Ciasto „Toffifee” (bez pieczenia)

To jest dopiero ciasto!

Takie dla prawdziwych łasuchów, a przede wszystkim miłośników „Toffifee”, bo właśnie one są tutaj inspiracją: kajmak, krem „Nutella”, mleczna czekolada, waniliowa masa budyniowo-maślana i pralinki to ta słodka część, ale dla zachowania równowagi jest też ta słona, w postaci masła orzechowego oraz krakersów, które razem z herbatnikami i orzechami laskowymi przyjemnie chrupią.

Wiele cudownie skomponowanych warstw prawdziwej przyjemności – i to bez użycia piekarnika 😉

Przepis na ciasto „Toffifee” (bez pieczenia) (blacha o wymiarach 34x25cm) (Przepis na ciasto pochodzi z bloga: http://cukierenkaklementynki.blogspot.com/)

Składniki:

  • 2 duże opakowania herbatników maślanych
  • 2 duże opakowania słonych krakersów
  • 1 puszka masy krówkowej o smaku orzechowym
  • 5 pełnych łyżek masła orzechowego z kawałkami orzechów
  • 5 pełnych łyżek kremu „Nutella”
  • 2 opakowania budyniu waniliowego
  • 750 ml mleka + 0,5 szklanki do nasączania ciastek
  • 1 łyżka cukru
  • 125 g masła 
  • 3 łyżki posiekanych orzechów laskowych
  • starta na tarce mleczna czekolada
  • pralinki „Toffifee”

Sposób przygotowania:

Na spodzie blaszki wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia poukładać namoczone w mleku herbatniki, na których należy rozsmarować połowę masy krówkowej, obsypać ją posiekanymi orzechami laskowymi i przykryć warstwą słonych krakersów.

Przygotować krem: 0,5 litra mleka zagotować z łyżką cukru, a w pozostałej szklance rozrobić 2 budynie waniliowe – wlać je na gotujące się mleko i gotować aż do zgęstnienia, po czym dodać masło, poczekać aż się rozpuści i energicznie wymieszać masę, by stała się gładka.

Tak przygotowaną masę wylać na krakersy i od razu przykryć je warstwą herbatników, na nich rozsmarować masło orzechowe, przykryć je kolejną warstwą namoczonych w mleku krakersów, rozsmarować na nich „Nutellę”, przykryć namoczonymi w mleku herbatnikami i rozsmarować pozostałą masę krówkową.

Wierzch posypać wiórkami z mlecznej czekolady i ozdobić pralinkami „Toffifee”.

Przed podaniem schłodzić w lodówce przez 2-3 godziny.

Posted in Batonikowo - pralinowe wypieki, Bez pieczenia, Przepisy | Tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Leave a comment

„Gdybym znalazł czarodziejską lampę i mógł wypowiedzieć jedno życzenie, chciałbym mieć normalną twarz, na którą nikt nigdy nie rzuci okiem” – recenzja filmu „Cudowny chłopak” w reż. Stephena Chbosky’ego

Nie mam dzisiaj ochoty na pisanie ekstra długiego tekstu na temat ludzkiej podłości, bo wystarczy trochę, zaledwie trochę, lecz świadomie i z cząstką empatii otworzyć oczy i uszy na poszczególne jednostki (przecież nie każdy chce być zwykłą szelmą; chciałam napisać świnią, ale nie będę obrażała świń – bo jest nią ten, który po prostu wyraża na to zgodę, sam daje sobie prawo, o Władca Beznadziejny, Władca Nikt), by zatopić się w bagnach prostactwa, bezduszności i zadufania (zadufanie co krok idzie w parze z chamstwem, bo taki osobnik ma wizję prywatnej lepszości – naturalnie błędną; ewentualnie mści się na innych za własne niepowodzenia bądź prymitywnie się w równie prymitywne sposoby dowartościowuje).

Niestety do okrucieństwa mają ciągotki nie tylko dorośli, ale też bezczelne smarkate (i nie zawsze jest to zależne od wychowania), którym do wyalienowania, obśmiania i uczynienia z życia kolegi piekła wystarczy to, że jest piegowaty i rudy, bo jak się wielokrotnie okazuje: wygląd zewnętrzny ponad serce, rozum i charakter.

W takiej trudnej oraz nieprzyjemnej sytuacji znalazł się właśnie bohater komediodramatu „Cudowny chłopak” w reż. Stephena Chbosky’ego (na podstawie książki autorstwa R.J. Palacio), który dane mi było obejrzeć w zeszłą niedzielę, a jest nim mieszkający na Manhattanie 10-letni August (Auggie) Pullman (Jacob Tremblay), zmagający, w wyniku mutacji dwóch wadliwych genów (oboje rodzice są nosicielami), z chorobą o nazwie dyzostoza żuchwowo-twarzowa, która sprawia, że jego twarz, mimo licznych, bo 27 operacji, jest bardzo zdeformowana – co stanowi problem nie tylko dla niego, ale i dla społeczeństwa.

Akcja filmu obejmuje 1 rok z życia jego i jego rodziny, jednak jest to rok wyjątkowy, bowiem po raz pierwszy przekracza próg szkoły podstawowej – idzie do 5 klasy (wcześniej to nie było możliwe po pierwsze przez wzgląd na rekonwalescencje po zabiegach, a po drugie z troski, z obawy, że nie będzie akceptowany), czyli wdziera się na pożarcie do świata dzikiego oraz podłego, w którym nikt nie ma zamiaru obchodzić się z nim jak z jajkiem (do czego został dotychczas przyzwyczajony, bo Auggie jest niczym słońce, wokół którego krążą pozostałe planety, ale jest to w zasadzie wytłumaczalne).

Chłopiec jest naprawdę sympatycznym, wrażliwym, bystrym, dowcipnym dzieciakiem, który uwielbia „Gwiezdne wojny”, gry komputerowe, a do tego powala na kolana wiedzą z zakresu fizyki, ale początkowo to nie wystarcza, to nie ma znaczenia, bowiem liczą się skośne oczy, mała żuchwa, szczątkowe uszy, masa blizn i tym podobne – liczy się to, co widać na pierwszy rzut oka, gdy zdejmie swój ukochany hełm kosmonauty.

Niemniej jednak dzięki bujnej wyobraźni i ogromnemu wsparciu troskliwej mamy (Julia Roberts), żartobliwego taty (Owen Wilson) (jakkolwiek nie byłby ucieszny, to scena jak płacze za zmarłym psem Daisy doszczętnie roztkliwia) oraz nad wyraz wyrozumiałej i opiekuńczej siostry Vii (Izabela Vidovic) stawia dzielnie temu wszystkiemu czoła (choćby to miało być jedynie zewnętrzne, to daje radę), lecz z czasem, gdy pierwszy odważny postanawia się na niego otworzyć i spojrzeć inaczej niż powierzchownie, jest niczym wstępny potrącony klocek domina, który pociąga za sobą pozostałych, być może mniej mężnych, ale jeszcze nie wypranych z dobroci.

„Cudowny chłopak” to film pozytywny i pokrzepiający, dający nadzieję, że ludzie nie są tak do końca beznadziejni i całkowicie nie brodzą w morzu nikczemności. I chociaż jak dla mnie jest tu jednak trochę za dużo tej słodkiej bajkowości, to ja to chwyciłam; chwyciłam na tę chwilę, w której oglądałam, bo chciałam uwierzyć, że jednak się da, tylko trzeba ociupinę dobrej woli i wysiłku, zrozumienia, życzliwości i heroizmu, by być sobą, ale tym lepszym sobą.

Podobała mi się również konstrukcja filmu, bo został nakręcony z perspektywy kilku osób – nie zaskoczę chyba stwierdzeniem, że w głównej mierze urzekła mnie opowieść siostry, która wspaniale radziła sobie w byciu podporą, ale i tłem chorego brata, w milczeniu zmagając się z własnymi, młodzieńczymi problemami.

To z pewnością produkcja skłaniająca do refleksji, pełna humoru i nie da się ukryć wzruszających scen, bo niech to piorun trzaśnie, ale wzruszyłam się, wzruszyłam się wielokrotnie.

źródło ilustracji: http://ars.pl/wp-content/uploads/2017/12/Cudowny-chlopak_plakat.jpg

źródło ilustracji: https://www.canal-plus.pl/ccnewsimg/mf/2017/153102_c.jpg

źródło ilustracji: https://media.multikino.pl/thumbnails/50/rc/NDA3OEUw/eyJ0aHVtYm5haWwiOnsic2l6ZSI6WyIxMTA0IiwiMTAwMDAiXSwibW9kZSI6Imluc2V0In19/uploads/images/films_and_events/cudowny-chlopak-main_7731465f97.jpg

źródło ilustracji: http://forumcinemaslv.blob.core.windows.net/1012/Event_8661/gallery/wonder%20(1).jpg

źródło ilustracji: http://wizerunekkobiety.pl/content/uploads/2017/12/Cudowny-ch%C5%82opak-wzruszaj%C4%85cy-film-familijny-dla-dzieci-wyciskacz-%C5%82ez-z-Julia-Roberts-Opis-filmu-Recenzja.jpg

A potem w „Costa Coffe” była kawa (kokosowa na mleku kokosowym oraz sojowym, obsypana prażonym kokosem) i herbata (zielona z grapefruitem, imbirem, tymiankiem i konfiturą żurawinową) 😉

 

Posted in Bez kategorii, Film | Tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Leave a comment

Ciasteczka owsiane z żurawiną i gorzką czekoladą

Widzę, że od Świąt Bożego Narodzenia nie dodałam żadnego przepisu na ciastka, więc zrobię to dzisiaj 😉

Ciasteczka z tego przepisu są zdrowszą alternatywą słodkich wypieków, bo są wykonane na mące pełnoziarnistej (zrezygnowałam z razowej, bo bałam się, że wyjdą zbyt twarde; i cieszę się, że pojęłam taką decyzję, ponieważ na pełnoziarnistej są cudownie chrupiące) oraz płatkach owsianych, do tego zawierają brązowy cukier, suszoną żurawinę i gorzką czekoladę.

To taki wypiek na co dzień, a nie na jakieś szczególne okazje, czyli zawsze warto mieć kilka sztuk schowanych w szczelnie zamkniętej puszce, by bez wyrzutów sumienia sięgnąć i schrupać, pomiędzy jednym a drugim łykiem gorącej herbaty 😉

Przepis na ciasteczka owsiane z żurawiną i gorzką czekoladą (mi wyszło 25 sztuk) (Przepis pochodzi z bloga: http://www.mirabelkowy.pl/; mąkę razową zastąpiłam pełnoziarnistą, a ksylitol brązowym cukrem)

Składniki:

  • 140 g mąki pszennej (pełnoziarnistej)
  • 100 g płatków owsianych
  • 50 g brązowego cukru
  • 120 g masła (miękkiego)
  • 1 jajko
  • 50 g gorzkiej czekolady (posiekanej)
  • 5 łyżek suszonej żurawiny (posiekanej)
  • 1 łyżka ekstraktu z wanilii
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Sposób przygotowania:

Masło utrzeć z cukrem na puch, po czym, cały czas miksując, dodać jajko. Następnie wsypać resztę składników – początkowo wymieszać łyżką, potem zagnieść z nich ciasto – schłodzić przez 1h w lodówce.

Po upływie wskazanego czasu z ciasta uformować kulki wielkości orzecha włoskiego i, układając je na blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia, lekko spłaszczyć.

Piec około 15 minut, w temperaturze 180°C.

Wyjąć. Wystudzić.

Posted in Ciasteczka, Przepisy | Tagged , , , , , , , , , , , | Leave a comment

„Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją”… – trochę o książce „W głębi lasu” autorstwa Harlana Cobena

Od zawsze kocham las; za jego milczenie, ten wachlarz zieloności miętowej, butelkowej, zgniłej, oliwkowej, szmaragdowej, trawiastej i malachitowej, za zapach wilgotnej ziemi, grzybów, igliwia i żywicy, za słońce nienachalnie przedzierające przez koronkę liści jak też stanowiący jej tło świetlisty księżyc, chłodny cień tudzież panujący półmrok, za wyczuwalną tajemnicę i surrealistyczny lęk, za słoje drzew, postrzępione paprocie, szerokolistne lipy, marmurkowe brzozy, wyniosłe buki, dzikie jabłonie, eteryczne sosny, nie blaknące świerki, puchaty mech, cierpki agrest, słodkawe jagody, błyszczące jeżyny oraz usiane kotkami topole, za fluorescencyjne ważki, rude wiewiórki, przebiegłe lisy, żarłoczne chrabąszcze, czarno-białe borsuki, wytworne sarny, nakrapiane szpaki, rozwrzeszczane bażanty, aromatyczne zioła, nasiona, szyszki, wystające korzenie i srebrne pajęczyny, za trzaskające gałęzie, szemrzące strumyki, łuszczącą się korę, skalne odłamki, niezbadane moczary, wiedźmowe chatki, bezdźwięczne gęstwiny, tęskne wycie wiatru, za zatrważające legendy i ledwo migoczący w oddali płomień ogniska, i jeszcze za wiele więcej mniej i bardziej magicznego, które z roku na rok i z wypadu na wypad dopisuje się do mojej sercowo-duchowej listy.

Las mnie koi i przeraża. Las wabi mnie swoim urokiem i przysiadającymi na grzbiecie jelenia czy purpurze naparstnicy historiami. To moja krajobrazowa baśń pełna zwierząt, ptaków, roślin, ciszy, wonności, nimf, elfów, skrzatów i czarownic, w której czuję się znacznie lepiej niż w świecie roszczeń, hałasu i pieniędzy.

Jednak w tym lesie pięknym i nęcącym snują się mroczne dzieje zapisane wyobraźnią lub czynami bestialskich ludzi, a jedną z nich jest ta nakreślona w książce „W głębi lasu” autorstwa Harlana Cobena, gdzie do owdowiałego, samotnie (czasem pomaga mu szwagierka Greta, ale sytuacja trochę ulega zmianie, gdy na jaw wychodzą ciemne interesy jej męża Boba, wzmożone żalem odnoszącym się do ostatnich dni jej siostry Jane, a zmarłej żony Paula) wychowującego 6-letnią córkę Carę Prokuratora Okręgowego Essex County Paula Copelanda niespodziewanie zapukała przeszłość, bowiem otrzymuje informację, że na Manhattanie znaleziono zwłoki mężczyzny legitymującego się jako Manolo Santiago, który to okazuje się być uznanym za zamordowanego przed 20 laty na letnim obozie PLUS (Pokój Lato Uśmiech Samodzielność) Gilem Perezem. To wstrząsające odkrycie zupełnie zmienia sposób myślenia prokuratora, będącego wtedy jednym z opiekunów, który feralnej nocy, zamiast pilnować podopiecznych, wymknął się ze swoją dziewczyną Lucy Silverstein (właścicielem obozu był jej, mający słabość do prochów i hipisowskiego stylu życia, ojciec Ira, obecnie przebywający w zakładzie psychiatrycznym) do lasu, w głębi którego zostały zamordowane 4 osoby: jego siostra Camille, Doug Billingham, Margot Green i właśnie wspomniany Gil Perez. Ta informacja kompletnie zaburza jego dotychczasową teorię (za zbrodnię, mimo braku wystarczających dowodów, skazano Wayne’a Steubensa, czyli „Letniego Rzeźnika”), jednocześnie dając nadzieję na to, że może jego siostra również znajduje się wśród żywych (bo zarówno Gila jak i jej ciała nigdy nie odnaleziono), co sprawia, że postanawia odgrzebać stare śledztwo i z pomocą niezwykle dociekliwej i rezolutnej asystentki Muse oraz byłego szpiega, przyjaciela niedawno zmarłego ojca (bo matka po tej tragedii po prostu zniknęła) o imieniu Sosh, który doskonale wie, że każdy tutaj ma coś na sumieniu.

„W głębi lasu” to bardzo dobry i bardzo wciągający thriller, który utrzymuje poziom od samego początku do samego końca: akcja (która zresztą stale trzyma w napięciu, a nawet wraz z nowymi, zaskakującymi informacjami to napięcie potęguje; co więcej te informacje są podawane stopniowo, co daje czytelnikowi możliwość na wypracowanie własnej, zapewniam, że niejednej teorii), mimo 430 stron zapisanych niedużą czcionką (Wydawnictwo Albatros), leniwie i nudno się nie rozwleka, intryga jest wielowątkowa, ale sprawnie połączona (autor płynnie przechodzi z jednej historii do drugiej, a czyni to tak zręcznie, że nie ma mowy o jakimkolwiek chaosie), nie istnieje wyraźny podział na dobrych i złych bohaterów, bo, jak się w trakcie lektury okazuje, każdy ma coś na sumieniu (niekoniecznie zawinił w sposób bezpośredni, ale pośrednio miał w tym swój udział, co sprawia, że wina dzieli się na wielu), zakończenie i zaskakuje i nie, bo można się tego było spodziewać, ale sposób dochodzenia do prawdy jest doprawdy intrygujący, do tego są tutaj zgrabnie wplecione elementy powieści prawniczej, gdzie zasadnicze znaczenie ma nie tyle terminologia, co sama gra psychologiczna (rozprawa dotyczy potwornego gwałtu dokonanego w akademiku na 16-letniej Chamique Johnson).

To ten typ powieści, gdzie nie motywy, a rekonstrukcja wydarzeń ma większe znaczenie.

To książka, która i uświadamia i pokazuje, że przeszłość potrafi determinować teraźniejszość.

Większość ludzi uważa, że najgorsza jest śmierć. Nic podobnego. Po pewnym czasie nadzieja jest o wiele okrutniejszą panią. Kiedy żyjesz z nią tak długo jak ja, z mieczem nad głową przez całe dni, potem miesiące, a wreszcie lata, zaczynasz marzyć, żeby opadł i ściął ci głowę.

Śmierć jest czystą, destrukcyjną siłą, jak kula do burzenia murów. Uderza, niszczy twoje życie i zaczynasz je odbudowywać. Natomiast niewiedza – ta niepewność, ten cień wątpliwości – bardziej upodabnia śmierć do działania termitów lub innych niestrudzonych owadów. Zżera cię od środka. Nie możesz tego powstrzymać. Nie możesz odbudować swego życia, ponieważ ta niepewność wciąż będzie cię dręczyć.

To poważny błąd teoretyzować, nie mając dowodów, ponieważ zaczyna się wtedy naginać fakty do teorii, zamiast tworzyć teorię, opierając się na faktach.

Tak samo jak komfort – cierpienie może stać się czymś zwyczajnym.

Nadzieja jest najokrutniejszą z kochanek i potrafi zmiażdżyć ci serce niczym styropianowy kubek.

*w pucharku: kokosowy deser sojowy, jogurt marcepanowy z makiem, suszone śliwki, suszone figi, prażone pestki dyni, orzechy arachidowe, orzechy nerkowca, orzechy włoskie i mielony len.

Posted in Bez kategorii, Literatura | Tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Leave a comment

Szybki deser: wafle przekładane masą kakaową z orzechami

Na dzisiejszy owiany mroźnym wiatrem i oprószony drobnym śniegiem wieczór kolejne wspomnienie z dzieciństwa w postaci szybkiego pomysłu na szybki deser (tym pierwszym są wafle przekładane masą mleczną z bakaliami), a więc dość spore, bo powstałe z pokrojenia tych tortowych, wysokie wafle przełożone słodką masą kakaową (ale ta słodycz nie wykręca, bo mleko w proszku oraz cukier równoważy obecność gorzkiego kakao) wzbogacone orzechami (u mnie mieszanka włoskich i laskowych), a z wierzchu obsypane wiórkami kokosowymi.

Do zrobienia już teraz albo jutro, a w zasadzie to zawsze, gdy najdzie ochota na coś słodkiego, czekoladowego, lecz błyskawicznego i nieskomplikowanego w wykonaniu 😉

Przepis na wafle przekładane masą czekoladową z orzechami (po pokrojeniu wyszło mi 16 sporej wielkości sztuk) (Przepis pochodzi z bloga: http://cukierenkaklementynki.blogspot.com/ )

Składniki:

  • 5 dużych kwadratowych wafli tortowych
  • 1,5 szklanki mleka w proszku
  • 0,5 szklanki mleka 
  • 1 szklanka cukru
  • 250 g masła
  • 4 łyżki gorzkiego kakao
  • 2 łyżki drobno posiekanych orzechów włoskich (zmieszałam włoskie z laskowymi i dałam ich znacznie więcej; coś około 2 garści)
  • 2 łyżki wiórków kokosowych

Sposób przygotowania:

Masło i mleko zagotować aż do rozpuszczenia tego pierwszego, po czym wsypać gorzkie kakao oraz cukier i pogotować jeszcze chwilę, tym razem do rozpuszczenia się cukru. Następnie dodać posiekane orzechy i mleko w proszku – dokładnie wymieszać i lekko przestudzić.

Tak przygotowaną masą poprzekładać wafle – należy posmarować również wierzch, a potem posypać go wiórkami kokosowymi.

Całość owinąć folią spożywczą, obciążyć deseczką i wstawić do lodówki, by wszystko ładnie się połączyło, zmiękło i posklejało, a gdy tak się stanie pokroić ostrym nożem na mniejsze wafelki.

Posted in Bez pieczenia, Przepisy | Tagged , , , , , , , , , , , , , | Leave a comment

Torcik biały Lion

Miałam ochotę upiec jakieś ciasto inspirowane popularnymi słodyczami – wybór padł na batony „Lion”, ale te białe. Mimo wszystko nie chciałam, by wypiek był nazbyt słodki, więc starałam się tę słodycz jakoś stonować i udało mi się, bo ciasto jest słodkie, jednak w przyjemny sposób.

Nadałam mu bardziej wytworny kształt, stąd wygląda jak tort i choć składa się z 2 blatów, to wcale nie należy do niskich.

Biszkopty są mięciutkie, wilgotne od likieru, przełożone warstwą kajmakową wymieszaną z płatkami śniadaniowymi „Kangus” oraz aksamitnym, wręcz musowym kremem wykonanym na bazie śmietany, serka mascarpone i białej czekolady, a sam wierzch jest oczywiście ozdobiony batonami „Lion”.

Tort jest naprawdę delikatny i pyszny (a schłodzony smakuje najlepiej), do tego wspaniale się kroi i wbrew pozorom nie wymaga ogromnego nakładu pracy.

Polecam 😉

Przepis na torcik biały Lion (tortownica o średnicy 23 cm) (Przepis na biszkopt pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty, reszta autorska)

Składniki:

Biszkopt:

  • 3/4 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 1/4 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 3/4 szklanki cukru
  • 5 jajek
  • szczypta soli

Krem z białą czekoladą:

  • 400 ml śmietany 30%
  • 250 g serka mascarpone
  • 250 g białej czekolady
  • 3 fixy do śmietany

Warstwa kajmakowa:

  • 400 g orzechowej masy kajmakowej 
  • 4 garstki płatków śniadaniowych „Kangus”

Dodatkowo:

  • likier z białej czekolady (może być też orzechowy)
  • 4 białe batony „Lion”

Sposób przygotowania:

Biszkopt:

Białka ubić ze szczyptą soli, po czym powoli, łyżka po łyżce, wsypać cukier, następnie, cały czas miksując wlać żółtka. Na sam koniec masę jajeczną wymieszać ręcznie, szpatułką, z przesianymi mąkami.

Ciasto przelać do wyłożonej wcześniej papierem do pieczenia tortownicy.

Piec około 35-40 minut, w temperaturze 170°C

Wystudzić. Przekroić na 2 blaty.

Krem z białą czekoladą:

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej – lekko wystudzić.

Śmietanę ubić z serkiem mascarpone oraz fixami na sztywno, po czym wlać białą czekoladę – zmiksować do uzyskania jednolitej konsystencji.

Warstwa kajmakowa:

Masę kajmakową energicznie wymieszać w misce (żeby nie była tak gęsta) i delikatnie wmieszać do niej płatki „Kangus”.

Wykonanie:

Pierwszy blat nasączyć likierem z białej czekolady (lub orzechowym), wyłożyć warstwę kajmakową, na niej równomiernie rozprowadzić 3/4 kremu z białą czekoladą, przykryć drugim blatem, nasączyć go likierem, wierzch posmarować pozostałym kremem i ozdobić pokrojonymi w plasterki białymi batonami „Lion”.

Schłodzić przez noc w lodówce.

Posted in Batonikowo - pralinowe wypieki, Przepisy, Torty | Tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Leave a comment

Kochanowskie „Dni Ziemniaka” w rytmie death metalu – recenzja filmu „Gotowi na wszystko: Exterminator” w reż. Michała Rogalskiego

Czasem bywa tak, że ludzie dojrzewają, a marzenia nie; zostają tajnie ukryte w jakiejś mózgowo-sercowej skrytce, gdzie mózg to pamięć, zaś serce emocje i tkwią sobie tak w postaci nienaruszonej, sentymentalnie, trochę wstydliwie wspominane. Bo zwykły śmiertelnik w chwilach życiowego kryzysu czy jakiegoś szczególnego roztkliwienia podszytego niespełnieniem lubi sobie ukradkiem zdmuchnąć kurz i powrócić, myśląc co by było gdyby się wtedy stało, jak wyglądałaby teraźniejszość, na ile byłaby lepsza, a może wcale nie; i męczy się z tą niewiedzą i nienasyceniem upiornie, jednocześnie odczuwając retrospektywny powiew młodzieńczej świeżości. I raczej w tym wszystkim, w tej rzeczywistości mozolnie uporządkowanej, na swój sposób bezpiecznej, lecz nic nie obiecującej, nie bierze pod uwagę, że rzecz jeszcze wydarzyć się może, choć trzeba wziąć pod uwagę, że to już inny czas, inne potrzeby, inny bagaż i trochę inny człowiek.

Tak się dzieje w najnowszej komedii Michała Rogalskiego „Gotowi na wszystko: Exterminator”, która to ostatnio na wielkie ekrany wskoczyła (podstawą scenariusza jest powieść „Kochanowo i okolice” autorstwa Przemysława Jurka, która doczekała się również adaptacji teatralnej) i co zaskakujące: BAWI, naprawdę bawi; bo jak wiadomo trafić w tych czasach na dobrą, optymistyczną, utrzymującą nieżenujący poziom, śmieszną komedię doprawdy trudno.

Film traktuje o męskiej grupce 5 przyjaciół, którzy po 10 latach spotykają się na pogrzebie jednego z nich – Cypka (Sebastian Stankiewicz), który zginął w magazynie pod kołami wózka widłowego w Holandii. W trakcie stypy odzywają się między nimi dawne niesnaski, więc zaraz po uroczystości postanawiają rozejść się w swoje strony i w dalszym ciągu nie kontynuować starej znajomości. Jednak sytuacja ulega zmianie, kiedy nowa Pani Burmistrz (Dominika Kluźniak), żądna uznania dla niedużej, słynącej wyłącznie z „Dnia Ziemniaka” miejscowości, wzywa do siebie zatopionego w przeszłości, prowadzącego z zafascynowanym akwarystyką ojcem (Włodzimierz Matuszak) sklep komputerowy Marcysia (Paweł Domagała) i proponuje mu 80 tys. unijnej dotacji, przeznaczonej na regionalny rozwój kultury. A zwraca się akurat do niego, bo grzebiąc w przestworzach  Internetu, doszukała się wzmianki o tym, że panowie w młodości byli u szczytu kariery – tworzyli dobrze zapowiadający, grający death metal zespół „Exterminator”, aczkolwiek jakiś niewytłumaczalny strach przed sławą doprowadził do jego upadku, bo kiedy mieli zaśpiewać swoje kultowe „Time to Kill” na  znaczącym koncercie, to ze strachu spili się i ostatecznie nie byli w stanie – to zdarzenie poróżniło ich na długie lata. Zatem kiedy nagle pojawia się taka szansa, taki dar od Losu, to może warto byłoby zażegnać dawny konflikt i odrodzić się z popiołów? Marcyś, kompletnie w tej ekscytacji zapominając o swojej partnerce Magdzie (Agnieszka Więdłocha), postanawia odnowić kontakt z obecnie przykładnym małżonkiem i ojcem 2 dzieci, na co dzień pracującym w fabryce, dawnym basistą Jaromirem (Krzysztof Czeczot), ślęczącym w banku gitarzystą Lizzy’m (Piotr Żurawski) oraz dobrowolnie przebywającym w psychiatryku perkusistą Makarem (Piotr Rogucki), który ciągnie za sobą koleżankę ze szpitala Julcię (Aleksandra Hamkało) (nawiasem: co za irytująca postać). Koledzy początkowo się wahają, ale elektryzująca wizja zrealizowania wspólnego marzenia po tylu latach sprawia, że podpisują umowę, wcześniej jej nie czytając – i wtedy zaczyna się prawdziwa jazda, bo okazuje się, że to nie do końca tak, iż mogą sobie grać własne ostre utwory, lecz na festynach zabawiać publiczność, a publiczność lubi wesoło i melodyjnie, a nie przygnębiająco i agresywnie. W efekcie dżentelmeni otrzymują od zjadliwego Wiceburmistrza Ewarysta Wirskiego (Eryk Lubos) listę dozwolonych utworów, które MUSZĄ zagrać zgodnie z tym, co zawarte na papierku, bo jeśli nie, to nie unikną nieprzyjemnych konsekwencji. W ten oto sposób zamiast ciężkiego i wytęsknionego wyśpiewują (bywa, że z udziałem lokalnego chóru starszych pań o słodkiej nazwie „Wisienki”) repertuar Piaska, Papa Dance czy Kombi; wydaje mi się, że taki wewnętrzny dół osiągają z chwilą wykonywania „Kolorowych Jarmarków” Janusza Laskowskiego, bo robią to wręcz psychodelicznie – i wtedy może pomóc jedynie leśny trunek: „Duch Puszczy”.

Jak daleko się posuną, jak bardzo schylą głowy i jak w ogóle kończy się ta historia, w której pan od kiełbasek skrada w pewnym momencie całe show trzeba już przekonać się samodzielnie 😉

„Gotowi na wszystko: Exterminator” to naprawdę porządna i naprawdę zabawna komedia wyposażona w genialny humor, która mimo 2 godzin trwania kompletnie się nie dłuży (nie wiem w ogóle skąd te pomysły, że ciągnie się i przez to nudzi, bo całościowo przekomicznych sytuacji nie są w stanie popsuć jakieś przelotne smęty miłosne).

To taka historia o sentymentalnych powrotach, niegasnącej nadziei, o nadawaniu kształtu marzeniom i tym, że nigdy nie jest za późno na ich realizację, zapewniającą poczucie spełnienia, o tym, że marzyć zawsze warto, wszak to daje szczęście, a przecież z marzeń nigdy się nie wyrasta, bowiem sam świat jest ponury, a marzenia cudownie go ubarwiają – trzeba więc podarować sobie nową szansę na ich urzeczywistnienie.

Niestety jest też druga strona medalu, gdyż wyobrażenia o marzeniach a ich zderzenie z problematyczną doczesnością oraz droga do nich mogą rozczarować, gdyż można dla celu zatracić siebie, pójść na zbyt duże ustępstwa, po prostu w tym wszystkim pogubić; trzeba się więc zastanowić na ile człowiek jest w stanie przesunąć margines indywidualnych wizji i ambicji, jak ma wyglądać ten kompromis.

To również opowieść o rozliczeniu z przeszłością, zawiłych relacjach oraz próbie ich odbudowy, umiejętności rozmowy, mozołach wybaczenia sobie i innym, o pokorze, różnych definicjach szczęścia, o strachu przed świadomie dorosłym życiem i związaną z nim monotonią, nawet o tym jak cienka jest granica między normalnością a szaleństwem i że czasem łatwiej, spokojniej i bardziej atrakcyjnie być szalonym.

No i o poczuciu godności osobistej małych miejscowości też jest ten film, i o tym jak faktycznie wyglądają unijne dotacje.

Polecam.

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/79/51/787951/7815294.6.jpg

źródło ilustracji: http://gfx.antyradio.pl/var/antyradio/storage/images/film/news/piotr-rogucki-metalowym-perkusista-w-komedii-exterminator-faceci-pragna-mocniej-15495/1086690-1-pol-PL/Piotr-Rogucki-metalowym-perkusista-w-komedii-Exterminator.-Faceci-pragna-mocniej_article.jpg

źródło ilustracji: http://www.csm.tarnow.pl/uploads/event/gallery/112/img_e0498392cbf2ade1757a71acb980a27a.jpeg?v1.4

źródło ilustracji: http://ars.pl/wp-content/uploads/2017/12/Gotowi-na-wszystko_3.jpg

źródło ilustracji: https://i.ytimg.com/vi/N-WrvupXtz8/maxresdefault.jpg

Posted in Bez kategorii, Film | Tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Leave a comment

Blondie z masłem orzechowym i pekanami

Tuż po Sylwestrze podałam na blogu przepisy na potrawy, które w tym dniu gościły na moim stole. Wtedy też napomknęłam, że o tym co na deser napiszę później, bo na takie wyróżnienie zasługuje.

Słowa więc dotrzymuję i właśnie dziś wstawiam przepis na biały odpowiednik klasycznego brownie (zapraszam TUTAJ – zawsze się udaje!), czyli blondie: niskie ciasto, złożone głównie z białej czekolady, tradycyjnie krojone na szerokie kwadraty, uroczo popękane z wierzchu, dość ciężkie, zakalcowate, jednak znacznie lżejsze i bardziej delikatne niż to ciemne, a żeby nie było zbyt słodko proponuję u góry posmarować masłem orzechowym i jeszcze dla pochrupania ozdobić orzechami pekan – w takim wydaniu smakuje cudownie 😉

Duże. Podzielne. Z małej ilości składników. Nieskomplikowane. Szybkie w wykonaniu. I pyszne.

Przepis na blondie z masłem orzechowym i pekanami (blacha o wymiarach 25x36cm) (Przepis pochodzi z bloga: http://kotlet.tv/; dodałam masło orzechowe i orzechy pekan)

Składniki:

Blondie:

  • 1 szklanka mąki pszennej (tortowej)
  • 400 g białej czekolady
  • 0,5 szklanki cukru
  • 200 g masła
  • 6 dużych jajek
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego

Dodatkowo:

  • 1 słoik masła orzechowego (użyłam z fragmentami orzechów)
  • orzechy pekan

Sposób przygotowania:

Masło oraz białą czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej – odstawić do wystudzenia.

Jajka zmiksować z cukrem oraz aromatem waniliowym do napuszenia. Do masy jajecznej wsypać mąkę – wymieszać. Na sam koniec wlać rozpuszczoną czekoladę – połączyć.

Ciasto przełożyć do wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia blaszki.

Piec około 20-25 minut, w temperaturze 180°C (należy sprawdzać patyczkiem, bo zbyt długo pieczone stanie się suche; patyczek musi pozostać wilgotny, ale nie może być na nim surowego ciasta).

Wyjąć. Z wierzchu posmarować masłem orzechowym (należy to robić, gdy jest jeszcze ciepłe, bo wtedy znacznie lepiej się rozsmarowuje) i ozdobić orzechami pekan.

 

Posted in Czekoladowe, Przepisy | Tagged , , , , , , , , , , , , | Leave a comment

Slumsowe zaplecze Disneylandu – recenzja filmu „The Florida Project” w reż. Seana Bakera

Dziecięcy świat maluje wyobraźnia i nieświadomość; życie jest prostsze, bo takie odległe i niezrozumiałe (no nie warto jeszcze zawracać sobie tym głowy), złożone z tego co tu i teraz, odczarowane coraz to nowymi pomysłami oraz fantomami – wtedy wszystko może być wszystkim, a każdy – dla frajdy a nie korzyści – każdym. Odmienna, nowicjuszowska perspektywa sprawia, iż niewiele potrzeba, by być prawdziwie szczęśliwym; to szczęście się dostrzega i spontanicznie odczuwa, a nie na siłę poszukuje. Bardziej liczy się z kim, nawet nie co i gdzie. A kiedy nie ma widoków na lepsze, to wzmaga się niesamowita umiejętność dekorowania i upiększania tego, co osiągalne, co na wyciągnięcie ręki, bo to jest po prostu dostępne; z tym i w tym się funkcjonuje, więc nie ma sensu bezwiednie marzyć, lecz zaciągać kolorem rzeczywiste, wyzbywając bolesnej frustracji, która przeważnie szkodzi a nie pomaga, bo dołuje (a jak nie ma się na coś wpływu, to tylko pogarsza wewnętrzną sytuację; upośledza ducha).

Kiedy byłam mała nie potrzebowałam superowych ubranek dla Barbie (i w ogóle ekstra drogich lalek, jako że te z jasnogórskich straganów spełniały wszelkie wymogi), które często podziwiałam na dziewczęcych działach zabawkowych (bo wędrówkę tymi alejkami traktowałam jako umilacz czasu, podczas gdy rodzice pakowali do koszyka „nudne” produkty; bo kto wtedy myśli o tym, że mąka, że płyn do mycia naczyń, że olej takie potrzebne), wszakże sama mogłam coś uszyć, więc bez żalu odkładałam na półkę balową suknię czy jeansowe ogrodniczki i po powrocie do domu brałam filcowe ściereczki, fragment firanki czy wycinki ze skróconych spodni i tworzyłam im całą kolekcję. Nie musiałam mieć też magicznego piasku (w pełni zadowalałam się tym podwórkowym, choć najbardziej lubiłam lepić z plasteliny albo i jeszcze lepiej: z modeliny – często miała ciekawsze kolory, była bardziej elastyczna i trwalsza), chodzących, gadających i jedzących maskotek (bo oczami wyobraźni dawałam im to wszystko), wymyślnych gier (bierki, Memory, talia kart i czas leciał jak szalony), klocków LEGO (tęczowa mieszanina w stojącej pod oknem skrzyni wystarczała, by wznieść każdą, dosłownie każdą budowlę), zagranicznych wakacji (Mój Boże: te bazy, domki na drzewie, trzepak, ławki, place zabaw, opuszczone domy i rozmaite ruiny, pikniki pod blokiem, owocowa guma balonowa, a z niej tatuaże, wodne lody za 30 gr i „Biesiadne” za 50 gr, marchewka prosto z ziemi, niedojrzałe śliwki, osiedlowe gry i zabawy uatrakcyjniane śmiesznymi ripostami, splecione z muliny bransoletki, miejski basen za darmo, bo przez dziurę w ogrodzeniu, spacery do parku, nad rzekę wspominam z rozrzewnieniem; nie mogło być lepiej i nie zamieniłabym się z nikim na żadne egipskie piramidy, Lazurowe Wybrzeża ani wyszukane sprzęty czy gadżety), nawet długo, długo komórki (która do dnia dzisiejszego służy mi jedynie do pisania s-msów i wykonywania telefonów, w związku z tym mam najzwyklejszą, bez żadnych bajerów) i komputera (pierwszy sobie zrobiłam z papieru), ponieważ moja fantazja w połączeniu z tym, co udostępnione dawały mi znacznie więcej: bezpretensjonalną radość, która nie była ani zaburzona, ani uzależniona od zazdrości oraz chęci posiadania, rozwój osobisty, umiejętność organizacji czasu, doceniania drobnostek i bezbrzeżną pomysłowość.

Wiem również, że ogromną rolę odegrały tutaj książki, które były obecne w mojej codzienności od zawsze: one mnie dodatkowo uwrażliwiały, wyciszały, wzbogacały, obsypywały magią i wprowadzały w zadumę, kształtowały, ukazywały różne perspektywy, pozwalały dokonywać wyborów, bujać w obłokach, ale i zderzyć z twardym podłożem, rozwiązywać problemy dotyczące ogółu i mnie samej, zwracały uwagę na coś istotnego, poszerzały słownictwo, pozwalały zapoznać z rozmaitymi stylami, formami, gatunkami, były i w dalszym ciągu są najlepszą ucieczką, ostoją, relaksem, przyjacielem, rozrzewnieniem, całą paletą emocji, kontemplacją, mądrością i jeszcze masą innych, nie mniej ważnych.

No i kluczowe: dniami i nocami (także w chwilach najgorszego buntu) miałam świadomość, że posiadam przy sobie nieskruszony gderaniem innych i Losu ludzki mur zbudowany z najbliższych, który wytrwale, stabilnie i z pełną wiarą tuż obok mnie stoi. Wiedziałam, że mam do kogo wracać, że tam mnie wysłuchają i w miarę możliwości pomogą, że się nie odwrócą, nie zostawią samej, że życie oddają, jeśli zajdzie taka potrzeba. I choć należę  do osób raczej emocjonalnie skrytych, stonowanych, chłodnych, do samotników, introwertyków na milion procent, którzy prędzej w imię miłości oddają komuś własną wypłatę/obiad/bilet do kina lub wniosą na rękach na szczyt góry niż zwierzą z każdej bolączki czy rzucą na szyję, to miałam poczucie tej ostoi, stateczności, tego fundamentu, najszczerszego i najcieplejszego ogniska domowego, które dawało mi możliwość miarkowania własnych afektów – po prostu czułam, że zawsze są gotowi na wszystko, na każde poświęcenie: byłam wśród nich i z nimi bezpieczna.

I o ile ja miałam to szczęście, o tyle bohaterowie niesamowicie porażającego, ale i obsypanego bajkowym wdziękiem filmu już niestety są go pozbawieni. A chodzi mi oczywiści o ostatnio niezwykle głośny dramat „The Florida Project” w reż. Seana Bakera, na który wybraliśmy się do kina w Nowy Rok.

W znacznym stopniu jest to historia oglądana i rozumiana przez dziecko, które jak wcześniej wspomniałam: dzięki wesołości, polotowi i niedostatecznej wiedzy postrzega rzeczywistość zupełnie inaczej – mniej realnie, mniej dobitnie, a przez to znacznie przyjemniej. Nie da się ukryć, że potrzeba do tego także odpowiedniej brawury, a 6-letnia Moonee (Brooklynn Prince) z pewnością ją ma, i to w nadmiarze, ale sumiennie i bez cienia fałszu dzieli ją pomiędzy przyjaciół: nie mniej zuchwałego Scooty’ego (Christopher Rivera) oraz śliczną, rudowłosą, znacznie od nich grzeczniejszą Jancey (Valeria Cotto), którą powoli hartują, zapoznając z warunkami, w jakich przyszło im żyć – pokazują jej jak przetrwać i jednocześnie nie dać się nudzie, zwłaszcza, że akcja toczy się w trakcie wakacji na słonecznej Florydzie, która może i kojarzy się z luksusowym wypoczynkiem najbogatszych, jednak nie w tym przypadku, bowiem dzieciaki mieszkają w slumsowej dzielnicy, bez stałego zakwaterowania, w ciasnych, zatłoczonych pokojach motelu o urzekającym fioletowym odcieniu i zaczarowanej nazwie „Magic Castle”, znajdującego się, o ironio, nieopodal słynnego parku rozrywki czyli Disneylandu, lecz jest on dla nich tak odległym światem, że nawet nie biorą pod uwagę, że mogłyby się tam znaleźć, stąd z charakterystycznym dla siebie zapałem korzystają z tego, co realne: a to więc wyżulą od przechodniów pieniądze na wspólnie zjedzonego loda, a to wykrzykując wulgarne teksty, popodpatrują cycki podstarzałej laluni, przeczeszą opustoszałe gmachy, podpalając jeden z nich, zaplują samochód lokatora, podejdą pod bar, by na tajniaka skasować gofry, rozpłyną nad konsumpcją darmowej malinowej marmolady na pniu rozwalonego drzewa (swoją drogą uwielbiam tekst małej, kiedy wcinając swój przydział chleba, mówi, że to jej ulubione drzewo, bo upadło, a dalej daje radę i rośnie), odetną dopływ prądu w całym budynku, wybiorą na zielone pastwisko, imaginując, że to safari. I robią to z uśmiechem, sielankowo, bez żalu, bo zwyczajnie nie znają lepszych uwarunkowań; jest tu i teraz, zatem trzeba się dostosować do tego hałasu, brudu, biedy, ciasnoty, jaskrawych kolorów, tanich knajp czy wątpliwej jakości jedzenia, bo tak naprawdę nie bardzo ma ich kto z tego wyciągnąć, gdyż większość pochodzi z patologicznych, rozbitych rodzin, gdzie matki może i kochają swoje dzieci, ale nie potrafią odpowiednio się nimi zająć, pokazać co znaczące, dlatego że same nie wiedzą jak się z tego wyrwać, więc wegetują od czynszu do czynszu, od drobnych kradzieży tudzież sprzedawania podrobionych perfum do lania po mordzie i prostytuowania, podczas gdy dziecko kąpie się za ścianą, bo taki jest ten świat: kiczowaty, tragiczny, zgiełkliwy, pomijany, niechlujny, wypełniony przegranymi – gorszy, jednak okraszony szczyptą magii, ciepła oraz idyllizmu, któremu czujnym okiem przygląda się na swój sposób wspierający, jednakże będący kolejnym trybikiem w biznesowej maszynie zarządca Bobby (Willem Dafoe) i niezbyt chętna do niesienia pomocy opieka społeczna.

„The Florida Project” to klasyczny dramat społeczny o beznadziei, ubóstwie, cierpieniu, nałogach i życiu na marginesie, ale obserwowany oczami podrostka staje się bardziej strawny, powleczony cukierkowatą estetyką – i tym właśnie różni się od pozostałych tego typu produkcji, że tutaj interpretują dzieci, a dorośli stanowią tylko tło.

źródło ilustracji: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/b/b2/The_Florida_Project.jpg

źródło ilustracji: https://pmcvariety.files.wordpress.com/2017/05/the-florida-project.jpg?w=1000&h=563&crop=1

źródło ilustracji: http://cdn.collider.com/wp-content/uploads/2017/10/brooklyn-prince-the-florida-project.jpg

źródło ilustracji: https://sznyt.pl/wp-content/uploads/2017/11/MW-FX308_florid_20171030233925_ZH.jpg

źródło ilustracji: http://bi.gazeta.pl/im/3e/bb/15/z22787390Q.jpg

Posted in Bez kategorii, Film | Tagged , , , , , , , , , , , , | Leave a comment

Nowy Rok – Stara Ja…

Wraz z nadejściem Nowego Roku dostrzegam wzmożone tendencje do planowania, podsumowywania, wypisywania celów, zamiarów, potęgowania marzeń, wklejania obrazków z motywującymi hasłami, zakupywania notatników, by móc to wszystko gdzieś pomieścić, usystematyzować, nie zapomnień, krótko: do biczowania za rok miniony i postanowienia poprawy w tym świeżym, jeszcze nieuszkodzonym.

Ja nie mam takiej potrzeby, w zasadzie to z czterech naczelnych powodów (i kilku bardziej trywialnych): PO PIERWSZE (i najważniejsze) wiem, że trzeba do czegoś dążyć, spełniać się, itd., ale… jeśli życie chce coś spaprać (zwykle w tych kluczowych kwestiach), to i tak zrobi swoje, tym samym pokrzyżuje moje zamiary, z szyderczym smutkiem udowadniając, że jasne, oczywiście mogę sobie obmyślać, niemniej jednak apokaliptyczne Fatum, manifestując mocarność własnej pozycji, może to wszystko rozmyć jednym splunięciem, pokazać mi i moim aspiracjom środkowy palec, PO DRUGIE (co wiąże się z pierwszym) nie mogę zbyt beztrosko wybiegać w przyszłość, ponieważ nie mam pojęcia ile ona będzie trwała (nawiasem; czas jest dla mnie pojęciem względnym to raz, a dwa, że nie mam ochoty się z nim ścigać), PO TRZECIE to zwyczajnie nic nie lubię sobie obiecywać, a PO CZWARTE (co z kolei wiąże się z trzecim) nie znoszę czuć na sobie zimnego oddechu presji (wolę zimny podmuch wiatru, ale już niekoniecznie zimny kubeł wody) i w związku z powyższym, co niezaprzeczalnie wynika z dobrze znanej prywatnej konstrukcji psychicznej: w żaden sposób nie będę się łudziła, składała zapisanych zobowiązań, bo mam poczucie, iż zrobię z siebie przed Losem oraz czasem pośmiewisko, a one w każdej chwili, prawem nieuzasadnionego roszczenia, mogą ze mnie i moich mrzonek gorzko zadrwić, wiedząc, że gdzieś tam kończą się moje i świata możliwości.

A ja utrzymuję się na tej powierzchni dlatego, że zawsze, ZAWSZE przyjmuję tę gorszą wersję, bo wolę się miło zaskoczyć niż zawieść; jeśli stanie się to gorsze, to boleśnie się uśmiechnę i będę musiała jakoś dźwignąć, z kolei gdy zakładałabym lepsze, żywiąc się nadzieją (wszak hasła typu nadzieja umiera ostatnia i nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych postrzegam jako urojony stek bzdur; jasne, że są rzeczy niemożliwe, a karmienie się kłamstwami szkodzi drastyczną niestrawnością ducha – sama nadzieja ma osobiście podbudowujący urok, lecz bywa zwodnicza), a mimo to dostałabym w imię pokory, otrzeźwienia i NIEWIADOMOCZEGO solidnego kopa w dupsko, to upadłyby wszystkie moje wartości, zapatrywania, fundamenty, a wraz z tym wszystkim ja, a tacy ludzie jak ja grzebią się a nie podnoszą. Ja po prostu nie mam ochoty być naiwna, mydlić sobie oczu – od tego są pozostali, którzy często parszywie starają się to uczynić drugiemu, wobec tego samemu można sobie już darować.

Ponadto nie lubię się zmieniać i nie ma na to wpływu ani miejsce, ani czas, ani towarzystwo, bo zawsze i wszędzie pozostaję samą sobą. Natomiast wiem, że mogę się ulepszać: być lepszą dla siebie oraz dla innych, chociaż mam też świadomość, że nie dla każdego warto tracić swój cenny, krótki czas – czyli nie życzyć gnidzie źle, ale i nie zawracać sobie nią głowy.

Plany więc muszą być realne i takie niezbyt do przodu, takie z krótkim terminem ważności, bym nigdy za bardzo się nie rozczarowała, że chciałam, a jednak nie mogę, zaś marzenia pozostawię w sferze marzeń; niech unoszą mnie ponad tę nędzną ziemię, a nie twardo z nią zderzają.

Ps. Tak, tak, wiem, że przeznaczeniu trzeba pomóc, ale należy to czynić rozumnie, a nie budować zamki na lodzie, bowiem zasadniczy jest dla mnie fakt, iż ja tak naprawdę nie potrzebuję Nowego Roku, by coś zmienić: dla mnie to żaden przełom, żadna granica, przeto przekraczam ją mimowolnie, z przymrużeniem oka, gdzieś pomiędzy kieliszkiem szampana, rozpryskiwaniem brokatowych fajerwerków, a Jego błękitnym spojrzeniem, bo zmieniać mogę się zawsze, potrzebuję tylko siły, chęci i systematyczności, a nie tam żadnego nowego stycznia – na mnie to nie działa.

Ja zatem pozostaję stara, jako że przewartościowuje mnie życie, a nie Nowy Rok.

Za miłość! Za gniew! Za szczęście i siłę w bólu!

Z mocą tego spojrzenia…

… sercem 😉

Posted in Bez kategorii, Życie | Tagged , , , , , , , , , , , , , , | Leave a comment