatami o obracającej się koronie.

I prawdopodobnie dlatego, że kwiatów było tu niewiele, a te, na które się trafiało odznaczały się brzydotą, to jednak chwytały za serce, kazały tęsknić za wspomnieniami, ogrodami, cesarskimi pięknościami, których się nie znało – rodziło się więc pytanie: jak to się stało, że rewolucja kulturalna nie zabroniła kwiatom pachnieć kwiatami?

A ponieważ rodzice byli przeważnie zajęci pracą, to dzieci miały dużą swobodę, zatem wynajdywały sobie rozmaite zajęcia – u  Amélie było to głównie „galopowanie na wierzchowcu”, dbanie o wizerunek, by olśnić tłumy i próba stworzenia własnej legendy, a wszystko to działo się w okolicach Bulwaru Szpetnych Domów, Placu Wielkiego Wentylatora i Zakazanego Miasta – tam też rozgrywała się jedna z największych światowych wojen, tyle że nigdy nie została odnotowana, a powodem milczenia mediów było to, ze średnia wieku walczących wynosiła plus minus 10 lat; pomimo tego nie była to wojna pozbawiona barbarzyństwa. Działania wojenne z dnia na dzień nabierały rozmachu, a sama autorka, z racji mikrego wzrostu, nie skupiania na sobie podejrzeń i nadzwyczajnej szybkości, została mianowana zwiadowcą – było to dla niej potężne wyróżnienie, bo uważała, że od niej zależy przetrwanie armii: przyczajona w cieniu, z uczuciem wyższości, narażała się samotnie tropiąc wroga, odznaczała sprytem i heroizmem, miała się za „żywą pochodnię wskazującą drogę” i „łotrzykowskiego szpiega przywdziewającego kamuflaż” – do tego oczywiście potrzebowała pojazdu, a był nim fenomenalny wierzchowiec: ten koń jest koniem – dopóki istnieje wyzwolenie za sprawą szybkości i wiatru, dopóty istnieje koń. A koniem nazywam nie to coś, co ma cztery kopyta i produkuje nawóz, ale to, co urąga ziemi i co mnie od niej odrywa, wynosząc w górę i zmuszając, żebym nie spadła, to, co mnie na śmierć stratuje, jeśli ulegnę pokusie przyziemności błota, co wprawia w pląsy moje serce i w drżenie mój brzuch, co unosi mnie z szybkością tak zawrotną, że aż muszę mrużyć powieki, bo nawet najjaśniejsze światło nie porazi tak, jak smagnięcie powietrza. Koniem nazywam to jedno jedyne miejsce na ziemi, w którym możliwe jest całkowite oderwanie, utrata wszelkiej myśli, wszelkiej świadomości, wszelkiego wyobrażenia o dniu jutrzejszym po to, by zamienić się w jeden wielki zryw, w to, co unosi człowieka niczym rozpięte żagle. Koniem nazywam to wstąpienie w nieskończoność, a eskapadą na nim tę chwilę, kiedy napotykam zastępy Mongołów, Tatarów, Saracenów, Indian i innych braci w galopie, których celem życia było jeździectwo, czyli po prostu istnienie. Kawalkadą nazywam tego ducha, który wierzga czterema kopytami, a wiem, że mój rower ma cztery kopyta i wierzga, i że jest koniem. Jeźdźcem nazywam tego, którego koń uratował od ugrzęźnięcia, któremu koń przywrócił wolność świszczącą w uszach. I dlatego żaden inny koń nie zasługiwał na miano konia w takim stopniu jak mój.

Koń tak naprawdę był rowerem.

I rower a nie konia widziała w nim Elena, czyli 6-letni „pępek świata”, który przybył tu z Turynu i zamieszkał 40 metrów od autorki. Elena była córką porywczego Włocha i Hinduski z Surinamu o niepokojącym spojrzeniu. Miała ciemne, ogromne oczy, skórę barwy wilgotnego piasku, kruczoczarne, lśniące włosy sięgające poniżej pupy, doskonałe usta i niebiański owal twarzy, najchętniej ubierała się na biało: była piękna niczym anioł pozujący do artystycznej fotografii. Niestety zachowywała się tak, jakby pozjadała wszystkie rozumy, była wyniosła, trzymała się na uboczu, nie chciała z nikim bawić, lekceważyła innych, bo wystarczyło jej poczucie, że jest najpiękniejsza i z tego powodu podziwiana.

Podziwiała ją też 7-letnia Amélie, w zasadzie wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumieć, że miłość do Eleny będzie dla cierpienia tym, czym dla gramatyki francuskiej jest Grevisse: wyszydzanym, acz niezastąpionym klasykiem. 

Zasadnicze znaczenie ma tutaj fakt, że pisarka do 14 roku życia dzieliła ludzi na 3 kategorie: kobiety, dziewczynki i cudaków – kobiety były gatunkiem niezbędnym, cudacy byli bezużyteczni, a dziewczynki były kimś niezwykłym, bo miały ciała nieskażone ani żadnymi groteskowymi wypustkami, ani śmiechu godnymi wypukłościami. Skonstruowane bez zarzutu, ukształtowane w taki sposób, by nie stawiać żadnego oporu życiu. Nie posiadając materialnej użyteczności, były potrzebniejsze niż wszyscy inni, bo to one stanowiły o urodzie życia – prawdziwej urodzie, tej, która jest czystą lekkością bytu, której nic nie krępuje, kiedy całe ciało od stóp do głów jest jednym wielkim szczęściem.

Niestety Elena jest tymi wszelkimi staraniami nieporuszona, dlatego też w pewnym momencie Amélie postanawia pokonać ją jej własną bronią: obojętnością, gdyż tamta należy do tych, którzy tym bardziej kochają, im więcej okazuje im się chłodu (Amélie przeciwnie: im bardziej czuła się kochana, tym bardziej kochała).

Zadziałało, ale… tylko na chwilę, bo potem Amélie popełniła błąd.

A jaki dowie się tylko ten, kto przeczyta 😉

„Sabotaż miłosny” to historia podwójnego wygnania: raz, że z ukochanej Japonii, dwa, że z Chin, ponieważ z racji statusu, autorka z całą swoją rodziną była odgrodzona; byli tu nieproszonymi gośćmi. To również wspaniała opowieść o dzieciństwie napisana z punktu widzenia dziecka, które świat postrzega z zupełnie odmiennej perspektywy: lepszej, świeższej, pełnej magii, malowanej wyobraźnią, która rządzi się własnymi prawami i posiada problemy równie pokaźne jak bolączki dorosłych, tyle że adekwatne do tego okresu; mała Amélie generalnie jest zdania, że dorośli nigdy nie byli dziećmi, bo jak długo żyją, zawsze byli dorośli, zaś przyjaciele to tacy ludzie, z którymi spotykało się, by w ich towarzystwie oddawać się różnym niedorzecznym czy wręcz groteskowym czynnościom lub też by oddawać się zajęciom zwykłym, do których wcale nie byli potrzebni, stąd nigdy „nie chciała się obarczać przyjaciółmi”.

Na pierwszy plan wysuwa się w tej niedługiej książce (132 strony – Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA) zabawa w wojnę, która nie jest pozbawiona okrucieństwa, ponieważ  traktuje się ją śmiertelnie poważnie, zważywszy na fakt, że kiedy zabraknie jednego wroga, trzeba sobie znaleźć innego; i wszystko zaczyna się od początku. Do niczego to więc nie prowadzi. Należy zatem kochać swojego wroga i nic mu o tym nie mówić. W żadnym wypadku nie należy brać pod uwagę pojednania. Zawieszenie broni jest luksusem, na który istota ludzka nie może sobie pozwolić. Najlepszy dowód: okresy pokoju prowadzą zawsze do nowych wojen. Podczas gdy wojny na ogół kończą się okresami pokoju. Z czego wynika wniosek, że pokój nie służy człowiekowi, gdy tymczasem wojna jest dla niego dobrodziejstwem. Należy zatem filozoficznie pogodzić się z pewnymi niedogodnościami wojny, która dzięki szkole nabierała bardziej oczyszczającego charakteru. Wojna służyła do niszczenia nieprzyjaciela po to, żeby samemu nie dać się zniszczyć. Szkoła służyła do wyrównywania rachunków z aliantami. Tym sposobem wojna pomagała dać upust agresji, jaką wyzwala życie. Szkoła zaś pomagała pozbyć się agresji, jaką wyzwala wojna; zresztą z francuskiej szkoły, do której uczęszczała tutaj przez 3 lata wyniosła jedynie umiejętność robienia papierowych samolocików.

Jednak nie mniej ważna jest tu miłość do pięknej, acz zuchwałej Eleny, którą Amélie obdarza tak bezbrzeżnym uczuciem, że jest dla niej gotowa zrobić dosłownie wszystko, nawet okryć się hańbą – to zatem studium pierwszej, nieodwzajemnionej fascynacji, która pozwala poznać smak altruizmu, upokorzenia, cierpienia, zazdrości, błogości, uporu i bezsilności.

Gdzieś w tle przewija się przykry obraz pogrążonych w komunizmie Chin, może dlatego nie brakuje zachwytów nad śniegiem, który stał się rozpryśniętą wodą, lodowym piaskiem, solą nie z ziemi, lecz z nieba, solą niesłoną, smakująca jak krzemień, o konsystencji sproszkowanej gemmy, o zapachu zimnego powietrza, pigmentem bieli, jedynym kolorem pochodzącym z nieba, czymś, co amortyzuje wszystko – odgłosy, upadki, czas – by tym bardziej uwypuklić wartość rzeczy wiecznych i niezmiennych, takich jak krew, światło czy złudzenia, to pierwszy w Historii papier, na którym zapisało się tyle śladów, bezlitosnych pościgów, więc będący najwcześniejszym gatunkiem literacki, ogromną księgą rozpostartą na powierzchni ziemi, w którym Amélie upatrywała istoty miłości, czegoś, co da jej odpowiedź jak sobie z tym wszystkim poradzić.

Na tym świecie nikt nie jest niezastąpiony – z wyjątkiem wroga. Bez wroga istota ludzka jest niepełna. Jej życie staje się dopustem, przytłaczającym w nicości swej i nudzie. Wróg to Mesjasz. Już samo jego istnienie wystarczy, by istotę ludzką zmobilizować do działania. Dzięki wrogowi ten posępny przypadek, jakim jest ludzkie życie, zamienia się w epopeję.

Prawdziwe piękno powinno pozostawiać niedosyt; powinno pozostawić duszy niezaspokojone do końca pragnienie.

Teorie są po to, żeby irytować filistynów, czarować estetów i rozśmieszać całą resztę.

Kontrowersyjne prawdy mają to do siebie, że wymykają się analizie.

Wiek dorosły się nie liczy; od chwili osiągnięcia dojrzałości życie staje się już tylko epilogiem.

Z błędem jest tak, jak z alkoholem: bardzo szybko do człowieka dociera, że przesadził, lecz zamiast mieć na tyle rozumu, żeby przestać pić i zapobiec dalszym szkodom, jakaś zawziętość, nie mająca nic wspólnego z alkoholem, każe mu brnąć dalej. Ową zawziętość, choć być może zabrzmi to dziwnie, można by nazwać dumą; dumą obwieszczenia, że na przekór i wbrew wszystkiemu miało się rację, pijąc, i miało się rację, myląc się. Uporczywe trwanie w błędzie czy przy alkoholu nabiera wówczas rangi argumentu, wyzwania rzuconego logice; jeśli trwam przy swoim, to znaczy, że mam rację, obojętnie, co myślą o tym inni. I będę trwał tak długo, dopóki żywioły nie przyznają mi tej racji (…) W gruncie rzeczy ludzie obstający przy swoich błędach są mistykami: w głębi duszy dobrze wiedzą, że inwestują długoterminowo, że sami dawno będą już w grobie, kiedy Historia udzieli im wreszcie poręczenia, ale spoglądają w przyszłość z mesjanistycznym wzruszeniem, przekonani, że pamięć o nich nie zginie.

Zaszufladkowano do kategorii Literatura, Literatura | Dodaj komentarz

Babka jogurtowa z kiwi, polewą czekoladową i kandyzowaną limonką

Szybki przepis w środku tygodnia, jeśli brakuje czasu na upieczenie pracochłonnego ciasta, ale nie brakuje ochoty, by ukroić sobie kawałek czegoś słodkiego i domowego 😉

Przepyszna, mięciutka babka na bazie jogurtu greckiego z dodatkiem kiwi, z wierzchu oblana błyszczącą polewą z gorzkiej czekolady i ozdobiona kandyzowaną skórką limonkową.

To kolejna wariacja z przepisu na chlebek jogurtowy, który zawsze się udaje – zachęcam więc również do wykonania: chlebka jogurtowego z malinami i czekoladą oraz z makiem, czerwonymi porzeczkami i płatkami migdałowymi 🙂  – wszystkie wersje są równie smaczne.

Przepis na babkę jogurtową z kiwi, polewą czekoladową i kandyzowaną limonką (keksówka o dolnych wymiarach 10×29 cm) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty; pozmieniałam owoce)

Składniki:

Ciasto:

  • 300 g mąki pszennej (tortowej)
  • 120 g roztopionego masła
  • 3/4 szklanki drobnego cukru do wypieków
  • 2 duże jajka
  • 1 szklanka jogurtu greckiego lub naturalnego (nie light)
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 6-7 sztuk kiwi

Polewa czekoladowa:

  • 80 g gorzkiej czekolady
  • 40 ml śmietany 30%

Dodatkowo:

  • kandyzowana skórka z limonki

Sposób przygotowania:

W misce umieścić roztopione masło, jajka, cukier, ekstrakt z wanilii i jogurt – wymieszać rózgą kuchenną tylko do połączenia się składników. Następnie wsypać mąkę przesianą z proszkiem oraz sodą – połączyć. Na sam koniec delikatnie wmieszać pokrojone w średniej wielkości kostkę kiwi (wcześniej trzeba je obrać).

Ciasto przelać do keksówki wysmarowanej masłem i oprószonej mąką.

Piec około 40 minut, w temperaturze 170°C (do suchego patyczka).

Wyjąć. Wystudzić. Z wierzchu oblać polewą czekoladową (śmietanę zagotować, zestawić z palnika, wrzucić połamaną na kostki czekoladę, chwilę odczekać aż się rozpuści i wymieszać na gładki sos) i ozdobić kandyzowaną limonką.

Zaszufladkowano do kategorii Babki, Owocowe, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

Babka migdałowa z marcepanem

Kiedy w „Lidlu” była promocja na masę marcepanową, to wzięłam od razu 2: z dodatkiem pierwszej upiekłam ciasteczka egipskie, a z dodatkiem drugiej babkę.

Babka jest naprawdę smaczna!

Mięciutka, wilgotna (ale nie ciężka), intensywnie maślana, z przyjemnie wyczuwalnymi migdałami, dzięki którym długo zachowuje świeżość.

Z wierzchu otula ją właśnie masa marcepanowa, a u góry jeszcze jest ozdobiona marcepanowymi kartofelkami 😉

Przepis na babkę migdałową z marcepanem (forma na babkę o pojemności 1 l) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków)

Składniki:

Babka:

  • 120 g mąki pszennej (tortowej)
  • 100 g zmielonych migdałów
  • 180 g cukru 
  • 200 g miękkiego masła
  • 4 duże jajka
  • 1,5 łyżeczki ekstraktu z migdałów
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Dodatkowo:

  • 200 g gotowej masy marcepanowej
  • marcepanowe kartofelki (do ozdoby)

Sposób przygotowania:

Masło zmiksować z cukrem na puch, potem, cały czas miksując, dodawać stopniowo po 1 jajku, następnie wlać ekstrakt z migdałów – wymieszać. Na sam koniec wsypać mąkę przesianą z migdałami i proszkiem – połączyć.

Ciasto przelać do foremki wysmarowanej masłem oraz oprószonej bułką tartą  (chyba, że jest silikonowa – wtedy nie trzeba).

Piec około 40-45 minut, w temperaturze 160°C (do suchego patyczka).

Wyjąć. Wystudzić.

Masę marcepanową, delikatnie podsypując cukrem pudrem, cienko rozwałkować i obłożyć nim całą babkę, potem, dociskając, przykleić i przyciąć do odpowiedniego rozmiaru i kształtu.

Z wierzchu ozdobić marcepanowymi kartofelkami (ja ponabijałam je na wykałaczki, ale można też przykleić na przykład na morelową marmoladę).

Zaszufladkowano do kategorii Babki, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

„Życie to jest ta rura, która wciąż coś pochłania, a mimo to jest pusta” – „Metafizyka rur” autorstwa Amélie Nothomb

„Metafizyka rur” autorstwa Amélie Nothomb, to dopełnienie życiorysu pisarki (swoją historią podzieliła się również w „Biografii głodu”), która na 189 stronach wydrukowanych bardzo dużą czcionką (Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA) humorystycznie opisała pierwsze 3 lata, które spędziła w Japonii.

Amélie twierdzi, że narodziła się dopiero w wieku 2,5 roku (wcześniej była bezużyteczną rurą, bo rury stanowią osobliwe połączenie pełności i próżni, wklęsłą materię, membranę bytu ochraniającą wiązkę niebytu, która przyjmowała pokarm, trawiła, wydalała i leżąc w łóżeczku tępo gapiła się w sufit) w lutym, 1970, w górach Kansai, w wiosce Shukugawa, za sprawą białej belgijskiej czekolady, którą ofiarowała jej babka ze strony ojca, bo była czymś cudownie słodkim, co bez jej udziału stawało się „bryłką niczego”, gdyż dopiero wzięta do jej ust zamieniała się w rozkosz;  wtedy też zrozumiała, że ciało i duch są stworzone do radości i nie można mieć pretensji o to, że jest się na świecie, bowiem istnieje od bardzo dawna ogromna sekta idiotów, którzy przeciwstawiają zmysłowość inteligencji. Powstaje błędne koło: odmawiają sobie rozkoszy, żeby poprawić swoje zdolności intelektualne, co w efekcie prowadzi do ich zubożenia. Stają się coraz głupsi, co z kolei utwierdza ich w przekonaniu, że są błyskotliwi – nic bowiem bardziej niż głupota nie daje poczucia, że jest się inteligentnym. Zachwyt budzi pokorę i podziw wobec tego, co wywołało, rozkosz wyostrza umysł i kieruje go ku doskonałości i głębi. Jej magia jest tak potężna, że w braku rozkoszy wystarczy jej wyobrażenie. Już samo to pojęcie sprawia, że człowiek jest uratowany. Zwycięska oziębłość natomiast napawa się własną nicością, zatem czekolada dała małej Amélie tożsamość i pamięć, bo od tej chwili zapamiętała wszystko, a przecież wspomnienie jest jednym z największych sojuszników rozkoszy.

Pół roku później nastąpił kolejny przełom, gdyż niemalże z warzywa przetransformowała się w rozwścieczone zwierzę, które dniami i nocami wrzeszczało z powodów kompletnie niezrozumiałych dla otoczenia – moment ten był tzw. „przypadkiem mentalnym”, czyli pyłkiem, który jakimś cudem dostał się do ostrygi mózgu mimo osłony zamkniętych skorup czaszki. Nagle delikatna materia żyjąca wewnątrz została poruszona, przestraszona, zagrożona przez to obce ciało; wegetująca spokojnie ostryga włączyła alarm i poszukała sposobu obrony. Wynalazła cudowną substancję, macicę perłową, otoczyła nią nieproszoną cząsteczkę, by ją w siebie wcielić, i stworzyła w ten sposób perłę. Może też zdarzyć się, że przypadek mentalny zostanie wygenerowany przez sam mózg: są to przypadki najpoważniejsze i najbardziej tajemnicze. Jakiś zwój szarej materii bez powodu daje początek  strasznemu pomysłowi, przerażającej myśli – i w jednej chwili, na zawsze, znika spokój umysłu. Wirus robi swoje. Nie sposób go powstrzymać. Wtedy, pod przymusem, istota otrząsa się z odrętwienia – kruczek tkwił w tym, że Amélie czuła się zdolna do mówienia, ponieważ znała słowa, ale gdy poruszała ustami, to wydobywał się z nich jedynie hałas; to było upokarzające i niesprawiedliwe, wobec tego narastał w niej gniew, stąd darła się wniebogłosy.

Umiejętność mówienia spadła na nią dość szybko, ale nie chciała się z tym odkrywać, toteż spełniła grzecznościowy obowiązek wypowiadając „mama” i „tata”, by móc się w dalszej kolejności poświęcić sztuce, filozofii oraz poszukiwaniu 3 właściwego słowa, które mogłaby wypowiedzieć na głos, bo słowo wypowiedziane zyskuje niezwykłą wartość. Czuje się, że jest wzruszone, że odbiera to jako dowód uznania, spłatę długu czy też oznakę uwielbienia – zdecydowała się na słowo „odkurzacz”, ponieważ odkurzacz był czymś niezwykłym: pochłaniał byty materialne, w związku z czym przestawały istnieć.

Mniej więcej wtedy też pojęła, iż język ma wielką władzę, a mówienie jest aktem zarówno twórczym jak i niszczycielskim, bo słowem można i coś stworzyć i kogoś uśmiercić.

Następnie zaczęła raczkować, a chwilę po tym chodzić i biegać; najlepsze było bieganie, bo pozwalało na wszelkie ucieczki, zapewniając bezkarność karygodnych uczynków.

Poza tym przyswoiła zabawę bąkiem, poznawała kolory, smaki, krajobrazy, śpiąc przy otwartym oknie wyłapywała tajemnicze szmery i starała się nadać im sens, ale prawdziwą ekstazą okazała się nauka pływania w Małym Zielonym Stawie zagubionym w gąszczu azalii, gdyż ona sama czuła się wodą i działo się to nie bez powodu, bo jej imię, po japońsku, zawierało w sobie deszcz: podobnie jak on czułam się cenna i bezpieczna, bezbronna i śmiercionośna, cicha i hałaśliwa, nieznośna i radosna, łagodna i jadowita, nieszkodliwa i wyjątkowa, czysta i przejmująca, podstępna i cierpliwa, muzykalna i kakofoniczna – ale przede wszystkim, bez względu na to, jaka byłam, czułam się odporna na wszystko. Można było uciekać przede mną, chowając się pod dachem albo pod parasolem – nic sobie z tego nie robiłam. na krótszą czy na dłuższą metę nic nie mogło się przede mną ustrzec. Można było wypluwać mnie i osłaniać się przede mną, a i tak wszędzie przenikałam. Nawet na pustyni nie można było mieć pewności, że się mnie nie spotka – natomiast można było mieć pewność, że będzie się o mnie myślało. Można było przeklinać mnie, patrząc, jak czterdziestego dnia potopu wciąż jeszcze padam – tym też się nie przejmowałam.

Amélie miała w tym okresie ukochaną, młodą, delikatną guwernantkę Nishio-san, która postanowiła traktować ją według japońskiej tradycji, czyli do chwili osiągnięcia wieku przedszkolnego była w jej oczach „okosamą” – czcigodną dziecięcą ekscelencją, dzieckiem-władcą, któremu należało się wręcz boskie traktowanie. Niestety ani rodzice, ani druga, szorstka, podstarzała guwernantka Kashima-san, ani tym bardziej o 4 lata starszy brat André (miała jeszcze starszą o 2,5 roku siostrę Juliette, ale ją kochała miłością bezwarunkową) nie podzielali tego kultu, w efekcie nie traktowali dziewczynki w żaden szczególny sposób.

Schyłek boskości nastał po 3 urodzinach, na które, choć pragnęła dużego, pluszowego słonia, w wyniku zabawnego nieporozumienia, otrzymała 3 karpie, ale nie chcąc sprawić darczyńcom przykrości ochrzciła je: Jezus, Maria i Józef, i z napawającym obrzydzeniem, codziennie karmiła ryżowymi plackami – ten okrutny przymus i niepokój związany z ukończeniem 3 lat popchnęły ją do próby samobójczej – wskoczyła do stawu, z którego została wyłowiona, ale właśnie wtedy dowiedziała się, że już nigdy nie będzie bała się śmierci.

Czy byłam zła, że uratowano mi życie? Tak. Czy mimo to cieszyłam się, że w porę mnie wyłowiono? Tak. Wybrałam więc obojętność. Właściwie było mi wszystko jedno, czy żyję, czy umarłam. To było tylko odroczenie. Do dziś nie jestem w stanie rozstrzygnąć: czy byłoby lepiej, gdyby droga skończyła się pod koniec sierpnia 1970 roku w sadzawce z karpiami? Skąd można wiedzieć? Życie nigdy mnie nie nudziło, ale kto mi zaręczy, że po drugiej stronie nie byłoby ciekawiej? Nieważne. Tak czy inaczej ocalenie to tylko wykręt. Nadejdzie dzień, kiedy nie da się już niczego odroczyć – i nawet najżyczliwsze osoby nic na to nie poradzą.

Ta pozycja, poza tym, że jest genialna pod każdym względem, to pozwoliła mi się dowiedzieć, że istnieje roślinna świątynia Futatabi i francuski powieściopisarz i poeta Louis Aragon, z którego twórczością na pewno w jakiś sposób się zapoznam 😉

Żadna forma języka nie jest możliwa bez pojęcia ruchu, który stanowi jedną z jego sił sprawczych. I żaden rodzaj myśli nie jest możliwy bez języka.

Czas jest wynalazkiem ruchu. Ten, kto się nie rusza, nie widzi upływającego czasu.

Patrzenie jest wyborem. Patrzący decyduje, że skupi się na danej rzeczy, a więc, że wyłączy ze swego pola widzenia całą resztę. Zatem spojrzenie, które jest sednem życia, jest przede wszystkim odmową. Żyć znaczy odmawiać. Ten, kto godzi się na wszystko, nie żyje bardziej niż otwór w umywalce.

Jedynym złym wyborem jest brak wyboru.

Ludzie żywią swoisty kult dla prawidłowości.

Nikt nie chce wierzyć w przypadki. Pojęcie to, będące wyrazem nieuchronności zewnętrznej, co już jest przykre, albo zwykłego trafu, co jest jeszcze gorsze, nie figuruje w ludzkim zestawie wyobrażeń (…) Teoria przypadkowości jest nie do przyjęcia, gdyż zakłada, że sprawy mogłyby potoczyć się inaczej.

Każdy czyni cuda, jakie może.

W obliczu przyszłej grabieży możliwe są dwie postawy: albo nie przywiązywać się do istot i rzeczy, żeby rozstanie było mniej bolesne; albo, na odwrót, tym mocniej kochać istoty i rzeczy, iść na całość.

Najlepszym powodem, aby popełnić samobójstwo, jest strach przed śmiercią.

Zaszufladkowano do kategorii Literatura, Literatura | Dodaj komentarz