„Mało tu ludzi dobrych: tyle ich jest w sumie, ile bram w mieście Tebach i ujść Nilu rzeki” – „Bielszy odcień śmierci” autorstwa Bernarda Miniera

Lubię biel i nie lubię bieli, bo albo kłamie złudną niewinnością albo wyraża się zbyt dosłownie, ukazuje najmniejszą skazę.

Lubię…

białe konwalie, hortensje, magnolie, przemienione z mniszków puchate dmuchawce, kwiaty czereśni i lilii, biały rumianek

białe koty, kozy, owce, łabędzie, mewy, króliki, motyle, sowy, foki, niedźwiedzie i wilki polarne

białe poranki identyfikujące się jasnymi promieniami chłodnego słońca

przysłaniającą świat i unoszącą nad jeziorami mgłę

śnieg (otulający wierzchołki gór, ubierający drzewa, gęsto sypiący, również nagie, rozległe, ośnieżone przestrzenie)

te watowe-znikome i zwarte-falbaniaste chmury

pianę na wzburzonym morzu albo wodospadzie

i piankę na kawie

białe żagle (nie napompowane przez wiatr, lecz gładko ułożone spokojnym rejsem)

białą poświatę księżyca na czarniuteńkim, pozbawionym gwiazd niebie

białe lody, pralinki i koktajle, bo smakują wanilią, kokosem lub migdałem

białą herbatę (jaśmin, róża, poziomka, mandarynka, figa, lawenda, melon)

białe, półsłodkie wino w oszronionym kieliszku

białą, lalkową karnację

białe, przepełnione smutkiem, brzydotą, trwogą, absurdem, nostalgią, niepewnością, dysonansami, mrokiem oraz tajemnicą wiersze

białe figury i rzeźby

 

Nie lubię…

białej farby

tkanin (zarówno w ubiorze, jak i w firanach, serwetach, narzutach, kocach, pościeli)

pomieszczeń (ściany, korytarze, podłogi)

dodatków/przedmiotów (chodzi o meble, sprzęty, lampy, wszelkie drobiazgi do ogrodu tudzież mieszkania, jak i buty, torebki czy biżuterię)

białych sukni ślubnych i welonów

pojazdów

bitej śmietany

białych kremów i balsamów (chyba, że są przełamane jakimiś zapachowymi barwnymi lub świetlistymi drobinkami)

cebuli, czosnku, kapusty, grochu, kalafiora

porcelany (a jeśli już jest biała, to musi mieć jakieś elementy ozdobne)

zawodów wymagających białego kitla w połączeniu z tym specyficznym swądem, który zespaja się ze strachem i cierpieniem (chirurg, stomatolog, aptekarz, i w ogóle każdy lekarz; nielubienie nie obejmuje laborantów i kucharzy, choć biel w kuchni jest dla mnie nonsensem)

kartek, bo kojarzą mi się z pustką, brakiem historii, doświadczenia, ale też z daniem komuś czystej karty (nie można podarować czystej karty, ponieważ zranione serce nie zapomina; nie sposób wymazać – są tacy, którzy starają się wybaczyć, ale w pamięci nadal będzie tkwiło i budziło co raz)

Ja tak dzisiaj o bieli, bo jestem po lekturze thrillera „Bielszy odcień śmierci” autorstwa Bernarda Miniera – jest to kolejna po „Paskudnej historii” (słów kilka TUTAJ) książka tego pisarza, po którą sięgnęłam, i kolejna, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto sięgać po następne – świetna!

 

Na początku każdej zimy i tuż przed roztopami,  w skrytej pośród Pirenejów dolinie Saint-Martin, robotnicy jadą kolejką linową do położonej w sercu góry nastawni, by zakonserwować wiekową maszynerię elektrowni wodnej Arruns, jednak tym razem zamiast zatrważającego opustoszeniem białego bezkresu ich oczom ukazuje się rozwieszone na ramownicy ciało konia z odciętą głową i płatami skóry zdartymi tak, jakby imitowały skrzydła – obraz ten przywodzi na myśl inscenizację, której autorem musi być jakiś szaleniec.

Sprawą, na prośbę prokurator Catherine d’Humières, zajmuje się z ramienia policji komendant Martin Servaz, natomiast z ramienia żandarmerii kapitan Irène Ziegler; każde z nich jest zupełnie inne, bo mężczyzna jest 40-letnim rozwodnikiem, przeciwnikiem nowoczesnych gadżetów, mody, Internetu i nadmiernego rozwoju technologii, odmawiający ślepego stosowania się do zaleceń ministerstwa, dosyć nieporadny fizycznie, mający lęk wysokości i lęk przed nadmierną prędkością, nie potrafiący celnie strzelać z broni palnej, na co dzień sypiący łacińskimi cytatami, rozmiłowany w literaturze klasycznej oraz muzyce Mahlera, zaś ona to piekielnie seksowna homoseksualna kobieta, bardzo wysportowana, odważna, bo nie obawia się ani szybkiej jazdy motocyklem, ani śnieżnym skuterem, ani też pilotowania helikoptera, jednak razem tworzą zaskakująco zgrany duet, ponieważ oboje działają instynktownie, ale ich obserwacje i wynikające z nich spostrzeżenia są trafne, do tego są wnikliwi, niezłomni oraz ambitni, więc za wszelką cenę postanawiają doprowadzić śledztwo do końca, zwłaszcza, że okazuje się, iż zwierzę to czystej krwi gniady yearling, należący do jednego z najbogatszych ludzi, Èrica Lombarda, wywodzącego z dynastii finansistów, potentantów przemysłowych i przedsiębiorców od lat rządzących tą częścią Pirenejów, departamentem, a nawet całym regionem.

Akcja nabiera rozpędu, gdy zostaje dokonane drugie morderstwo: rysownik komiksów znajduje nieopodal huczącego wodospadu wiszące na metalowej platformie, owinięte taśmą, nagie, zmasakrowane, pozbawione serdecznego palca u prawej ręki ciało aptekarza Grimma, odziane w czarną pelerynę z kapturem i charakterystyczne wysokie buty, a potem przychodzi czas na spanikowanego Perraulta, który to z jakiegoś powodu przewidział własną śmierć (on z kolei został powieszony na wagoniku kolejki liniowej).

Wszystko wygląda jak naznaczona symboliką zemsta, tylko za co?

Dochodzenie komplikuje fakt, że na miejscu zbrodni wykryto DNA słynnego szwajcarskiego seryjnego mordercy Juliana Hirtmanna (to straszny zboczony psychopata, społeczny drapieżca, niezwykle inteligentny i przerażający), który w chwili aresztowania pełnił funkcję prokuratora w sądzie w Genewie, ale obecnie siedzi zamknięty w ściśle strzeżonym zakładzie psychiatrycznym dla największych przestępców, którzy są potworniejsi od najbardziej makabrycznych kreatur (…) to nemezis (…) kara za to, że zabiliśmy Boga i stworzyliśmy społeczeństwa, w których zło uznaje się za normę, a chodzi o Instytut Wargniera, w którym dyrektorem został ekscentryczny doktor Francis Xavier z Montrealu (był jeszcze młodym, niewysokim, bardzo zadbanym mężczyzną z pofarbowanymi włosami, w krawacie z obfitymi motywami roślinnymi widocznym spod białego kitla oraz w ekstrawaganckich czerwonych okularach), jednak wydaje się, że władzę sprawuje tutaj naczelna pielęgniarka Èlisabeth Ferney (duża kobieta około czterdziestki o twarzy nieco surowej, ale nie nieprzyjemnej. Kasztanowe włosy, wyniosła mina, spojrzenie proste, ale defensywne (…) wyglądała na osobę ostrą i pewną siebie).

Do tego właśnie zakładu przybywa ciekawska absolwentka psychologii Diane Berg, której wątek zręcznie przeplata się z prowadzonym śledztwem.

Poza tymi dwiema głównymi kwestiami jest też parę pobocznych, jak choćby przypuszczalne problemy  17-letniej Margot, córki samego komendanta, którą na jego prośbę śledzi pomocnik Vincent Èsperandieu, czy proces młodziaka Clèmenta, który zabił bezdomnego.

 

A co się kiedyś stało za murami zamkniętego ośrodka kolonijnego „Les Isards”?

Jakie makabryczne fakty znajdowały się w dzienniku Alice, która będąc młodą dziewczyną popełniła samobójstwo?

O co w ogóle chodzi z falą samobójstw nastolatków?

Kim jest Maud?

Na czym polegał okrutny pakt?

Do czego służyła chatka w dolinie Sospel i kto się tam spotykał?

Co oznaczają litery „CS” wyryte na sygnetach?

Do czego zdolny jest emerytowany sędzia Gabriel Saint-Cyr?

Jak do całości ma się gambit?

I o co właściwie chodzi z tą bielą?

Dowie się tylko ten, kto sięgnie po tę książkę 😉

„Bielszy odcień śmierci” pociąga smętnym klimatem, duszną atmosferą ustronnych, wąskich, zalesionych dolin, liści, mchu, igliwia, cierni, porośniętych drzewami zaokrąglonych pagórków, postrzępionych szczytów, potoków, żelaznych mostków, źródeł, strumieni, mgły, pól firnowych, lodowych ścian, bo miejsce, w którym toczy się historia to kamienna samotnia, świetliste, białe pustkowie (…), gdzie sypiący śnieg tworzy dystans, zaciera szczegóły, a nawet najokrutniejsze morderstwo staje się czymś małym i śmiesznym w porównaniu z odwieczną potęgą gór (…), bo ta dolina lubi mrok, tajemnicę; nie znosi wszystkich przybyszów z zewnątrz. Autor zadbał o przepiękne i szczegółowe opisy przyrody, również zamkniętych pomieszczeń oraz drobiazgowy opis działań policji, żandarmerii i policyjnych techników. Bohaterowie są precyzyjnie nakreśleni (nie tylko wygląd zewnętrzny, charakter, zainteresowania, ale i podejrzenia, wnioski, sposób działania, myśli i emocje) i mocno zaangażowani w to, co robią. Intryga genialna. Napięcie stopniowo wzrasta. Wiele zwrotów akcji. Ciekawe dialogi. Moralizatorskie wstawki. Szokujące zakończenie. I nawet nie wiadomo kiedy przed oczami przemija te 510 stron (Wydawnictwo Rebis).

Jedyne co mi nie odpowiada to nadużywanie słowa: „złowieszczy”.

Polecam.

Na początku biel była kolorem śmierci i żałoby (…) Na Wschodzie nadal tak jest. Tak jak czerń, biel jest barwą achromatyczną. To także kolor związany  rytmami przejścia.

Ludzie są jak góry lodowe (…) Pod powierzchnią kryje się cała masa niedopowiedzeń, cierpienia i tajemnic. Tak naprawdę nikt nie jest tym, na kogo wygląda.

Osłabienie inteligencji to konsekwencja… nieobecności zagrożenia. Zwierzę żyjące w doskonałej harmonii ze swoim otoczeniem działa w sposób mechaniczny. Natura odwołuje się do inteligencji jedynie wówczas, gdy przyzwyczajenie i instynkt są niewystarczające. Inteligencja rozwija się tylko w warunkach zmiany, tam, gdzie istnieje zagrożenie.

Obłęd jest zaraźliwy (…) Nie przechodzi z jednego człowieka na drugiego, ale z jednej grupy na inną. I zaraża całe pokolenie. Nosicielem malarii jest komar. Nosicielem obłędu, w każdym razie nosicielem szczególnie uprzywilejowanym, są media. 

Rodzice nie powinni próbować manipulować dziećmi, nawet jeśli uważają, że to, co mówią, jest słuszne. Powinni raczej uczyć dzieci samodzielnego myślenia. Nawet gdyby dzieci miały myśleć inaczej niż oni…

Ludzie rzadko są tacy, jacy się wydają – każdy ma coś do ukrycia.

Zła nie da się policzyć, zredukować do postaci naukowej regułki, biologicznych rozważań ani teorii psychologicznej. Tak zwani myśliciele ośmielają się twierdzić, że zło nie istnieje, uważają je za przesąd, nieracjonalną bajkę dla maluczkich. Ale dzieje się tak tylko dlatego, że nigdy nie byli poddani śmiertelnym torturom w ciemnej piwnicy, nigdy nie widzieli dzieci uwiedzionych za pośrednictwem Internetu, nigdy nie byli porwani, tresowani, tumanieni narkotykami, gwałceni całymi tygodniami…

Strach to zaraźliwa choroba.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Literatura, Literatura | Dodaj komentarz

Drożdżowe bułeczki z papryką, rzodkiewką i szczypiorkiem

Skrobię słów kilka o bardzo intrygującej książce, którą jakiś czas temu przeczytałam, a w międzyczasie postanowiłam dodać przepis – wahałam się czy ma być to coś słodkiego, czy wytrawnego, ale ostatecznie padło na wytrawne, a to z tej przyczyny, że jest w tym przypadku równie atrakcyjne wyglądem jak słodkie (bo to jeden z naczelnych powodów dlaczego przeważnie stawiam na słodkie wypieki: że są po prostu ładniejsze).

A są to kolorowe, wiosenno-letnie bułeczki z całą masą papryki, rzodkiewki oraz szczypiorku, które można zjeść i na śniadanie, i do obiadu, i tak po prostu, jako przekąskę: na ciepło czy na zimno, samotnie lub z kimś, ponieważ są przepyszne: mięciutkie i puchate w środku, a chrupiące z zewnątrz – a jak pięknie pachną! 😉

Przepis na drożdżowe bułeczki z papryką, rzodkiewką i szczypiorkiem (mi wyszło 20 sztuk) (Przepis pochodzi z bloga: https://www.kulinarneprzygodygatity.pl/; zmieniłam farsz)

Składniki:

  • 500 g mąki pszennej (tortowej)
  • 50 g świeżych drożdży
  • 1,5 szklanki mleka
  •  50-70 ml oliwy z oliwek (zacząć od 50 ml, jeśli ciasto będzie zbyt suche należy wlać resztę)
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli

Dodatkowo:

  • 1 mała czerwona papryka
  • 1 pęczek rzodkiewki
  • 1 pęczek szczypiorku
  • 1 jajko wymieszane z 1 łyżką mleka

Sposób przygotowania:

Drożdże rozpuścić w 0,5 szklanki mleka z 1 łyżeczką cukru – odstawić na 15-20 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięty zaczyn wymieszać z pozostałymi składnikami i wyrobić gładkie, elastyczne ciasto, po czym włożyć je do miski i odstawić pod przykryciem w ciepłe miejsce na 1 h.

Po upływie wskazanego czasu ciasto rozwałkować na prostokąt o grubości 0,5 cm i albo posypać drobno posiekanymi warzywami albo jeszcze przed rozwałkowaniem wymieszać je z ciastem (ja wybrałam tę opcję), dalej zwinąć w rulon i ostrym nożem pokroić w 2-3 cm plastry.

Bułeczki ułożyć na blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia i odstawić do  ponownego wyrośnięcia na 30 minut.

Przed wstawieniem do piekarnika wierzch posmarować jajkiem wymieszanym z mlekiem.

Piec około 20-25 minut, w temperaturze 180°C (wstawić do nagrzanego piekarnika; upieczone są rumiane z wierzchu).

Wyjąć. Wystudzić.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Przepisy, Przepisy, Wytrawne | Dodaj komentarz

Kruche ciasto z budyniową pianką i czarną porzeczką

Ciasto idealne na okres letni: kruchutki, maślany spód, lżejsza niż ptasie mleczko słodka budyniowa pianka, w niej zatopione kwaśne czarne porzeczki, z wierzchu kruszonka i cukier puder – coś wspaniałego i naprawdę nie wymagającego zbyt wiele pracy.

Piekę je już od kilku lat, z dodatkiem różnych owoców (maliny, poziomki, jagody, jeżyny, borówki, truskawki, agrest, wiśnie, itd.), bo zawsze się sprawdza, zawsze wychodzi i co najważniejsze: zawsze smakuje 😉

Przepis na kruche ciasto z budyniowa pianką i czarną porzeczką (forma o średnicy 33x20cm) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Kruche ciasto:

  • 2,5 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 250 g zimnego masła 
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 5 żółtek
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia

Budyniowa pianka:

  • 5 białek
  • 1 szklanka cukru 
  • 16 g cukru wanilinowego 
  • 2 opakowania budyniu waniliowego lub śmietankowego, bez cukru (2 x 40 g)
  • 0,5 szklanki oleju słonecznikowego
  • szczypta soli

Dodatkowo:

  • 500 g czarnej porzeczki
  • cukier puder (do oprószenia)

Sposób przygotowania:

Składniki na kruche ciasto szybko zagnieść, podzielić na 2 części (60% i 40%), każdą owinąć folią spożywczą i zamrozić.

Większą część zetrzeć na tarce i wyłożyć nią spód brytfanki.

Piec około 20 minut, w temperaturze 190°C (wstawić do nagrzanego piekarnika)

Wyjąć i w czasie studzenia przygotować budyniowa piankę: białka ubić na sztywno ze szczyptą soli, potem powoli, łyżka po łyżce, wsypać cukier i cukier waniliowy, dalej, nie przerywając miksowania, dodać proszek budyniowy, a na samym końcu wlać olej – połączyć.

Piankę wylać na wcześniej podpieczony i chłodny spód, wyrównać, ułożyć gęsto czarną porzeczkę, lekko ją wcisnąć i zetrzeć na wierzch pozostałe ciasto.

Piec około 30-40 minut, w temperaturze 190°C (wstawić do nagrzanego piekarnika)

Wyjąć. Wystudzić. Oprószyć cukrem pudrem.

Zaszufladkowano do kategorii Owocowe, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

Nadrabianie przeszłości – część IX: „Tabliczka marzenia” autorstwa Haliny Snopkiewicz

Lato, bądź łaskawe jak dzisiaj, nie narzucaj się z wysokimi Celsjuszami, bo stajesz się wtedy męczące i przeze mnie niechciane (o Boże, jakże nie znoszę natrętności… jakże nie znoszę) – daj się polubić tak, jak kiedyś, kiedy stąpałam między Twoimi błyszczącymi złotem ramionami trochę bardziej uśmiechnięta niż obecnie.

Przygaszoną zielenią bądź, a nie matową od suszy żółcią.

Parszywe dni obejmij przyjemnym ciepłem, a z ulewy uczyń przecudowną kołysankę.

Stoję pod żyrandolem, z którego zwisają okrągławe kryształy brzozowych liści, jest ich tak dużo, że nie mogę dojrzeć przypominającego zebrę pnia.

W chmury zerkam znacznie częściej niż przed siebie; żegluję Duszą po błękicie.

Mam ochotę na cytrynowo-ogórkową lemoniadę albo kawę z sorbetem bananowym i mrożonymi malinami.

Mam też ochotę zrobić korale z jarzębiny: nakłuwać igłą pomarańczowe kuleczki i przeciągać po czarnej lub granatowej nitce – tak czyniłam będąc dziewczęciem, potem wciskałam na zapomnienie w jakąś historię, między książkowe stronice, bo książek zawsze miałam więcej niż korali.

Jednak ta miła opowiastka mi umknęła, ale nic straconego, już nadrobiłam i jestem szczęśliwa, że mogłam trochę zanurzyć się w tej magicznej dziecięco-nastoletniej atmosferze „Tabliczki marzeń” autorstwa Haliny Snopkiewicz, co to smakuje emocjonalnym, nie zawsze uzasadnionym buntem i poziomkowym kremem.

Akcja jest osadzona w PRLowskiej Warszawie i prezentuje historię uczennicy 9 klasy, Ludki Balwikówny (ksywka „Ludzik”),  która uwielbia chodzić na basen oraz czytać Thora Heyerdahla (zwłaszcza książki „Wyprawy Kon Tiki” i „Aku-Aku”), a poza tym marzy, by zostać biologiem (jeszcze się chwilami waha nad architekturą). Ludka jest wysoka i chuda, ma za długie ręce oraz nogi, stopę dużą „jak podolski złodziej”, włosy obcięte na krótko, bliznę na brodzie, oczy ciemne i błyszczące z rzęsami rosnącymi prosto niczym czułki, nos zwyczajny, ani duży, ani mały, jak pół przysadzistej pietruszki, wystające zęby, do tego ubolewa, że cięta riposta nie wypływa z niej natychmiast, dopiero potem w myślach, no ale to się przecież nie liczy. Dziewczyna zdaje sobie sprawę, iż jest dzieckiem nieplanowanym, takim z przypadku „na starość”, stąd w dalszym ciągu mieszka z rodzicami (ojciec jest technikiem budowlanym, a mama przeszła na emeryturę), ale ma jeszcze trójkę rodzeństwa: „przedwojennego” brata Stefana, który postanowił rozejść się z piękną Elizą, z którą ma syna Jacka (w porę się opamiętał, jednak wzbudził tym zachowaniem w młodszej siostrze protest, skutecznie stłumiony przez nie lubiącą skarżypytów i lizusów nauczycielkę języka polskiego, Panią Mareszową, która nosi chabrową czapeczkę z pomponem i nic i nikogo nie prowadzi, lecz kroczy na czele (…) to tęga blondynka, z energicznymi ruchami, i choć nigdy nie nosi wełnianych podkolanówek ani pionierek, ani chlebaka, przewieszonego przez ramię, coś w jej sylwetce przypomina przewodnika wycieczek w wysokie Tatry. Powoli, rytmicznie, równiutko, z kondycją, pewnym krokiem, tu wdech, a tu wydech (…) zawsze potrafi odwrócić każdy wątpliwy dowcip na właściwą stronę, tak że klasa może ocenić jego rzeczywistą wartość), „okupacyjną” siostrę Teresę (po ukończeniu szkoły muzycznej wyjechała na obóz do Związku Radzieckiego, tam poznała określanego „Latawcem” Łotysza Alka, wyszła za niego za mąż i zamieszkali w Rydze) i zmarłą zaraz po narodzinach siostrę Barbarę, która pamięcią stale jest wśród nich. Lidka skrycie podkochuje się w Tym Panu, co to według jej wyobrażeń jest wielkim biologiem i samotnym żeglarzem, i genialnym pisarzem, i Abelardem, i zwycięzcą w wyścigach samochodowych, i Frankiem Sinatrą, i odważnym pilotem, ale nade wszystko Thorem Hayerdahlem. Już nie tylko zewnętrzne podobieństwo – choć i to było uderzające – ale także jakiś zapał, jakiś entuzjazm, jakaś energia, która z niego promieniowała, kiedy szedł ulicą, bardzo wyprostowany z podniesioną głową, czy kiedy się schylał, żeby zajrzeć pod maskę swojej skody 1000 MB. Nawet kiedy wynosił śmieci w żółtym plastykowym kubełku, nie było to zwyczajne wynoszenie śmieci, ale on dość szybko łamie jej serce, bowiem zaczyna spotykać się z kobietą w wysokich czerwonych botkach, poza tym okazuje się, że robi nylonowe naciągi. Z kolei w dziewczynie podkochuje się klasowy pajac, elegancik Marek Korcikowski (ksywka „Burbonik”), który jest od niej z 10-15 cm wyższy, rok starszy (nie przeszedł do następnej klasy, bo siedział w szpitalu, zmagając się z powikłaniami po anginie), z głową wielkości średniego arbuza, obciętą na jeża. Chłopak chce studiować archeologię lub elektronikę, uczęszcza na szkutnictwo, rano rozwozi mleko (toteż na tle rówieśników wyróżnia się tym, że pracuje i zarabia), przeważnie od razu umie zręcznie odpowiedzieć, ale czasem złość zabija refleks. Ludka początkowo odbiera jego przycinki jako objaw złośliwości, ale gdy koleżanka Jadzia zaczyna się do niego przystawiać, rodzi się potajemna zazdrość, a obraz Marka przybiera zupełnie inne niż dotychczas kształty i kolory, co uświadamia sobie będąc na wakacjach w czarno-białej chatce, u zdziwaczałej cioci, nad rzeką Liwiec (bo ani  nie płynęła, ani się nie wiła. Wić to się może i wiła w znaczeniu rysunku, ale na pewno nie w znaczeniu ruchu. Stała sobie w słońcu i wygrzewała stare kości – więc nazwę przetransformowała na Leniwiec), a gdy spotykają się na corocznym obozie, nad jeziorem, postanawiają dać szansę rodzącemu się między nimi uczuciu.

„Tabliczka marzenia” to taka zamierzchła powieść dla nastolatków, zupełnie odmienna klimatem od tych współczesnych: przez co bardziej urocza, subtelna – po prostu lepsza. Nie jest długa, bo liczy zaledwie 148 stron (Wydawnictwo Nasza Księgarnia), ale warto po nią sięgnąć, by wspólnie z bohaterami popląsać na prywatce urodzinowej u Kurków, na robotach praktycznych wyplatać koszyczki, reperować korki, nakrywać do stołu, lepić pyzy czy też pierogi z kapustą, posłuchać jak fantazjują, dogryzają, plotkują, jak tworzą własne teorie, popatrzeć jak się sprzeciwiają, rozrabiają i jak zawstydzeni pierwszą miłością siedzą na drewnianym mostku, skryci przed światem za trzcinową kotarą.

Trzeba umieć patrzeć nie tylko w gwiazdy, ale i blisko, bliziutko.

Przekrój mózgowia i przekrój kapusty są zastanawiająco podobne i u jednych z czasem podobieństwo przechyla się na stronę mózgowia, a u drugich na stronę kapusty.

Nic nie można na to poradzić, kiedy ktoś przestanie kogoś kochać? Czy nie ma takiego słowa, zaklęcia, które mogłoby to wszystko cofnąć?

Jak żyć w tym świecie i czego szukać? Trzeba by chodzić z czarną opaską na oczach, żeby być szczęśliwym. Najlepiej nie myśleć, nie patrzeć, nie przyglądać się, nie czytać gazet, nie oglądać telewizji; albo wziąć wielgachną łopatę i przekopać ten świat wzdłuż i wszerz.

Czasami wydaje się, że człowiek już wszystko osiągnął, a on sobie zadaje pytanie: »Jak to, to wszystko«? I czuje, że go nic nie cieszy, ani kolory, ani zapachy. I jeśli zdarzy się coś, że zieleń znowu staje się zielenią, a słońce – słońcem, to ryzykuje. Szuka czegoś więcej.

Jednak człowiek ogarnięty zewnętrznie trochę lepiej czuje się wewnętrznie, choćby się wiedziało, że flejtuchostwo to tylko demonstracja, a nie głębokie umiłowanie nieróbstwa.

W znajomości naszych błędów tkwi nasza siła.

Kto nie ma materialistycznego poglądu na świat, tego się nie bierze pod uwagę, ten od razu wylatuje z konkurencji.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Literatura, Literatura | Dodaj komentarz

Tarta agrestowa z kremem z białej czekolady

Zawsze powtarzam, że lato kojarzy mi się z tartami i na podtrzymanie tego stwierdzenia tym razem proponuję przepis na tartę agrestową, bo takiej tutaj jeszcze nie było (a kilka już jest: zwłaszcza polecam truskawkową z serem, czereśniową i tartę NIEBO, czyli jagodowo-bezową): kruchy maślany spód wypełniony kwaskowatą masą na bazie czerwonego agrestu zagotowanego z galaretką i śmietankowymi budyniami oraz dla kontrastu słodki, lekki, aksamitny krem z białej czekolady i ubitej kremówki.

Agrest jest kapryśnym owocem, ale tutaj wypada wzorowo 😉

To genialna propozycja na tak upalne dni jak dzisiejszy, bo tarta jest bardzo orzeźwiająca – najlepiej smakuje schłodzona!

Przepis na tartę agrestową z kremem z białej czekolady (forma do tarty o średnicy 25 cm) (Przepis na spód pochodzi z bloga: http://gotowaniecieszy.blox.pl/html, a na masy ze stronki: https://gotujmy.pl/tarta-z-agrestem-i-kremem-czekoladowym,przepisy-agrest-przepis,244898.html)

Składniki:

Ciasto:

  • 1 i 2/3 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 1/3 szklanki cukru
  • 100 g masła
  • 1 duże jajko
  • 1 łyżka śmietany 18%

Masa agrestowa:

  • 800 g agrestu
  • 0,5 szklanki cukru
  • 2 szklanki wody
  • 1 galaretka agrestowa
  • 2 budynie śmietankowe

*w wersji wege galaretka z agarem

Krem z białej czekolady:

  • 1,5 szklanki śmietany 30%
  • 100 g białej czekolady
  • 1 łyżeczka agaru (lub żelatyny)
  • 2 łyżki wody

Sposób przygotowania:

Podane składniki zagnieść do momentu aż powstanie kula. Ciasto rozwałkować, wyłożyć nim wcześniej wysmarowaną masłem i oprószoną bułką tartą formę na tartę, ponakłuwać widelcem i schłodzić w lodówce przez 2h.

Po upływie wskazanego czasu ciasto przykryć papierem do pieczenia, który należy obciążyć kulkami ceramicznymi, ryżem lub fasolą (by nie urosło podczas pieczenia). Wstawić do nagrzanego na 190°C piekarnika na 20 minut, potem zdjąć obciążenie oraz papier i piec kolejne 15 minut (musi się zarumienić z wierzchu).

Upieczone ciasto odstawić do całkowitego wystudzenia.

W tym czasie należy przygotować masę agrestową: agrest pozbawić szypułek i ogonków, wrzucić do garnka, zasypać cukrem, wlać 1 szklankę wody – podgrzewać na małym ogniu aż się rozpadnie. Potem wsypać galaretkę i mieszać do momentu rozpuszczenia. Na sam koniec wlać rozrobione w drugiej szklance wody budynie – gotować do zgęstnienia.

Jeszcze gorącą masę agrestową przelać na podpieczony spód – odstawić do wystudzenia i zabrać się za przygotowywanie kremu z białej czekolady: agar zalać wodą, wymieszać i odstawić na chwilę do napęcznienia. 1 szklankę śmietany podgrzać, zestawić z palnika, wrzucić do niej połamaną na kostki białą czekoladę, chwilę odczekać, wymieszać na gładki sos. Agar ustawić na palniku i podgrzać króciutko, tylko by się rozpuścił – połączyć z rozpuszczoną w śmietanie czekoladą. Pozostałą śmietanę ubić na sztywno i wmieszać delikatnie w wystudzoną masę czekoladową.

Krem umieścić na masie agrestowej: można po prostu wylać i porobić wzorki szpatułą zakończoną ząbkami lub wycisnąć ze szprycy zakończonej tylką w kształcie gwiazdy.

Schłodzić.

Zaszufladkowano do kategorii Owocowe, Przepisy, Przepisy, Tarty | Dodaj komentarz

W krzywym zwierciadle własnego postrzegania – „Jestem taka piękna!” w reż. Abby Kohn i Marca Silversteina

W niedzielne, delikatnie zachmurzone i muśnięte wiatrem popołudnie, wybrałam się do ulokowanego nieopodal szumiącego strumyka kina na film, już można wywnioskować po krótkim opisie, reprezentujący tak głupi humor, że aż sama nie mogłam w to uwierzyć, że idę, ale poszłam i… BYŁO ŚMIESZNIE, naprawdę. I motywująco. Aż sama jestem w szoku, że mnie to rozbawiło (bo mnie mało co bawi), ale tak się stało, więc jeśli ktoś waha się odnośnie granej aktualnie komedii „Jestem taka piękna!”, w reż. Abby Kohn i Marca Silversteina, to nie ma się co zastanawiać, tylko kupić bilety, zasiąść i obejrzeć, bo te 2 godziny upłyną w tempie błyskawicznym i roześmianym (co prawda raz jest to śmiech bardziej swawolny, a raz bardziej gorzki, jednak dzieje się tak wtedy, gdy ogólne przesłanie weźmie górę nad dowcipem sytuacyjnym).

Jeszcze przed wkroczeniem na salę chwila w „Lodomanii”, a tam lody truskawkowe, z sosem truskawkowym i truskawkami oraz zimna kawa „Tropicana” z białą czekoladą i Malibu.

A już na sali opowieść o zakompleksionej Renee Barrett (Amy Schumer), która na co dzień tkwi ukryta w podziemnym biurze kosmetycznego koncernu, w towarzystwie małomównego Masona (Adrian Martinez), co zupełnie nie sprawia jej satysfakcji, ponieważ marzy o pracy na głównej recepcji przy słynnej nowojorskiej Piątej Alei, jednakże niepewność wynikająca z nadprogramowych kilogramów skutecznie ją zniechęca (zarówno do ubiegania się o nowe stanowisko, jak i cokolwiek innego). Któregoś dnia postanawia schudnąć i w tym celu wybiera się na zajęcia do klubu fitness, a tam zahipnotyzowana gadaniną motywatorki tak intensywnie pedałuje na rowerku, że z niego spada i przydzwania głową w ten stojący tuż obok. Po odzyskaniu przytomności widzi się zupełnie inaczej niż dotychczas: ma wrażenie, że jest po prostu przepiękna! Rozbrajająco zachwyca się nad brzuchem, twarzą, pupą, udami, ramionami, a ten zachwyt daje jej ogromną pewność siebie, radość, chęci i moc do zmian; coś, co wydawało się niemożliwe od teraz stoi otworem, bo według siebie ma wdzięk, klasę i super szczupłą figurę, czyli wszystko, co gwarantuje w jej mniemaniu sukces. W ten oto sposób zamienia się w duszę towarzystwa, przekracza stawiane sobie wcześniej granice (chociażby bierze udział w konkursie na miss bikini, zagaduje do mężczyzn, staje się mistrzem ciętej riposty) i z uśmiechem na twarzy zdobywa nową posadę, świetnego, troszkę nieśmiałego, sympatycznego, od czasu do czasu tańczącego zumbę faceta Ethana (Rory Scovel), a nawet staje obiektem fascynacji Granta (Tom Hopper) – wnuka właścicielki firmy i ulubienicą swojej idolki – Avery LeClaire (Michelle Willams), którą wyzbywa uprzedzenia do piskliwego głosu, jednocześnie przekonując się, że widziane jej oczami osoby idealne również mają kompleksy. Niestety ta dobra passa nie trwa wiecznie, bo gdy niefortunnie uderza się pod prysznicem, czar pryska: znowu zaczyna postrzegać się jako grubą i brzydką, czyli gorszą i niezdolną do niczego; taką, która na nic nie zasługuje, do niczego się nie nadaje. Aczkolwiek ostatecznie, z pomocą przyjaciółek, chłopaka i rozsądnych przemyśleń zaczyna rozumieć, że tak naprawdę uroda nie gwarantuje sukcesu, lecz robi to nastawienie: do siebie i całego świata.

Do moich ulubionych scen zaliczam:

  1. Dzikie szaleństwo wynikające z pierwszego zerknięcia w lustro zaraz po urazie głowy
  2. Szczera, wręcz astronomiczna uciecha, gdy podąża do wytęsknionej pracy (ta chwila, kiedy to idzie pośród ludzi, wystrojona w różową miniówę i żółte buty, z ręką uniesioną ku górze)

Z kolei zirytowało mnie, że:

  1. Pogardliwie spojrzała na skromnie wyglądającą kobietę, która przyszła do studia urody i skierowała swoją uwagę na tę ładniejszą
  2. Zostawiła długoletnie koleżanki i poleciała na imprezę z tymi nowymi, bo wydały jej się bardziej atrakcyjne, wpasowujące w pożądane kanony urodowe

bo to świadczy o tym, że powab zaczynał dawać jej świadomość lepszości, a to nie tędy droga.

„Jestem taka piękna!” to taki wakacyjny, zarażający energią film, w którym w sposób humorystyczny pokazano, iż negatywne ustosunkowanie do siebie samego hamuje możliwości i unieszczęśliwia.

Nie szukam więc tutaj wad czy szczególnych wzniosłości, bo ma być lekko i jest lekko.

W podobny sposób zaryzykowałam biorąc się za”Babcię Gandzię”, „Złe mamuśki” i „Starsza pani musi zniknąć”, ale tak w tamtych, jak i w tym przypadku: opłacało się 😉

Trzeba mieć na uwadze, że jak się coś da zmienić, to należy to zmienić, jeśli ma to ułatwić funkcjonowanie, ale jak się z jakichś powodów nie da, to trzeba przestać się zatruwać, zaakceptować i po prostu żyć, bo życie jest tak krótkie, że szkoda czasu.

Normalność jest fajna, a wydumane stereotypy iluzoryczne i krzywdzące.

A ludzie, ludzie i tak będą gadali, i niech gadają – olać ich i robić swoje.

Nie można pozwolić, by jacyś aroganci niszczyli człowiekowi jego osobiste życie i osobiste poczucie wartości, bo tylko sfrustrowani bawią się w chamstwo, bowiem szczęśliwi dzielą się szczęściem, a sfrustrowani frustracją.

 

źródło ilustracji: https://www.filmweb.pl/film/Jestem+taka+pi%C4%99kna-2018-789768

źródło ilustracji: https://film.wp.pl/jestem-taka-piekna-filmy-na-poprawe-humoru-6267967653120129g

źródło ilustracji: https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/film/1753458,1,recenzja-filmu-jestem-taka-piekna-rez-marc-silverstein-i-abby-kohn.read

źródło ilustracji: http://www.kinomax.info.pl/jestem-taka-pi%C4%99kna-0

źródło ilustracji: http://viva.pl/kultura/film/lp/jestem-taka-piekna/

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Film | Dodaj komentarz

Drożdżowe twisty z serem i agrestem

Jak już jestem przy drożdżówkach i przy owocach sezonowych, to dzisiaj serwuję bardzo, bardzo wyrośnięte bułeczki drożdżowe w kształcie twistów, nafaszerowane słodką masą serową i kwaśnym agrestem – to połączenie smakuje po prostu cudownie.

Mięciutkie, puszyste i orzeźwiające! 😉

Przepis na drożdżowe twisty z serem i agrestem (12 sztuk) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty; pomarańcze zamieniłam na agrest)

Składniki:

Ciasto:

  • 4,5 szklanki mąki pszennej (chlebowej lub tortowej)
  • 10 g suchych drożdży (lub 20 g świeżych, z których najpierw trzeba wykonać rozczyn)
  • 1/4 szklanki cukru
  • 90 g masła (roztopionego i lekko przestudzonego)
  • 180 ml maślanki
  • 3 duże jajka
  • 0,5 łyżeczki soli

Masa serowa:

  • 80 g twarożku – typu „Philadelphia” lub półtłustego (niekoniecznie musi być zmielony)
  • 40 g miękkiego masła
  • 1 żółtko
  • 2/3 szklanki cukru

Dodatkowo:

  • agrest
  • 1 jajko wymieszane z 1 łyżką mleka

Sposób przygotowania:

Mąkę wymieszać z suchymi drożdżami, dodać resztę składników, wyrobić ciasto, uformować w kulę i odstawić w misce oprószonej mąką pod przykryciem na 1,5 h.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz krótko wyrobić, rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30×40 cm, posmarować nadzieniem serowym (zmiksować wszystkie składniki) – pominąć brzegi – zwinąć w rulon wzdłuż dłuższego brzegu, dokładnie skleić, pokroić nożem na 12 części (powstaną ślimaczki), każdego ślimaczka delikatnie rozciągnąć i skręcić na kształt ósemki – tak uformowane bułeczki poukładać na blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia, w dużych odstępach, i pozostawić do podwojenia objętości na 30-40 minut.

Następnie w wypełnione serem szczeliny powciskać pozbawiony ogonków i szypułek agrest, a z wierzchu posmarować jajkiem wymieszanym z mlekiem.

Piec około 22-35 minut, w temperaturze 180°C (wstawić do nagrzanego piekarnika)

Wyjąć. Wystudzić.

Zaszufladkowano do kategorii Bułki słodkie, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

Bułeczki drożdżowe z masą kokosową i morelami

Uwielbiam pracować z ciastem drożdżowym (kocham je za zapach i konsystencję; zarówno przed, jak i po upieczeniu), więc gdy postanowiłam upiec coś z morelami (lubię w sezonie wykorzystać konkretny owoc choć raz w wypiekach), to wybór padł właśnie na drożdżówki: ogromne, puszyste, mięciutkie, z chrupiącą, złocistą skórką, wypełnione słodką masą kokosową (ja akurat użyłam gotowej z puszki), w którą jest wtopiona połówka moreli – coś wspaniałego 😉

Zachęcam również do spróbowania tych tart:

  1. Tarta z budyniem waniliowym i morelami
  2. Tarta z konfiturą, kremem, morelami i białą czekoladą

Przepis na bułeczki drożdżowe z masą kokosową i morelami (12 dużych sztuk)(przepis na ciasto pochodzi z bloga: https://codojedzenia.pl/; dodałam jajko, masę kokosową, usunęłam suszone morele i chipsy kokosowe)

Składniki:

Ciasto:

  • 700 g pszennej mąki pszennej (tortowej)
  • 12 g suchych drożdży (lub 25 świeżych, ale z nich najpierw trzeba wykonać rozczyn)
  • 90 g cukru kokosowego lub trzcinowego
  • 1 duże jajko
  • 350 ml letniego mleka (podgrzanego do około 40ºC)
  • 100 g rozpuszczonego i lekko przestudzonego masła
  • szczypta soli

Dodatkowo:

  • 1 puszka gotowej masy kokosowej
  • świeże morele
  • 1 jajko wymieszane z 1 łyżką mleka

Sposób przygotowania:

Mąkę wymieszać z suchymi drożdżami, dodać resztę składników, wyrobić ciasto, uformować w kulę i odstawić w misce oprószonej mąką pod przykryciem na 1,5 h.

Po upływie wskazanego czasu ciasto krótko wyrobić i podzielić na 12 równych części – z każdej uformować kulkę i odstawić na 30 minut, przykryte wilgotną ściereczką, do ponownego wyrośnięcia.

Po tym czasie, używając szklanki z szerszym dnem, zrobić w każdej bułeczce wgłębienie (prawie do samej blachy), do wgłębienia nałożyć po czubatej łyżce gotowej masy kokosowej i wcisnąć połówkę moreli.

Brzegi posmarować jajkiem wymieszanym z 1 łyżką mleka.

Piec około 15-20 minut, w temperaturze 200°C (wstawić do nagrzanego piekarnika; bułeczki muszą się zezłocić z wierzchu).

Wyjąć. Wystudzić.

Zaszufladkowano do kategorii Bułki słodkie, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

„Kwintesencja błogości może zostać zrozumiana wyłącznie przez istoty tej samej płci” – „Teleny” autorstwa Oscara Wilde’a

Spienione morze chmur miota nadniebnymi syrenami, które jednocześnie w strachu i amoku gubią migoczące łuski ze swoich ogonów, wplatając je wśród gęste strugi szafirowego deszczu (to to wrażenie barwnych błysków widziane między drobnymi kroplami).

Rozbrzmiewa burza nad odległymi wierzchołkami łagodnych gór niczym pochrząkiwania usadowionego w bujanym fotelu, z kraciastym kocem na kolanach, starszego pana, któremu zaschło w gardle od opowiadania ciekawych, nieznanych nikomu historii i magicznych legend.

Świat pochował motyle i stracił swoje poranne kolory, bo przypomina teraz czarno-białe zdjęcie zalane bezcukrową herbatą.

A cały ten obłąkany pięknem koncert trwał zaledwie chwilę, ale wystarczył, by wszczepić w Duszę tęskne odczucie.

Zabieram psy i przekręcam dwukrotnie klucz starego zamka.

Wkraczam do rozświetlonego słońcem letniego królestwa, gdzie zielone trawiaste dywany tłumią wszelakie dźwięki. Po lewej mam szałwię i ostrożeń, a nad głową korale jarzębiny. Trwam w rozpuście emocji i ciepłym błękicie rozmarzenia. Mam rozszalałą wyobraźnię.

Przeczytałam kolejną po „Portrecie Doriana Graya” książkę kontrowersyjnego literata, skandalisty, „krańcowego estety”, posiadającego własny mit Oscara Wilde’a – tym razem „zakazaną”, zbyt śmiałą, a chodzi o dzieło „Teleny”, czyli anonimową powieść o znacznym ładunku erotycznym, tyle że jest to ładunek homoseksualny i to bodaj szokuje, choć nie powinno, ponieważ homoseksualizm nie był w tamtym okresie jakimś niepospolitym tematem w pisarstwie – tym bardziej nie powinien być teraz, no ale…

Do dnia dzisiejszego trwa dyskusja nad tym, czy książka w ogóle wyszła spod pióra Wilde’a (wskazuje na to zmysłowy, elegancki, pełen ładunku dramatycznego i drobiazgowości styl, obecność epigramów i aforyzmów, pojawiających się w jego innych tekstach, odniesienia do jego biografii, poruszanie ulubionych tematów, pouczenia moralne), czy był on tylko jednym z autorów tego dzieła (z kolei o tym świadczy to, że strukturalnie książka jest chaotyczna, wyjątki, fragmenty akcji, niewiele mają do czynienia ze strukturą powieści, punkt kulminacyjny jest zaskakującą kombinacją tematów, osiągniętą poprzez narracyjną logikę i nieuchronność, które zawodzą przy podstawowej epizodycznej strukturze, ostatni rozdział pozostawia wiele luźnych dygresji, niektóre epizody są pozbawione związku, zróżnicowana jakość – od napuszenia do udanej zmysłowości, a poszczególne edycje zawierają parę drobnych niekonsekwencji: dowolna interpunkcja, różna pisownia, sprzeczność punktów widzenia, luki i wstawki prowadzące do przeoczenia tematu).

Akcja rozgrywa się w latach 70-tych XIX wieku, w wersji angielskiej jest umieszczona w Paryżu, a w paryskiej w Londynie.

To historia miłości dwóch młodych mężczyzn: Kamila Des Grieux’a i René Teleny’ego, opowiedziana przez tego pierwszego bliżej nieokreślonemu narratorowi, która rozpoczyna się w teatrze, na koncercie dla celów dobroczynnych – udaje się tam wraz z będącą protektorką imprezy matką, gdzie Teleny gra na fortepianie lekką, uroczą i prostą melodyjkę niczym upudrowana dama w sukni z żółtego jedwabiu, flirtująca zza wachlarza, a potem dziką, mistyczną, pełną żaru i pasji węgierską rapsodię, rozniecając u Kamila zmysłowe doznanie, wywołane myślą, że dotyka jego skóry – to tak bardzo podniecało system nerwowy, że intensywność owej niedorzecznej przyjemności zrazu wywoływało miłe otępienie na całym ciele, które potem, jako że nie ustępowało, przemieniało się w tępy ból.

Czar urody pianisty, który był dość wysokim, szczupłym młodzieńcem w wieku około 24 lat. Jego krótkie i falujące włosy – w stylu, który wylansował ten aktor Bressan – miały popielaty odcień (…) jasność jego włosów mocno kontrastowała z ciemnymi brwiami i krótkim wąsikiem. Cera posiadała ową ciepłą, zdrową bladość, która jest charakterystyczna dla artystów w okresie ich młodości. Oczy miał granatowe, choć powszechnie uważano, że były czarne. Aczkolwiek zdawały się zawsze spoglądać ufnie i pogodnie, wnikliwy obserwator potrafiłby dojrzeć w nich wyraz głębokiej powagi i lęku, jak gdyby dostrzegały jakąś przerażającą, mglistą wizję (…) nie miał wzroku, który można by nazwać hipnotyzującym. Jego spojrzenia były o wiele bardziej marzycielskie niż świdrujące (…) Nie miał ponurego czy chmurnego usposobienia – był tylko bardzo przesądny (…) był nadzwyczaj ładny, i to w pewien osobliwy sposób, inaczej niż uderzająco przystojny. Ponadto jego styl ubierania się, aczkolwiek zawsze nienaganny, był odrobinę ekscentryczny (…) Jak na mężczyznę miał skończenie piękne dłonie, raczej duże niż drobne, mocne, a mimo to delikatne, z długimi szczupłymi palcami, tak że jego uścisk był pewny i silny zarazem staje się nie do przezwyciężenia, gdy tamten rzuca mu przeciągłe, senne spojrzenia; ogarnia go uczucie jakby z oberwanej chmury sypały się rubiny oraz szmaragdy.

Wsłuchując się w błogą, acz rozgorączkowaną melodię, młodzieńca nawiedzają wizje, które zresztą pojawiają się jeszcze kilkukrotnie i w rezultacie okazują się prorocze (od początku łączy ich również coś na zasadzie telepatii – „nić sekretnego przywiązania”), z kolei po wycieńczającym i wprowadzającym w trans występie poznają się w zielonym salonie, a moc wzroku przyciąga ich do siebie, dlatego też udają się na wspólny spacer, na którym Teleny wręcza Kamilowi bukiet białych heliotropów, by zawsze o nim pamiętał i śnił.

Po rozstaniu Kamila dręczy chorobliwy stan, objawiający się niepewnością, niepokojem, czymś podobnym do tęsknoty za ojczyzną, lecz z niesprecyzowanymi pożądliwościami, poczuciem ogromnej samotności, opuszczenia, niemalże ograbienia – miał za złe muzykowi, że go tak omamił, co skutkowało pogardzaniem sobą, swoją błazenadą (był zbity z tropu i zastraszony) i doznawaniem odrazy do całego rodu niewieściego, co powodowało ogromne wyrzuty sumienia (uznawał, iż jego uczucia są wynaturzeniem oraz grzechem): chciał o nim zapomnieć, wyjechać z miasta, nawet rzucić się w ramiona 16-letniej pokojówki, wmawiał sobie obojętność, jednocześnie śledząc tamtego.

Podczas jednej z takich przechadzek zrozpaczony Kamil  postanawia rzucić się w odmęty lodowatej, szemrzącej rzeki, wtem pojawia się Teleny, chwyta go w ramiona, wsadza do dorożki i wiedzie do swojej rezydencji – tam przeżywają pierwszą, porywającą, namiętną noc, co wypełnia ich szczęściem i kojącą ufnością – odtąd stają się nierozłączni.

Jednakże po pewnym czasie Teleny’emu coś zaczyna leżeć na sercu, sprawia wrażenie odległego, zaczyna napomykać o przeznaczeniu i losie, o natychmiastowym wyjeździe do Hiszpanii lub Włoch; prawda okazuje się okrutna, bowiem poprzez nadmierną rozrzutność narobił sobie długów, w efekcie nachodzą go wierzyciele, a ten, chcąc się z nich wyplątać, zaczyna potajemnie sypiać z matką Kamila, która obiecała je spłacić (to kobieta w wieku 37-38 lat, niesamowicie atrakcyjna, ale lekko się prowadząca – choć trudno zaliczyć ją do bardzo młodych, to wcale nie była przez to mniej godna podziwu. Jej uroda posiadała urok rozkwitłej róży, a rozkosz, którą potrafiła rozdzielać, przypominała cudowną woń rozsiewaną przez ten czerwony kwiat w najpełniejszym rozkwicie, ową błogość, którą pasące się miodem pszczoły wiedzie na zatracenie. Ciało Afrodyty było stworzone, by obdzielić rozkoszą nie tylko jednego mężczyznę, jako że stworzona była przez przyrodę na kapłankę Wenus; co zresztą prawdopodobnie doprowadziło jej dużo starszego małżonka do śmierci w obłąkaniu). Kierowany dziwnym przeczuciem Kamil, mimo zapewnień kochanka o wyjeździe na koncert, udaje się nocą do jego domu, a tam zastaje go z własną matką – zazdrość zamienia się w udrękę, czuje się wyklęty jak Kain albo jak Wieczny Wędrowiec, aczkolwiek bezgraniczne uczucie popycha go do ponownych odwiedzin u Teleny’ego, którego zastaje na wpół wyciągniętego na niedźwiedziej skórze ze sztyletem wbitym w pierś – popełnił samobójstwo.

„Teleny” to krótka powieść (158 stron – Wydawnictwo Softpress), ale wręcz buzująca od konwulsji, dreszczy emocji, oślepiających błyskawic, wewnętrznego ognia, drżeń, dygotów, pieszczot, łaknących warg, postrzępionych nerwów, zatopionych zmysłów, gwałtownych spazmów, pojękiwań, fali rozkoszy, paroksyzmów erotycznego szaleństwa, obłąkańczego delirium i rozszerzonych oczu, wszakże można tu znaleźć również klasyczne aluzje, porównania z Biblią, sporo cytatów z innych dzieł, szeroki kontekst historyczny oraz kulturalny.

To historia karmiąca wyobraźnię, jednak wyłącznie osób otwartych na tego typu tematykę – wyzbyci tolerancji kompletnie nie powinni po nią sięgać, bo pewnie się zirytują i otrząsną z obrzydzenia (no chyba, że sami się zdziwią, że te opisy podziałają na nich pobudzająco; w co szczerze wątpię).

Są tu ponoć najpopularniejsze i najlepiej napisane sceny erotyczne we współczesnej literaturze gejowskiej.

Jest pierwszą nowoczesną powieścią gejowską i zasługuje, by być traktowaną jako pozycja klasyczna.

Mnie się ta książka podobała, zwłaszcza dlatego, że jest to wielce zadziwiająca opowieść o namiętności; przy opisie scen, przekraczających najdziksze wyuzdanie, kulturalny styl autora dodaje narracji jeszcze więcej pikanterii (…) to doskonała afirmacja fizycznej miłości mężczyzny z mężczyzną.

Mimo wszystko scena z butelką ( rozdrażniła mnie wynikająca z lubieżności głupota: wepchnięcie butelki w odbyt dla chwili upojenia, co kończy się śmiercią, bo ona w ostateczności pęka; już te orgie u Briancourta mnie kompletnie nie ruszyły, a ten jeden urywek zwyczajnie… zabił) i pobyt w burdelu (tutaj ohydny opis prostytutek) nie tyle mnie zszokowały, co odstręczyły.

*cytaty pochodzą z przedmowy, którą napisał John McRae

W każdym artyście tkwi w znacznym stopniu szaleniec.

Fizjolodzy twierdzą, że człowiek zmienia się co siedem lat, lecz ludzkie pasje zostają ciągle te same. Można je dławić, ale nadal skrycie wzbierają w piersiach i jeśli nie znajdą ujścia, charakter z pewnością nie ulegnie poprawie. Człowiek coś tylko przed sobą udaje i oszukuje innych, zachowując się nienaturalnie.

Opłaci się żyć tylko tak długo, póki życie sprawia przyjemność.

Cnota to słodki smak brzoskwini, a grzech to kropelka kwasu pruskiego w pestce, przydającego cudownego aromatu. Życie pozbawione obu tych rzeczy przestaje mieć sens.

Pocałunek jest czymś więcej niż pierwszym zmysłowym kontaktem dwóch ciał – to oddech dwóch zakochanych dusz. Ale morderczy pocałunek, przeciwko któremu człowiek się wzbrania i walczy, po długim okresie tęsknoty, jest czymś więcej. W swej dojrzałej słodyczy smakuje jak zakazany owoc, jest żarzącym się węglem na wargach, cierniem, który wpija się głęboko, a krew zamienia na stopiony ołów czy wrzącą rtęć.

Przysięga to obietnica warg, którą można złamać i która faktycznie często jest łamana.

Wdzięczność jest bowiem niesamowitym balastem naszej natury.

Współczucie nie jest jednak żadną miłością, podobnie jak sympatia nie zastąpi zmysłowego pożądania.

Nic bowiem nie czyni ludzi tak przesądnymi, jak występek. Albo ignorancja. Ach, to już zupełnie inna odmiana przesądu.

Nigdy nie powinieneś popadać w przesadę i sądzić ludzi, zanim ich dobrze poznasz.

Nawet jeśli społeczeństwo nie wymaga od kogoś, żeby był dogłębnie dobrym człowiekiem, to przynajmniej każe udawać moralność, a przede wszystkim unikać skandali.

 

Niezwykle podoba mi się zawarta tu charakterystyka ludzkich dłoni:

Ręce wielu ludzi posiadają jakby własną temperaturę. Jedne w środku zimy są ciepłe i rozpalone, drugie zaś zimne i lodowate podczas największych upałów. Niektóre są suche i wychudzone, inne stale wilgotne, klejące się i oślizgłe. Bywają dłonie mięsiste, pulchne, muskularne albo i chude, kościste, szkieletowate. Ich uścisk bywa czasami mocny jak chwyt imadła, czasami zwiotczały jak szmata. Istnieje ponadto sztuczny wytwór naszej współczesnej cywilizacji, deformacja w rodzaju stopy Chinki, dłoń za dnia stale wtłoczona w rękawiczkę, nocą często natarta balsamem i wypielęgnowana przez manicurzystę, biała jak śnieg, o ile nie chłodna jak lód. Mała, próżniacka rączka, która z pewnością wzdrygnęłaby się przed dotykiem stwardniałej, chudej, ogorzałej i zabrudzonej ręki robotnika, która pod wpływem ciężkiej, ustawicznej pracy staje się nieomal łapą. Niektóre ręce są powściągliwe, inne obmacują cię bezwstydnie. Uścisk niektórych jest obłudny i stale próbuje coś udawać. Istnieje też aksamitna, namaszczona, księżowska, dłoń oszusta, otwarta rozrzutnika, zaciśnięta w pięść lichwiarza. Jest też magnetyczna dłoń, której tajemnicze powinowactwo oddziałuje na ciebie, a sam jej dotyk podnieca twój system nerwowy i napełnia cię rozkoszą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Literatura, Literatura | Dodaj komentarz

Bułki do burgerów

Na zewnątrz monotonne kap, kap, kap, a krajobraz widziany jakby zza pokrytego sadzą szkiełka.

Deszcz wypełnił wszystkie zagłębienia gruntu.

Niebo ma bladosine zabarwienie, jak gdyby ktoś się pomylił i do białego prania wrzucił czarną koszulkę, a ślimaki zbyt dzielnie przechodzą na drugą stronę chodnika – chyba czują się nieśmiertelne; podobnie jest z ludźmi.

Chłód dyryguje nastrojem i modą.

Na powiekach przysiadł mi sen, ale to nie najgorsze: najgorsza jest zmęczona Dusza.

Miałam dodać recenzję książki, jednak wyciągnęłam z piekarnika tak smaczne bułki do burgerów, że aż egoistycznie się tym przepisem nie podzielić; celowo użyłam słowa burger, bo ja akurat mam na myśli wegeburgera (na przykład z „kotletem” z ciecierzycy, buraka, kaszy jaglanej, czerwonej fasoli, batata, marchewki, kalafiora, zielonego groszku, cukinii, bakłażana, szpinaku, komosy ryżowej, itp.), ale i ham i chees pewnie może być w takiej jadany, dla tych, co mogą i co lubią.

W zasadzie to nie istnieje tutaj nawet porównanie do tych sklepowych, bo od zarania wiadomo, że to domowe jest najlepsze, a te są po prostu genialne: wyrośnięte, pulchne, w środku puszyste, a z zewnątrz z chrupiącą, zarumienioną, maślaną, oprószoną sezamem skórką – a jak pachną, a jakie są sycące!

Inne przepisy na pieczywo dostępne na blogu (niestety w trakcie przenoszenia bloga niektóre zdjęcia mi się wykasowały, ale jak gdzieś je znajdę, to od razu wstawię):

  1. Odrywany chlebek z pietruszką, czosnkiem i parmezanem
  2. Ziołowe bułeczki z masłem czosnkowym
  3. Garlic knots
  4. Drożdżowe zawijańce z pomidorowym pesto
  5. Cebularze
  6. Warstwowe bułeczki w kształcie serc
  7. Wytrawne bułeczki dyniowe
  8. Nadziewane bułeczki
  9. Domowe bułki do kebabów
  10. Domowa tortilla
  11. Drożdżowe bułeczki z papryką, rzodkiewką i szczypiorkiem

Przepis na bułki do burgerów (6 sztuk) (Przepis pochodzi z bloga: https://nietylkopasta.pl/)

Składniki:

  • 500 g mąki pszennej (tortowej)
  • 7-8 g suchych drożdży lub 15 g świeżych
  • 150 ml mleka
  •  150 ml wody
  • 2 łyżeczki cukru
  • 2 łyżki masła
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 jajko

Dodatkowo:

  • 1 łyżka roztopionego masła
  • 1 jajko wymieszane z 1 łyżką mleka
  • ziarna sezamu (do oprószenia)

Sposób przygotowania:

Masło roztopić i odstawić do wystudzenia.

Mąkę wymieszać z suchymi drożdżami, solą oraz cukrem. Następnie wlać mleko, wodę, dodać jajko oraz masło – ze składników wyrabiać ciasto do momentu aż stanie się miękkie i elastyczne, po czym włożyć do oprószonej mąką miski i odstawić pod przykryciem w ciepłe miejsce na 40 minut.

Po upływie wskazanego czasu ciasto podzielić na 6 równych części i uformować z nich okrągłe bułeczki – ułożyć je w sporych odstępach na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i odstawić do ponownego wyrośnięcia na 20 minut.

Wyrośnięte bułeczki najpierw posmarować z wierzchu roztopionym masłem, a potem jajkiem wymieszanym z mlekiem. Na sam koniec oprószyć je sezamem.

Piec około 16-20 minut, w temperaturze 200°C (wstawić do nagrzanego piekarnika; upieczone są wyrośnięte i rumiane z wierzchu).

Wyjąć. Wystudzić.

Coś do posłuchania…

źródło: https://www.youtube.com/watch?v=vptD8pVww2Y

Jest tyle rzeczy o których krzyczeć chcę
przezornie milczę
by w szumie się nie zgubić
i z kalendarza zrzucam kartki dzień za dniem
by po ich tropie do siebie móc powrócić (…)

 

Zaszufladkowano do kategorii Przepisy, Przepisy, Wytrawne | Dodaj komentarz