Tartaletki z waniliowym kremem budyniowym, konfiturą, galaretką i truskawkami

No i pojawiły się pierwsze, niepakowane w plastikowe pojemniczki truskawki 😉

Słodką przygodę z nimi zaczęłam od czegoś klasycznego, ale w mniejszym wydaniu (bo za klasyk uważam tartę z budyniem waniliowym i truskawkami), a chodzi o kruche tartaletki wypełnione soczystą konfiturą truskawkową, aksamitnym, waniliowym kremem budyniowym (niby fachowo crème pâtissière, czyli cukierniczy krem francuski – jak dla mnie to trochę rzadszy, gładszy budyń), galaretką truskawkową i świeżymi truskawkami.

Schłodzone smakują najlepiej, a smakują po prostu wspaniale!

 

Inne przepisy z wykorzystaniem truskawek:

  1. Tarta truskawkowa z serem
  2. Letni torcik waniliowy z truskawkami
  3. Tort czekoladowy z truskawkami i galaretką
  4. Sernik z truskawkami i kruszonką
  5. Drożdżowe babeczki nadziewane truskawkami
  6. Kladdkaka – klejące szwedzkie ciasto czekoladowe z truskawkami i borówkami
  7. Biskwity z bitą śmietaną i truskawkami
  8. Mini torcik z paluszkami czekoladowymi oraz truskawkami
  9. Tiramisu w pucharkach z musem truskawkowym i lodami

 

Przepis na tartaletki z waniliowym kremem budyniowym, konfiturą, galaretką i truskawkami (8 sztuk o średnicy 9cm) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty; dodałam konfiturę)

Składniki:

Kruche ciasto:

  • 230 g mąki pszennej (tortowej)
  • 40 g cukru pudru
  • 130 g zimnego masła
  • 1 jajko
  • szczypta soli

Waniliowy krem budyniowy:

  • 500 ml mleka
  • ziarenka wydrążone z 1 laski wanilii lub 1 łyżeczka pasty z wanilii
  • 5 dużych żółtek
  • 85 g cukru
  • 35 g mąki pszennej (tortowej)
  • 30 g skrobi ziemniaczanej

Dodatkowo:

  • 300 – 400 g świeżych truskawek
  • konfitura truskawkowa
  • 40 g galaretki truskawkowej rozpuszczonej w 125 ml wrzątku 

*w wersji wegetariańskiej należy użyć galaretki z agarem

Sposób przygotowania:

Składniki na ciasto szybko zagnieść, uformować w kulę, owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1h.

Schłodzonym ciastem wyłożyć foremki (rozwałkować je na grubość około 3mm) na tartaletki delikatnie wysmarowane masłem i oprószone mąką pszenną – ponownie schłodzić 30 minut.

Następnie wierzch ciasta oprószyć mąką pszenną, wyłożyć na nie papier do pieczenia, a na papier wysypać kulki ceramiczne, które obciążą ciasto (może być też fasola, ryż).

Piekarnik nagrzać do 220°C, potem obniżyć temperaturę do 200°C, wstawić ciasto i podpiec je przez 10 minut. W dalszej kolejności foremki wyjąć z piekarnika, usunąć papier z obciążeniem, wstawić z powrotem do piekarnika i piec dodatkowe 7 – 10 minut (do zezłocenia i podpieczenia spodu).

Wyjąć. Wystudzić.

W tym czasie przygotować waniliowy krem budyniowy: w garnku zagotować mleko z ziarenkami wanilii, a gdy zacznie wrzeć zdjąć je z palnika. Żółtka i cukier utrzeć do białości, dodać mąkę, skrobię – zmiksować do gładkiej pasty i wlać do niej 100 ml wrzącego mleka – połączyć. Zahartowaną pastę jajeczną wlać do reszty mleka, dokładnie wymieszać i postawić na palnik – gotować, cały czas mieszając, aż do zgęstnienia. Zestawić. Przykryć folią spożywczą. Odstawić do wystudzenia.

Galaretkę rozrobić i odstawić do momentu kiedy zacznie tężeć, ale wciąż będzie płynna.

Wykonanie:

Kruche tartaletki wypełnić konfiturą truskawkową, schłodzonym kremem budyniowym, tężejącą galaretką i świeżymi truskawkami.

Schłodzić.

Przechowywać w lodówce.

Zaszufladkowano do kategorii Babeczki, muffiny, tartaletki, Owocowe, Przepisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

„Jego się nie da zmienić, na zawsze będzie zmięty i kanciasty” – „On” autorstwa Zośki Papużanki

Świat wybucha zielenią co rusz. Na moich oczach otwierają się pąki i rośnie trawa. Niebo rysuje się jasnym błękitem. Słońce przenika zza koronkowych drzew. Ptaszynki gadają jak najęte, ciesząc się wybudzoną wiosną.

Szepty. Szumy. Klekoty.

Zapach ziół.

Motyle.

I przyjemny deszcz.

A ja skryta za tym deszczem czytam mniej przyjemną niż ten deszcz książkę, bo smutną i gorzką, choć czasem zabawną – między innymi o matce niezadowolonej, ponieważ zmęczonej oraz zawstydzonej własnymi pragnieniami i wzrokiem społeczeństwa, czasem bezradnej, na pewno nie złej, tylko pogrążonej w słabościach, która chciała i nie chciała, ale kochała mocno i tuszowała tym wewnętrzne podenerwowania, czyli „On” autorstwa Zośki Papużanki.

I już na wstępie wspomnę, że zachwyciła mnie językiem, stąd posłużę się wieloma fragmentami, bo tego nie da się opisać, to trzeba poczuć – ja poczułam.

To portret „Śpika” (tak został nazwany w pierwszy dzień szkoły, bo mu śpik wisiał z nosa aż do kołnierza koszuli, jednak śpikowatość jego już była w nim zaczajona, ukryta i tylko czekała na wydobycie jej na światło dzienne przez sprytnego Kowalskiego, którego nie dało się przezywać, bo się nazywał Kowalski), który nie jest tym wyśnionym dzieckiem (prawdopodobnie urodził się z zespołem Aspergera), jako że mało mówi, jest naiwny (nieświadomie daje się wykorzystywać i namawiać do łobuzerstwa), niezdarny (gubi i niszczy różne rzeczy, potyka się), źle się uczy (łapie same „łabędzie”), ma problemy z zasypianiem, kojarzeniem, rozumieniem, zapamiętaniem nawet najprostszego wiersza, nie chce się bawić, chodzić do kościoła, nic go nie ciekawi, tępo patrzy, przygłupio uśmiecha, lubi tylko bezwiednie kręcić się na karuzeli (na huśtawce nie potrafi się huśtać), patrzeć przez okno i jeździć tramwajem (bo fajnie kołysa), co przerzuca się na niesamowitą umiejętność, jaką jest znajomość, co do minuty, absolutnie wszystkich rozkładów jazdy na każdym przystanku, co zapewne pozwala mu jakoś uporządkować prywatny świat, bo w tym ogólnym kompletnie się nie odnajduje i chyba nawet nie ma ochoty tego robić – jest wyalienowany, niemniej jednak po swojemu szczęśliwy, a bez dwóch zdań autentyczny, dobry, nie mający żadnych oczekiwań, nie potrzebujący poklasku, nie ulegający powszechnym wzorcom i filozofiom:

Słyszał kiedyś o szczęściu i samorealizacji, ale jakie to mogło mieć znaczenie. Wszystko zapomniał. Był szczęśliwy i zrealizowany bezmyślnie. Siedział w głowie niebieskiej gąsienicy i jechał, a świat wokół niego sterczał w miejscu jak kołek w płocie i dziwił się głupiemu Jasiowi, który wszedł na szklaną górę, wyrwał pióro z ogona Żar-Ptaka i zdobył rękę pięknej królewny.

A mama głupiego Jasia stała przy oknie i płakała, bo wiedziała, że głupi Jaś sobie nie poradzi. Zje go wilk, porwie go czarodziej, znajdzie się w lesie mówiących drzew, Królowa Kier zetnie mu głowę, choćby nawet sobie poradził, to i tak sobie nie poradzi.

Śpik stanowi obiekt szkolnych i osiedlowych kpin, bo ludzie dostrzegają jego inność, w związku z tym przyklejają łatkę fajtłapy, ale nikt tak naprawdę nie zastanawia się dlaczego on taki jest, nikt nie sięga głębiej, tylko wyśmiewa to, co powierzchowne i sytuacyjne – wyłącznie matka, która ma dla zderzenia jeszcze młodsze dziecko, stara się pojąć dlaczego zachowanie syna tak dziwnie odbiega od normy; czuje, że jest z nim coś nie tak, ale nigdzie nie może uzyskać fachowej diagnozy, a z tego niezrozumienia (nawet mąż, który praktycznie w życiu domowym nie uczestniczy, bo wszyscy mieliśmy ojców z huty, żelaznych ojców wypalanych w piecach martenowskich, lekceważąco podchodzi do problemu; syn to idiota i tyle – ważniejsze jest typowanie liczb w totolotka, oglądanie pornoli i latanie do kochanicy), przygnębienia, braku pomocy miewa względem niego chwiejne nastroje i przemyślenia:

Dlaczego jesteś taki, wcale cię takiego nie chciałam, kiedy cię nosiłam w brzuchu, wyobrażałam sobie, jaki będziesz ładny i mądry, a wcale nie jesteś, jesteś głupi i brzydki. Wszystkie mamy urodziły ładnych i mądrych synów, a ja zamiast niedzielnych spacerów miałam poradnię psychologiczno-pedagogiczną, zamiast kina wieczorem – czytanie lektur na głos, żebyś cokolwiek umiał, chociaż i tak nie umiałeś, miałam wieczne podklejanie pogryzionych zeszytów, zaszywanie dziur, dyktanda dwa razy w tygodniu, nawet ó kreskowane jest wymienne, tylko ty jesteś niewymienny. Wszystkie mamy będą miały niedługo wzruszające wesela swoich ładnych i mądrych synów, potem urodzą im się ładne i mądre wnuki, a dla mnie to tępe spojrzenie, które nic nie wyraża, nic, ani złości, ani smutku, ani niepokoju, wyraża tylko wieczne trwanie, perpetuum mobile głupoty i brzydoty, nitka w kłębku, kręć się, kręć, wrzeciono, wić się tobie, wić, ta pamięta lepiej, czyja dłuższa nić, jak niekończące się tory tramwajowe, nie można wysiąść, nie ma przystanków, i  tylko ktoś nieustannie sprawdza bilety, czy jesteś gotowa, czy jesteś gotowa.

Wstyd, taki wstyd (…) urodziłam, wykarmiłam i muszę się wstydzić. I muszę za wstyd wziąć odpowiedzialność (…) Skoro wstyd mój wstydu nie ma, może nie ma wstydu (…) Ja jestem mamą i ja mam prawo decydować. I w ciążę się nie zachodzi przypadkowo, tylko z rozmysłem. Z chcenia. Jak się chciało, to trzeba chcieć cały czas z taką samą intensywnością. Raz zachciałam i chcę (…) Chcę, żeby był Śpikiem, podoba mi się bycie mamą najgorszego, uwielbiam wysłuchiwać pretensji na wywiadówkach, uwielbiam pływać wśród karcących i współczujących spojrzeń, jak go pani wychowała, no ale też trudno się dziwić, uwielbiam, jak się na mnie gapią i kończą rozmowę, gdy próbuję się wtrącić, przepadam za poczuciem wykluczenia, nigdy nie chciałam być w grupie, mile łechcze mnie niepewność, czy Pani ze Stoiska Mięsowędliny wrzeszczy dzień dobry na cały sklep, gdy mnie widzi, bo wszystkim tak wrzeszczy, czy też chce zademonstrować, jak pięknie i w sposób czysty uprawia tolerancję. Chcę, żeby był Śpikiem, na złość Pani ze Stoiska Mięsowędliny, na złość Lodówie, na złość innym dzieciom, których nie ma (…) jakie to może mieć znaczenie, skoro kocham cię takiego, jaki jesteś, i takiego, jaki będziesz, takiego cię chciałam, jesteś moim wymarzonym dzieckiem, najlepszym i najpiękniejszym, usmarkanym kretynem bez perspektyw, pryszczatym brzydalem skazanym na celibat, durniem do kwadratu, moim kochanym synkiem z tłustymi włosami, wielkimi łapami, które niczego nie potrafią zrobić, tylko gubią i psują, wszyscy się z ciebie śmieją i podpuszczają cię, a ty się szczerzysz i dajesz z siebie kpić, myśląc, że taki jest dobrze, jesteś błaznem, karykaturą dziecka, a ja muszę być karykaturą matki, kocham cię, mój śliczny brzydki synku, i to wszystko nieprawda. Wszystko bzdury. Co do słowa.

Śpik kocha pachnącą włóczką babcię, ale bezgraniczną miłością obdarza właśnie mamę, która jako jedyna stara się znaleźć do niego jakąkolwiek drogę, stara się go przeniknąć w tych jego osobliwych uwarunkowaniach – matka jest więc dla niego całym światem i każdym na tym świecie, w który on nazbyt się nie wciąga, dzięki czemu nie cierpi z wyszydzenia i wyeliminowania, tak jest mu łatwiej.

„On” to genialna, wyróżniająca sposobem przekazu powieść psychologiczno-wspomnieniowa o relacjach matka-syn, społeczeństwo-jednostka, o potępianej, bo niezrozumianej inności, w czasach, w których każdy był, bo powinien być, taki sam, o odrzuceniu, ogromnej, chociaż trudnej miłości, oddaniu, dopasowaniu, szarych schematach i wybijających na ich tle barwnych marzeniach, o obojętności, bezbronności, wadliwej rodzinie, matczynej niezłomności „matek muzealniczek”, dzieciństwie i dorastaniu. To również sentymentalny, niekiedy humorystyczny obraz pełnej przezwisk (Arabela, Bubik, Fakir, Mozart, Precel, Świerszczyk, Żyrafa, Katiusza, Rumcajs, Platfus, Lodówa, Blacha), złośliwości oraz dowcipów szkoły i wystanej w Relaksach kolejce rzeczywistości lat 80.

Zdarzają się tu momenty metafizyczne, oniryczne, bełkotliwe, przeplecione strumieniem świadomości, jakby szyfrem i charakterystycznymi odzywkami.

Historia może sprawiać wrażenie pokawałkowanej, ale to myślę dlatego, że jest bardziej wewnętrzna (głównie opowiada ją koleżanka z klasy – Chuda, sporadycznie matka) – wtedy też ciężej ją przekazać, no bo jak ten natłok wszystkiego ogarnąć? Jednak po odpowiednim skoncentrowaniu i wczuciu odnajduje się specyficzną magię – te 287 stron  (Wydawnictwo Znak Literanova) mija nie wiadomo kiedy.

Swoją przygodę z Zośką Papużanką celowo rozpoczęłam od książki „On”, bowiem jest mniej doceniana niż debiut „Szopka”, więc mam nadzieję, że jak ta mnie zachwyciła, to tamta literacko powali.

A oto moje ulubione cytaty, choć w zasadzie mogłabym tu przepisać prawie całą treść:

Ludzie się tak szybko zmieniają, a najszybciej matki.

Odpycha się człowieka szybko, a pogodzić się trudniej, potrzeba czasu, to musi trochę potrwać, po kawałku, nie oddawaj się cały naraz.

Jeśli się coś powtórzy, to staje się mocniejsze, wiesz, bardziej chcemy w to uwierzyć.

Zobacz, jeden ruch nadgarstka i cały świat się zmienia, od tego też są ręce, odrzucenie pokazuje się tak, gestem do góry, a potem rączka się odwraca i paluszkami zaprasza do swojego ciepłego, pachnącego środka, gdzie linie życia, mądrości, serca nie są jeszcze wyraźnie napisane, gdzie wszystko dopiero się staje według znanej zasady, że zasady są płynne, że kocham cię i nie chcę cię znać.

Bici biją, szczęśliwi się nie rozwijają, bo nie mają po co.

Dziecko ma w sobie prawdę, dziecko jest silniejsze od systemu.

Ja się mogę nazywać Nowak, a pani Kowalska. To zresztą nie ma znaczenia, bo to widać. Znaczenie ma to, co byśmy chcieli ukryć.

Trzeba spełniać ambicje własne i cudze, własne trzeba mieć, a cudze spełnić.

Człowiek chodzi po świecie i zdaje mu się, że jego to nie dotyczy, że nie można być przesądnym, wierzyć w takie rzeczy. Nieprawda. Ktoś zapłacić musi, tylko nie wiadomo, kto.

Czasem tak jest, że jedna chwila w życiu człowieka przesądza o jego dalszych losach.

Ludzie nie lubią, gdy się ich podsłuchuje, chcą mieć swoje historie dla siebie.

Jeśli nie można komuś spojrzeć w oczy, nie wiadomo, czy się złości, czy panikuje, czy obojętnieje, czy uodparnia się.

Przyzwyczajamy się do ludzi zbyt szybko, a przecież ich nie ma. Przyzwyczajamy się i mówimy, że kochamy. A co teraz? Kogo się teraz kocha? I kto nas kocha? Albo też żyjemy z ludźmi z poczucia obowiązku, to jest gorzej niż z miłości. Ale obowiązek też nazywamy miłością (…) latami można tak żyć i wmawiać sobie, że się tego własnie chciało.

Czasem się łudzimy, że nie zostaliśmy zauważeni albo rozpoznani, że przejdziemy mimo, opuścimy wzrok albo udamy, że szukamy czegoś na podłodze, że ktoś do nas dzwonił i trzeba szybko sprawdzić kto, wyciągnąć telefon, nacisnąć kilka klawiszy i usunąć się poza wzrok, poza wyczekujące spojrzenie (…) Dzień  dobry, dzień dobry, tak, rozpoznaję cię, choć nie chcesz być rozpoznana, i ty mnie rozpoznajesz, choć wolę pozostać nikim.

Nie można być kimś innym. Przegranego bohatera literackiego widać od pierwszej strony. Nie można nagle zmienić pomysłu na życie i pozwolić przegranemu bohaterowi wygrać. Jesteśmy zapisani, klamka zapadła, genetyka, determinizm, konwencja literacka, myślenie magiczne i życiowe obrzędy.

Zanadto od życia romantyczne strofy są odległe.

Jak się człowiek wtrąca w za duże sprawy, to sobie nie poradzi, Główny Dyspozytor Ruchu tak to urządził i już. Trzeba ze swojego miejsca zająć się tym, czym można zająć, a nie wymyślać nie wiadomo jakie zadania, świata się nie zbawi.

 

A TEN O PAZERNYM WIKARYM TO ZWYCZAJNIE KOCHAM 😀 :

Ksiądz wikary też cieszyłby się z nowej aureoli dla Skromnego Świętego, ale bardziej cieszyło go nowe tabernakulum, które ufundowali parafianie z wymienionych w kazaniu ulic i osiedli. Tabernakulum było długie jak trumna, matowe i ryte z zewnątrz w pobożne wzory, za to w środku złote i błyszczące, jakby ktoś nieustannie je polerował. Wikary powoli rozdawał komunię, powoli, żeby skończyć jako ostatni, bo powinnością ostatniego było przekładanie pustych kielichów do tabernakulum. Ksiądz wikary miał dwie zdrowe ręce, ale odnosił kielichy po jednym, żeby mieć dla siebie jak najwięcej złotych chwil; odkładał kielichy, patrzył na swoje odbicie w złotej ścianie i myślał, że bardzo mu ładnie w tym kolorze i że powinien też się postarać o aureolę, zapracować na ołtarzowe złoto cnotliwym życiem i skromnością. Miał jeszcze wiele życia przed sobą i wiele pracy; wcześnie zaczął łysieć, ale jego łysa głowa podobała mu się w złotej oprawie. Brak włosów stwarzał więcej miejsca dla złota wokół. Szkoda było rezygnować z takiego pobożnego widoku.

 

*na talerzyku wegańskie malinowe bezy

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Literatura | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Muffiny borówkowo-serowe

Na straganach zaczyna pojawiać się coraz więcej owoców, więc wypieki zyskują na barwie i soczystości 😉

Dzisiaj coś niedużego i jak to przy muffinach niezbyt pracochłonnego, ale niezmiennie uroczego, tak na kilka smakowitych, popołudniowych kęsów: puchate, mięciutkie, waniliowe ciasto z wtopionym fioletem lekko kwaskowatej borówki amerykańskiej (można zastąpić jagodami; najlepiej użyć świeżych owoców, bo mrożone zabarwią ciasto i już nie będzie takiego pięknego efektu 😉 ), nadającym mu wilgotność nadzieniem serowym, z wierzchu ozdobione bitą śmietaną.

Do wykonania już dziś, jutro i kiedy tylko najdzie ochota, bo powstają błyskawicznie!

Przepis na muffiny borówkowo-serowe (12 sztuk) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Ciasto:

  • 300 g mąki pszennej (tortowej)
  • 3/4 szklanki cukru
  • 120 g roztopionego masła
  • 2 duże jajka
  • 1 szklanka kefiru lub maślanki
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 200 g borówki amerykańskiej

Nadzienie serowe:

  • 200 g twarogu półtłustego (zmielonego trzykrotnie)
  • 1 żółtko
  • 3 łyżki cukru
  • 8 g cukru waniliowego

Dodatkowo:

  • 200 ml śmietany 30%
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 1 fix do śmietany
  • borówka amerykańska (do ozdoby)

Sposób przygotowania:

W misce umieścić roztopione masło, jajka, cukier, ekstrakt i kefir (lub maślankę) – wymieszać przy użyciu rózgi kuchennej. Następnie wsypać przesiane suche składniki – połączyć. Na sam koniec wmieszać delikatnie borówkę amerykańską.

Papilotki wypełnić do połowy ciastem, na nim umieścić pełne 1,5 łyżeczki nadzienia serowego (składniki dokładnie wymieszać) i przykryć ciastem, nakładając prawie do samej wysokości papilotki.

Piec około 25 minut, w temperaturze 170°C (do tzw. suchego patyczka).

Wyjąć. Wystudzić. Z wierzchu ozdobić śmietaną ubitą z cukrem pudrem oraz fixem i obsypać borówkami.

Zaszufladkowano do kategorii Babeczki, muffiny, tartaletki, Owocowe, Przepisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Kostka „Ferrero Rocher”

Dzisiaj propozycja na ciasto zainspirowane szykownym wyglądem i cudownym smakiem pralinek „Ferrero Rocher” – już na samym wstępie muszę wspomnieć, że jest dość pracochłonne (ale bez przesady), jednak efekt wynagradza ten przyjemny trud już po pierwszym kęsie 😉

To duże, podzielne ciasto dla całej rodziny i przyjaciół.

Jego największym atutem jest czekoladowo-orzechowy krem i wspaniały biszkopt z dodatkiem orzechów laskowych nasączony likierem orzechowym bądź rumem, ale nie byłoby go bez całej masy śmietankowego kremu, błyszczącego ganache i oczywiście samych pralinek Ferrero.

Ciasto jest aksamitne, wilgotne, delikatne, niezbyt słodkie i bardzo, bardzo eleganckie, więc przeznaczone na te szczególne okazje 😉

Przepis na kostkę „Ferrero Rocher” (forma o wymiarach 35×24 cm) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Biszkopt orzechowo-czekoladowy:

  • 120 g mąki pszennej (tortowej)
  • 40 g gorzkiego kakao
  • 200 g zmielonych orzechów laskowych
  • 8 jajek (białka i żółtka osobno)
  • 180 g cukru 
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Białka ubić ze szczyptą soli na sztywno, potem, łyżka po łyżce, dodać cukier (powinna powstać lśniąca piana), a w dalszej kolejności żółtka – zmiksować. Następnie wsypać mąkę przesianą z gorzkim kakao i zmielone orzechy laskowe – wymieszać delikatnie szpatułką.

Ciasto przelać do formy wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 40 minut, w temperaturze 170°C.

Wyjąć. Wystudzić. Przekroić na 2 blaty.

Krem Rocher:

  • 400 g serka mascarpone (schłodzonego)
  • 400 g „Nutelli”
  • 100 g mlecznej czekolady (roztopionej w kąpieli wodnej i przestudzonej)
  • 0,5 szklanki drobno posiekanych, podpieczonych orzechów laskowych

Mascarpone zmiksować z „Nutellą”, po czym wlać wystudzoną czekoladę – wymieszać. Na sam koniec dodać posiekane orzechy – schłodzić (krem musi trochę zgęstnieć).

Krem śmietankowy:

  • 500 ml śmietany 36% (schłodzonej)
  • 100 g serka mascarpone (schłodzonego)
  • 2 łyżki cukru pudru

Składniki ubić aż do otrzymania gęstego kremu.

Ganache z mlecznej czekolady:

  • 100 g mlecznej czekolady
  • 100 ml śmietany 36%
  • 1,5 łyżeczki golden syrupu (można pominąć, ale nadaje błysk polewie)

Kremówkę podgrzać z golden syrupem do wrzenia, potem zestawić z palnika, wrzucić połamaną na kostki czekoladę, chwilę odczekać i wymieszać na gładki sos.

Dodatkowo:

  • 0,5 szklanki likieru orzechowego, czekoladowego lub ciemnego rumu + 1/4 szklanki wody (do nasączenia)
  • pralinki „Ferrero Rocher” (do ozdoby)

Wykonanie:

Pierwszy blat nasączyć połową ponczu, posmarować równo połową kremu Rocher, wyłożyć krem śmietankowy, wyrównać, przykryć drugim biszkoptem, posmarować resztą kremu Rocher, schłodzić, potem oblać ganache i ozdobić pralinkami.

Przechowywać w lodówce.

 

Zaszufladkowano do kategorii Batonikowo - pralinowe wypieki, Czekoladowe, Przekładane, Przepisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Piękne trudy matyczno-córkowej relacji po tej gorszej stronie torów – „Lady Bird” w reż. Grety Gerwig

Wstałam o 4.00, ciesząc się ciemnością poranka. W pasiastym kubku zaparzyłam dużą, czarną, bezmleczno-bezcukrową kawę – połknęłam jej moc i gorzkość, ale w żadnym stopniu nie otrzeźwiłam się do końca, ale chyba tego nie chcę; nie chcę otrzeźwić się na rzeczywistość ostatecznie.

W miękkich kapciach ze snu nierealnego ponownie wsunęłam się do kuchni, by błękitną parą zalać herbatę ze śliwki i z marakui. Nie lubię marakui i ze wstrętem wspominam serki „Fantazja” z marmoladą o tym właśnie smaku, która wypełniała mały pojemniczek doczepiony do tego z naturalnym serkiem. Ale ta herbata o dziwo jest dobra i tak pięknie pachnie.

Za oknem, pośród rozkwitających zawilców, narcyzów i sasanek, rozlegają się wiosenne gadaniny ptaków, które głośno świergoczą o tym, co najważniejsze, wzmacniając ptasie spostrzeżenia gestykulacją skrzydeł.

Uwielbiam ptaki i z upojeniem obserwuję je w wycinkach świata bezkresnego i zamkniętego w ogrodach zoologicznych; choć niewiele o nich wiem, to podziwiam barwną różnorodność i wrodzoną autonomię.

Czasem marzę o lataniu personalnym, czyli nie balonem czy samolotem, a za pomocą sił jakichś nieludzkich.

Uwielbiam je tak bardzo, że nie potrafiłabym posiadać, bo potępiam trzymanie ich w klatkach.

Ptaki muszą czuć wolność błękitnego nieba.

Pamiętam mamę w dzieciństwie czytającą leśną audycję nadawaną z „Ptasiego radia” Juliana Tuwima; te wszystkie kuki, ryki, liryki, ćwirki i pimpiliki jemiołuszek, szpaków, jaskółek, słowików, dzierlatek o tym, gdzie się ukrywa echo i kto ma się pierwszy kąpać w rosie czytała tak fajnie zmieniając głos.

A o mamie i o córce i o ptasiej ksywce oraz osobowości jest komediodramat „Lady Bird” w reż. Grety Gerwig, na którym dość dawno temu byłam w kinie, ale nawet nie wiem, kiedy ten czas tak szybko zleciał.

17-letnia, dość zbuntowana, pełna młodzieńczych ideologii, przez co lekceważąco podchodząca do życia Christine „Lady Bird” McPherson (Saoirse Ronan) na co dzień uczęszcza do szkoły katolickiej w  niedużym Sacramento w Kalifornii, z którego to za wszelką cenę chce się wyrwać, najlepiej do Nowego Jorku albo New Hampshire; do kultury, sztuki, do pisarzy, za ambicjami, za marzeniami. Dziewczyna pragnie zmian, ponieważ i frustruje i nudzi ją małomiasteczkowa doczesność, gdzie tak naprawdę nie ma interesujących zajęć oraz punktów (dlatego też młodzież spotyka się na parkingach), jednakże jej rodziny nie stać na taki wydatek (matka jest pielęgniarką, a ojciec właśnie stracił pracę), stąd starają się ją przekonać do bardziej realnego planowania i nastawienia na podjęcie studiów w jakimś lokalnym college’u. Niestety te argumenty nie są wystarczające dla tak trudnej osobowości, dlatego też między Christine a matką Marion (Laurie Metcarf) ciągle wybuchają spory; zwłaszcza, że Marion również posiada ciężki charakter – ich relacja w ogóle należy do skomplikowanych, bo jest naładowana głębokimi, lecz skrajnymi emocjami; czyli każda ma zamiar postawić na swoim i do swojego jedynego słusznego przekonać, przy tym szalenie kochając i nienawidząc tę drugą (one w istocie, choć toczą egzystencjalno-perspektywiczne boje, to wspaniale się uzupełniają, a twarda, sceptycznie nastawiona ręka matki jest zwyczajnie pokryta troską uodpornienia pociechy na wszelkie niedogodności). W tej matczyno-córkowej sinusoidzie ostoją jest trochę odsunięty na bok ojciec Larry (Tracy Letts) (notabene po cichu zmagający z depresją, umordowany przeszkodami, ale pogodzony z porażkami) oraz bardziej przystająca na skromną i na niełatwą doczesność przyjaciółka Julie Steffans (Beanie Feldstein).

„Lady Bird” to kolejny film o wchodzeniu w dorosłość, która wiąże się z większym zastanowieniem nad tym kim właściwie jestem, a kim chciałbym być (czy to najlepsza wersja mnie samego, czy może być lepsza i czy chce być?), zasmakowaniem tego, co pierwsze (pierwszy pocałunek, pierwsza miłość, seks, zdrada, praca), z licznym próbami, zagmatwanymi wyborami: kierunek studiów, miejsce zamieszkania, dostosowanie do grupy czy indywidualność, co przeplatają fantazje chociażby o cudownej sukni na zbliżający się bal, chęć popularności, odwrotu, protestu, metamorfozy, wstyd, odrzucenie, lęk, krzyk, alkohol, imprezy, błędy i umiejętność przyznania do nich tudzież ich naprawienie, opuszczenie domu rodzinnego, odpowiedzialność, świadomość tego, że nie ma nic za darmo, jeszcze beztrosko dziecięcy śmiech, ale już dorosłe łzy – i w tym wszystkim na dobitkę układanie relacji oraz ustawianie po właściwej stronie torów.

To bardzo piękny film, w którym na oczach widza kształtuje się tożsamość, wkracza się na którąś z dróg życia, są podejmowanie złożone decyzje w najtrudniejszym, bo szczególnie rozchwianym okresie – a to ukazane tak naturalnie, tak realistycznie, bez patosu, obśmiania i niepotrzebnych wzruszeń.

źródło ilustracji: https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcQ40BiRipNLsd8cE8iGHIsZCpX34c8lWV-ZXaXctoUOZOCZ8ylV

źródło ilustracji: https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcSJukSu94MmH4orbWVMK29SQqDGv_eSFVJqYWfb5kPNpR0v6kmj

źródło ilustracji: https://media.novinky.cz/033/670330-top_foto1-514ni.jpg?1519821005

źródło ilustracji: https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcRHYtWDI5IIvqvaUSSWU-K4iLj5IYEkw_Js0VL6la4NUkXwksfF

źródło ilustracji: https://www.moma.org/d/assets/W1siZiIsIjIwMTcvMTIvMTQvMWxieHJqYjdjeF9MYWR5X0JpcmRfd2ViLmpwZyJdLFsicCIsImNvbnZlcnQiLCItcmVzaXplIDEwMjR4MTAyNFx1MDAzZSJdXQ/Lady%20Bird_web.jpg?sha=c0f7c6e2a40ea0e2

źródło ilustracji: https://i.kinja-img.com/gawker-media/image/upload/s–k47HO7ou–/c_scale,fl_progressive,q_80,w_800/ipfzd29zfpvptbwsxftd.jpg

źródło ilustracji: https://cdn.theatlantic.com/assets/media/img/mt/2018/01/letts/lead_960_540.jpg?1522768803

A potem tradycyjnie była kawa: tym razem z karmelem i migdałami oraz lody truskawkowo-waniliowe – w kawiarnio-lodziarni „Grycan” 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Film | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Ciasteczka ziarenka kawy – kawusie (bez pieczenia)

Jestem zmęczona.

Świat przez ludzi gna zbyt szybko.

Ja idę spacerkiem – nie spieszę się do niczego.

Denerwuje mnie słońce; lubię się tylko z tym jutrzenkowym, przecinającym ciepłym złotem smug chłodnawe powietrze.

Widziałam wczoraj fioletowe krokusy.

Pierwsza pszczoła zapodziała się w moim mieszkaniu.

Wyliczam odcienie pojawiającej się zieleni.

W dalszym ciągu nie zważam, która jest godzina.

Kończę czytać smutną książkę o kobiecie i już wiem po jaką dalej sięgnę.

I upiekłam, a właściwie uformowałam poranne, bo uaktywniające ciasteczka, których dla osobistego uaktywnienia musiałabym zjeść chyba tonę – mimo wszystko warto dla rozpusty, ponieważ są smaczne, ładnie pachną i wyglądają jak ziarenka kawy – to cieszyńskie kawusie 😉

Przepis na ciasteczka kawusie (około 40 sztuk) (Przepis pochodzi z bloga: http://smakinatalerzu.pl/)

Składniki:

  • 350 g cukru pudru
  • 50 g miękkiego masła 
  • 30 g gorzkiego kakao 
  • 3 płaskie łyżki kawy mielonej
  • 3 łyżki rumu

Sposób przygotowania:

Wszystkie składniki wrzucić do miski i dokładnie wymieszać (jeśli masa będzie zbyt sucha należy dodać jeszcze odrobinę masła), po czym uformować nieduże, owalne ciasteczka. Na końcu, za pomocą trzonka łyżeczki, wykonać przez środek nacięcie.

Odstawić do wysuszenia.

Zaszufladkowano do kategorii Bez pieczenia, Ciasteczka, Przepisy | Otagowano , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

„Trzeba tkać rzeczywistość – na dumie daleko nie zajedziesz” – trochę o niefajnym filmie „Kobieta sukcesu” w reż. Roberta Wichrowskiego + przepisy na fajne desery: freak shake i wegańskie lody chałwowe

Sama w to nie wierzę, ale jakiś czas temu (nawet dokładnie nie pamiętam kiedy, ale zważywszy na tytuł i napis na plakacie musiało to być przed Dniem Kobiet bądź  chwilę po) po raz kolejny wybrałam się na film, który, jakbym w ogóle przez chwilę się zastanowiła (a nie mogłam tego uczynić, jeśli na niego poszłam), zupełnie nie jest w moim guście; czemu to zrobiłam? Nie wiem – może wydawało mi się, że Agnieszka Więdłocha uratuje tę produkcję, bo lubię jak wciela się w poszczególne role? I oczywiście aktorka, dzięki swojemu talentowi, urokowi i dzięki swojej naturalności (mam wrażenie, że jej interpretacje nigdy nie są sztucznie i męcząco wyduszone) świetnie zagrała tak a nie inaczej rozpisaną oraz wymyśloną postać, ale sama fabuła i jej realizacja jest właściwie do niczego i o niczym – cały czas mam tutaj na myśli „Kobietę sukcesu” w reż. Roberta Wichrowskiego.

Mańka (Agnieszka Więdłocha) jest dyrektorką w warszawskiej firmie produkującej dobrą jakościowo karmę dla psów i już, już ma zawrzeć intratny, decydujący o przetrwaniu interesu kontrakt z nadętą, ale wpływową Bogną Kot (Małgorzata Foremniak), jednak zostaje wyparta przez korporację, która oferuje tej zimnej, lubiącej wdawać się w przelotne romanse kobiecie towar gorszy, ale znacznie tańszy. By ratować biznes postanawia zmienić swoją tożsamość i w celu przejęcia klienta i znalezienia dowodów na tandetność produktu zatrudnić się u konkurencji jako Kama – asystentka Prezesa Radosława (Tomasz Karolak). W tym też czasie sypie się jej związek z niezbyt odpowiedzialnym, wszak na pewno idącym po trupach oraz uległym na niewieście piękno Norbertem (Mikołaj Roznerski), zamieszkuje u niej trochę fircykowata, zbuntowana i skrywająca w cieniu rzekomego sukcesu młodsza kuzynka Lilka (Julia Wieniawa), a dzięki czworonożnemu Paprochowi poznaje przystojnego Piotra (Bartosz Gelner), który przewartościowuje jej dotychczasowe podejście do życia. W efekcie tych zawirowań, nieporozumień, upadków, triumfów, kłamstw, upieczonych jabłeczników, oblanych kawą kartek, plenerów fotograficznych, króliczych uszu, pożegnań z wyjeżdżającymi za granicę przyjaciółmi postanawia założyć z Lilką ekologiczną cukiernię (lokal otrzymuje od wujka, który wraz z ciotką, po tragicznej śmierci jej rodziców, przyjął ją pod swoje skrzydła – szacun dla niego, że przez tyle lat to trzymał), gdzie i człowiek i zwierz znajdzie coś dla siebie.

„Kobieta sukcesu” to kiepska komedia, bo sztampowo, chaotycznie, nieśmiesznie, bez chemii (kompletnie nie czuć, że romantyczna), bez doprecyzowania niektórych wątków (których jest za dużo, przez to powierzchownie i jakoś rozwlekle), niezbyt wiarygodnie, ale przede wszystkim jest tu potwornie nudo; no dawno się tak nie wynudziłam (a uczucie nudy raczej się mnie nie trzyma), wręcz z tej nudy rozbolały mnie nogi, do tego absurdalnie nie miałam siły siedzieć, a bardziej nie chciałam tam siedzieć.

Jedyną sceną, która mi się podobała była ta, gdy Mańka, udając przed wujostwem, że Piotr jest jej narzeczonym, pozwoliła mu zostać na noc.

Plus taki, że całość (poza trenerem w różowych gatkach) nie żenuje – po prostu jest bezbarwnie, NIJAKO.

Myślę, że ten film w formie serialu sprawdziłby się lepiej, bo miałby czas na dopracowanie.

źródło ilustracji: https://www.google.pl/search?biw=1366&bih=662&tbm=isch&sa=1&ei=dGvLWp_6BYSjsgG01pGACQ&q=kobieta+sukcesu+&oq=kobieta+sukcesu+&gs_l=psy-ab.3…787172.787254.0.787939.2.2.0.0.0.0.165.165.0j1.1.0….0…1c.1.64.psy-ab..1.0.0….0.XqSHs2ojwoA#imgrc=0rdMYdS2EotZ6M:

źródło ilustracji: http://ewasobkowicz.pl/wp-content/uploads/2018/03/Screenshot-2018-03-02-22-06-54-1.jpg

źródło ilustracji: https://i1.wp.com/www.filmstart.pl/wp-content/uploads/2017/11/kobietasukcesu.jpg?resize=1349%2C540

źródło ilustracji: https://www.google.pl/search?biw=1366&bih=662&tbm=isch&sa=1&ei=EW_LWriAEcSwsQGSrquQBw&q=kobieta+sukcesu+tomasz+o%C5%9Bwiecimski&oq=kobieta+sukcesu+tomasz+o%C5%9Bwiecimski&gs_l=psy-ab.3…12791.15841.0.15993.18.18.0.0.0.0.205.2056.8j8j1.17.0….0…1c.1.64.psy-ab..1.0.0….0.DmrFXX3exOA#imgdii=4MV8NRPhlbMboM:&imgrc=oW2CbgNHqGeJIM:

źródło ilustracji: https://www.google.pl/search?biw=1366&bih=662&tbm=isch&sa=1&ei=Im_LWuDIM8W5sQHAqZPoAg&q=kobieta+sukcesu+&oq=kobieta+sukcesu+&gs_l=psy-ab.3…48060.48180.0.48504.2.2.0.0.0.0.134.134.0j1.1.0….0…1c.1.64.psy-ab..1.0.0….0.ZoanEPaTCSk#imgrc=25LROekK4EoC6M:

Po powrocie ten niefajny seans osłodziliśmy sobie naprawdę fajnymi deserami: słynnym ostatnimi czasy koktajlem na bogato freak shake (tutaj nie ma ograniczeń – ważne, by wszystkiego było bardzo, baaardzo dużo, najwięcej) oraz cudownie kremowymi, wegańskimi, bezcukrowymi, bezglutenowymi lodami chałwowymi 😉

Freak shake 

Składniki:

  • 250 ml mleka
  •  70 g białej czekolady
  • 2 pełne łyżki masła orzechowego
  • 1 donut 
  • 200 ml śmietany 36% + 1 łyżeczka cukru pudru
  • 8 kostek mlecznej czekolady
  • posiekane orzechy laskowe
  • 0,5 babeczki z kremem orzechowym „Reese’s”
  • 1 okrągły wafelek „Milka”
  • 1 ciastko z masłem orzechowym – „Bonitki”
  • 1 kostka czekolady z całymi orzechami „Nussbeisser”
  • 1 pralinka „Ferrero Rocher”
  • 2 wafelki „PryncyPałki”
  • polewa czekoladowa

Sposób przygotowania:

Szklankę udekorować roztopioną mleczną czekoladą i posiekanymi orzechami laskowymi.

Białą czekoladę rozpuścić w mleku – wystudzić.

Na spód wysokiej szklanki wyłożyć masło orzechowe, wylać chłodną czekoladę, przykryć częścią ubitej z cukrem pudrem kremówki, położyć donuta, na niego wycisnąć resztę śmietany, ozdobić słodyczami i oblać polewą.

Wegańskie lody chałwowe z orzechami (około 1 litr) (przepis pochodzi z bloga: www.truetastehunters.com)

Składniki:

Lody chałwowe:

  • 2 puszki mleka kokosowego (800 ml)
  • 5 łyżek sezamowej pasty Tahini
  • 0,5 szklanki ksylitolu 
  • 1,5 łyżki pasty waniliowej / ekstraktu waniliowego / ziarenka z 1 laski wanilii
  • 1 łyżeczka rumu 
  • 1 łyżka soku z cytryny

Dodatkowo:

  • orzechy nerkowca
  • orzechy macadamia
  • płatki owsiane
  • siemię lniane

Sposób przygotowania:

Do rondelka wrzucić składniki do wykonania lodów – podgrzewać na średnim ogniu, cały czas mieszając, około 5 minut, wystudzić, przelać do plastikowego pudełka i włożyć bez przykrycia do lodówki na 2h – od czasu do czasu należy je przemieszać.

Po upływie wskazanego czasu pojemnik zamknąć i umieścić lody w zamrażarce na 5h – co godzinę trzeba przemieszać, by nie powstały kryształki lodu.

Wyjąć około 20 minut przed podaniem, by trochę zmiękły.

Z wierzchu udekorować orzechami, płatkami owsianymi i siemieniem lnianym.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Desery, Drinki, koktajle, Film, Przepisy, Wegańskie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Sernik z brzoskwiniami i bezą

Ten sernik już od kilku lat widywałam na rozmaitych blogach, a że wygląda bardzo elegancko i smakowicie, to obiecałam sobie kiedyś go upiec – i upiekłam, nawet 2 razy, ale za pierwszym coś poszło nie tak, bo beza była zbyt miękka, w efekcie została wchłonięta przez masę serową, która stała się rzadka; nie wiem czy niedokładnie odsączyłam brzoskwinie, czy za krótko ubijałam białka, czy były kiepskiej jakości, czy może wybrałam przepis ze złymi proporcjami, ale wiem, że nie uwieczniłam go wtedy na zdjęciu i na pewien czas zniechęciłam do powtórki.

Jednak stale o tym serniku pamiętałam, bo wiedziałam, że prawidłowo wykonany będzie po prostu rarytasowy, stąd, chyba rok później, zabrałam się za niego jeszcze raz, tym razem wykorzystując sprawdzoną bezę – I WYSZEDŁ PRZEPYSZNY: jest cieniuteńki jak listeczek, maślany, idealnie kruchy, bowiem zrobiony na krupczatce spód oraz tak samo wspaniałe brzegi, otulające ogrom (jest naprawdę wysoki!) dość ciężkiej, przy tym kremowej masy na bazie dwukrotnie przemielonego twarogu, z delikatnym posmakiem cytryny i wanilii, do której są wciśnięte połówki słodkich brzoskwiń, przykrytych znakomitą, znaną z ciasta z kremem i gruszkami, bezą (z wierzchu chrupka – w środku piankowa), obsypaną kruszonką i cukrem pudrem.

To propozycja dla każdego i na każdą okazję – w moim rodzinnym domu (a raczej mieszkaniu; nie wiem w zasadzie cóż to za powiedzeniowa dyskryminacja, że jak rodzinny to musi być dom? A co z tymi, którzy mieli rodzinnie, ale w mieszkaniu?) stał się hitem.

Polecam bardzo, bardzo – właśnie z tego przepisu 😉

Przepis na sernik  brzoskwiniami i bezą (tortownica o średnicy 23 cm) (Przepis pochodzi z bloga: https://smacznapyza.blogspot.com/; zmieniłam bezę)

Składniki:

Ciasto:

  • 240 g mąki krupczatki
  • 80 g mąki pszennej (tortowej)
  • 15 g cukru pudru
  • 200 g masła
  • 4 żółtka
  • 10 g proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Masa serowa:

  • 1 kg twarogu półtłustego (przynajmniej dwukrotnie zmielonego)
  • 3 jajka
  • 160 g cukru
  • 80 g roztopionego i wystudzonego masła
  • 1 opakowanie Sernixu
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego
  • skórka otarta z 1 cytryny

Beza:

  • 2 duże białka
  • 100 g cukru
  • 0,5 łyżeczki mąki ziemniaczanej
  • 0,5 łyżeczki soku z cytryny
  • szczypta soli

Dodatkowo:

  • 1 puszka brzoskwiń
  • cukier puder

Sposób przygotowania:

Zagnieść składniki na ciasto – z całości oderwać 1/5 i owinąć folią, a resztą dokładnie wyłożyć spód i boki tortownicy (spód wyłożyłam papierem do pieczenia, a boki posmarowałam masłem i oprószyłam mąką) – i tortownicę i pozostały fragment umieścić w lodówce na czas przygotowania masy serowej i bezy.

Zmielony ser, jajka oraz cukier zmiksować, potem dodać roztopione masło, aromat, skórkę otartą z cytryny i Sernix – krótko zmiksować – tylko do połączenia się składników.

Masę serową wylać na schłodzony spód, z wierzchu poukładać dobrze odsączone z syropu brzoskwinie z puszki, na nich rozprowadzić bezę (białko zmiksować ze szczyptą soli na sztywno, po czym powoli, łyżka po łyżce, wsypywać cukier. Następnie dodać przesianą mąkę i sok z cytryny – połączyć. Powstała masa powinna być gęsta i lśniąca), którą należy obsypać kruszonką z pozostałego ciasta.

Piec około 60 minut, w temperaturze 180°C.

Przestudzić w uchylonym piekarniku.

Wstawić do lodówki na całą noc.

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Zaszufladkowano do kategorii Przepisy, Serniki | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

„Nie prosiliśmy o narodziny, nie prosimy o śmierć. Żyjąc na tym świecie, cierpimy i sprawiamy cierpienie. Niektórzy sprawiają go więcej niż inni” – „Paskudna historia” autorstwa Bernarda Miniera

Późną godziną, kiedy to świat umyka natrętnemu ludzkiemu wzrokowi, krążę omamiona mnogością książek pośród empikowych półek, kuszona pierwszym wrażeniem okładek i tytułów oraz chęcią powrotów do atmosfery tworzonej przez lubianych autorów. Dotykam śliskich i matowych grzbietów, wącham kartki pokryte czarnym drukiem pisarskiej duszy oraz wyobraźni, czytam blurby i pobieżnie kartkuję, poprzez szczegóły ogarniam wzrokiem tajemną całość.

Zatapiam się w tej mistycznej ciszy, spragniona pięknych zdań i wspaniałych opowieści: mądrych, przerażających, uśmierzających, niezbyt zabawnych, intrygujących, ale nigdy nadmiernie naciągniętych, oderwanych od realności – żeby się tak wciągnąć i zapomnieć, żeby poczuć, zostać tam na chwilę i powrócić wzbogaconą o słowa i emocje, na refleksje głębokie się zdobyć, uwrażliwić.

I kiedy tak snuję się niczym mleczne opary nad niewzburzonym jeziorem, myśląc jak wiele rzeczy nie posiada sensu, a sam człowiek tworzy najbardziej paskudne historie z możliwych, to wtedy dostrzegam ją: zielonkawą „Paskudną historię” autorstwa Bernarda Miniera – i już wiem, że właśnie jej poświęcę kolejne wieczory.

16-letni Henry Dean Walker od 7 lat mieszka na Glass Island – małej wyspie położonej na północ od Seattle, kilka mil morskich od Pacyfiku, należącej do archipelagu San Juan, gdzie prawie całą powierzchnię pokrywają bujne lasy i kręte drogi, zimą, wiosną oraz jesienią pada deszcz, a przez cały rok panuje gęsta mgła. Miejsce to jest sezonowo oblegane przez turystów, ponieważ ogromną atrakcją są orki, ale gdy tylko wyjadą z setkami zdjęć, by po jakimś czasie porzucić je w pamięci komputerów, życie powraca do własnego spokojnego rytmu, bo każdy każdego zna – tutejsi ludzie nie mają tajemnic. Albo muszą je ukrywać na samym dnie swojego serca.

Henry ma dwie mamy: bardziej wybuchową Liv i stonowaną, głuchoniemą, ale potrafiąca czytać z ruchów warg France, które prowadzą bed and breakfast – to domek w stylu typowym dla północno-zachodniego wybrzeża Pacyfiku kryty cedrowym gontem, z narożnymi oknami i tarasem, z którego rozciąga się oszałamiający widok na cieśninę i góry. Zboczem biegnie ścieżka złożona z płyt i stopni prowadząca do pomostu, przy którym stoi łódź motorowa (…) dach jest zielony od mchu, farba się łuszczy, rynny są zapchane liśćmi, ramy okien są wyżarte przez sól, a zbocze zbyt gęsto porastają jeżyny i drzewka-samosiejki – choć nie miały takich planów; pierwsza marzyła, by zostać sławną wiolonczelistką orkiestry symfonicznej, z kolei druga pracuje dodatkowo dla korporacji informatycznej, która stoi na czele proaktywnej polityki wobec osób niepełnosprawnych.

Chłopak, na co dzień zafascynowany książkami, horrorami i Nirvaną, ma również zaufaną grupkę przyjaciół – poznali się na pogrzebie kolegi z klasy i z czasem dokonali w rzece zacieśniającego więzi obrzędu określanego „chrztem” i przypieczętowanego formułą Mój bliźni, mój bracie: najbliższy z nich to cyniczny, zabawny, wiecznie spóźniony, zakompleksiony, mający obsesję na punkcie seksu Charles (Charlie) Scolnick, potem jest Johnny Delmore i Kayla McManus oraz ukochana dziewczyna Naomi Sanders, która ma oczy w kolorze ametystu, z refleksami niezapominajki i ultramaryny, ciemniejszą, prawie czarną obwódkę wokół tęczówki i opalizującą rogówkę: jak kot.

I wszystko byłoby wręcz baśniowo, gdyby nie feralna podróż 22 października 2013 roku promem „Elwha”, ponieważ wtedy zapodziała się Naomi, która owszem, została dość szybko odnaleziona, bo następnego ranka na plaży Agate Beach, ale… martwa.

Z jednej strony dochodzenie prowadzi Szeryf Bernd Krueger, jego zastępca Nick, Śledczy Chriss Platt oraz Dominick Silvestri, z drugiej krąg, wydawać by się mogło zatrwożonych towarzyszy, z trzeciej wpływowy szef gangu motocyklowego, który zbił fortunę pracując dla sektora obrony, aktualnie startujący w wyborach na gubernatora Wirginii, purytanin i hedonista, tyran i uwodziciel, człowiek sztywny i skłonny do przesady, szczery i kłamliwy, inteligentny i szalony – Grant Augustin, a z czwartej jego powiernik, czyściciel, prawa ręka, „biały niewolnik” Jay Szymanski, który jest jak cień i potrafi napędzić stracha największym twardzielom.

No i kim na dobrą sprawę są ci ostatni? Do czego potrafią się posunąć i co chcą osiągnąć?

A gdzie tak nagle zniknęła zjawiskowa matka Naomi?

Jaką rolę odgrywa tu Martha, a jaką Meredith?

Co było napisane na podartej pocztówce?

Jakie znaczenie mają zajęcia teatralne Nate’a Hardinga w dawnym kościele metodystycznym przy drodze Błotnistej Zatoki, gdzie wszyscy są nadzy i noszą białe maski, które nie wyrażają żadnych emocji?

Co kryje się pod kodem 5025 EX?

Dlaczego typ spod ciemnej gwiazdy Jack Taggart (siedział za gwałty i nielegalny handel) układał tamtej nocy na promie puzzle?

I czy ma z tym coś wspólnego groźna, postrzelona, przesycona morderczym szaleństwem rodzina Oatesów, której obawia się nawet policja?

Kto szantażuje lokalną społeczność?

A po co w ogóle tutaj wielkości ziarnka grochu pluskwy podskórne RIFD, dające się odczytać ze znacznej odległości, czerpiące energię z ludzkiego ciała, wyposażone w czytnik, umożliwiający uzyskanie dokładnych informacji na temat właściciela, monitoringi, tworzące z obrazów migawkę z życia całej ludzkości ukazanej jak ruchliwe mrowisko, drony, programy szpiegowskie, zaszyfrowane wedle klucza informacje przesyłane za pośrednictwem prywatnej sieci wirtualnej VPN?

Kto kłamie, a kto mówi prawdę?

Na te pytania znajdzie się odpowiedzi po przeczytaniu owej książki, bo zapewniam, że od morderstwa złudna harmonia wyspy zostaje zaburzona, a na jaw zaczynają wychodzić naprawdę paskudne rzeczy.

„Paskudna historia” jest naprawdę paskudna i stale trzyma w napięciu, bo w trakcie jej czytania dochodzi masa nowych, krzyżujących się wątków, które powodują zmianę koncepcji – to dopracowana do perfekcji intryga zatracona w mrocznym klimacie. Fabuła wciąga, więc te 436 stron (Dom Wydawniczy REBIS) przelatuje przed oczami błyskawicznie. Bohaterowie są wspaniale wykreowani (również pod względem psychologicznym), opisy przyrody po prostu mistrzowskie, dialogi naprawdę ciekawe – dostosowane do wieku, osobowości i wykształcenia postaci, a zakończenie zaskakuje.

To dzieło, które poza skrupulatnie i wielotorowo prowadzonym śledztwem porusza także inne tematy, jak choćby: rozwój nowoczesnych technologii, będący jakoby zamachem na ludzką wolność, życie w niedużej społeczności, homoseksualizm, obłuda, budzące grozę sekrety, moralność, stwarzanie pozorów, inwigilacja, wirtualna rzeczywistość, hejt, manipulacja, anonimowość, samoistnie nadająca prawo do przekraczania granic, kat i ofiara, psychodeliczna osobowość, przyjaźń, miłość czy poświęcenie.

To pierwsza książka Bernarda Miniera, po którą sięgnęłam, jednak po lekturze mam ochotę przeczytać słynny „Bielszy odcień śmierci”.

Polecam.

Orka drapieżna jest najbardziej okrutnym ze ssaków morskich, ale człowiek wędrowny to najbardziej okrutny ssak na całym świecie.

Raje są właśnie po to, by je tracić. A każdy początek ma swoje źródło w zbrodni.

Kiedy życie przygniata i ciężar bólu staje się zbyt wielki, człowiek chciałby się schylić, żeby przed nim uciec, przysiąść, położyć się plackiem, przywrzeć do ziemi.

Nie jesteśmy tu po to, by rozumieć. Świat jest niezrozumiały. Ale przecież jego przemoc, masakry, niesprawiedliwość i okrucieństwa wypływają z jednego źródła: z nas. Tylko my za nie odpowiadamy. Taką wolność zostawił nam Bóg.

Śmierć zawsze jest skandalem.

Nigdy nie lubiłem tych nocy, gdy pachnąca jodem mgła przychodzi od morza, wciska się w ulice, otula wyspę i odcina ją od reszty świata, sprawia, że w jej bieli znika blask gwiazd i wszystkie kształty poza jasnymi księżycami latarń oraz czerwonym i zielonym światłem sygnalizacji na drogach. Zawsze mam wrażenie, że coś może się z niej wyłonić. Coś albo ktoś.

Kto nie wątpił we własne wspomnienia, w ich autentyczność? Kto się nigdy nie zastanawiał, jak wiele z nich przeredagował, upiększył? Wszyscy jesteśmy kłamcami. Przeinaczamy, podrabiamy, modyfikujemy, wypełniamy puste przestrzenie. Wszyscy jesteśmy mitomanami, różne są tylko rozmiary naszej mitomanii.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Literatura | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Babeczki ponczowe

U nas po wielkanocnym śniadaniu były dzisiaj babeczki, które bardzo dobrze pamiętam z dzieciństwa – niestety obecnie rzadko, a praktycznie wcale, nie spotykam ich w cukierniach (a kiedyś zerkały zza każdej słodkiej witryny i były tak procentowo pyszne!) – chodzi o babeczki ponczowe: drożdżowe, puchate, mięciutkie, wilgotne, długo utrzymujące świeżość, z delikatnym rumowym aromatem, rozpływające w ustach ciasto solidnie nasączone alkoholem i cukrowym syropem, udekorowane bitą śmietaną, kiwi, truskawkami oraz skórką otartą z cytryny – coś wspaniałego 😉

Przepis na babeczki ponczowe (6-8 sztuk) (Przepis na babeczki pochodzi z bloga: https://malacukierenka.pl/, na resztę z bloga: https://smacznapyza.blogspot.com/, a od siebie dodałam więcej aromatu i alkoholu)

Składniki:

Babeczki:

  • 205 g mąki pszennej (tortowej) 
  • 12 g świeżych drożdży 
  • 15 g cukru 
  • 30 ml letniego mleka
  • 2 średnie jajka
  • 60 g roztopionego i wystudzonego masła
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego 
  • szczypta soli 
  • skórka otarta z 1 małej cytryny

Poncz:

  • 750 ml wody
  • 375 g cukru
  • 2 łyżeczki aromatu rumowego

Dodatkowo:

  • wódka cytrynowa oraz pigwowa
  • 200 ml likieru morelowego
  • 200 ml śmietany 36% ubitej z 2 łyżeczkami cukru pudru
  • truskawki, kiwi, skórka otarta z cytryny (do ozdoby)

Sposób przygotowania:

Przygotować rozczyn: drożdże rozetrzeć z cukrem, mlekiem i 1 łyżką mąki – odstawić na 15 minut, by się zapieniły.

Podrośnięte drożdże wlać do mąki, wbić jajka, wsypać sól, cukier waniliowy i skórkę otartą z cytryny – wymieszać i zacząć wyrabiać, powoli wlewając wystudzone masło (gotowe ciasto jest lśniące i odchodzi od dłoni) – odstawić pod przykryciem na 1h do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto ponownie wyrobić i umieścić w foremkach na mini babeczki delikatnie posmarowanych masłem i oprószonych bułką tartą (chyba, że są silikonowe – wtedy nie trzeba) – odstawić pod wilgotną ściereczką do napuszenia na 30 minut.

Piec około 15-18 minut, w temperaturze 180°C.

W trakcie pieczenia przygotować poncz: wodę zagotować z cukrem i aromatem rumowym aż do rozpuszczenia cukru.

Po wyjęciu jeszcze ciepłe babeczki dość solidnie nasączyć wódką cytrynową wymieszaną z pigwową, a potem w całości zanurzyć w ponczu tak, by dobrze nasiąknęły, po czym odstawić na kratkę, żeby obciekły.

Do pozostałego ponczu wlać likier morelowy i polać babeczki z wierzchu.

Gotowe babeczki ponczowe przybrać śmietaną ubitą z cukrem, świeżymi owocami oraz skórką otartą z cytryny.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Babeczki, muffiny, tartaletki, Przepisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz