Szumnie obwieszczane nie zawsze jest udane – „Po prostu przyjaźń” w reż. Filipa Zylbera

Przyjaźń niejedno ma imię i na niejedną próbę zostaje wystawiona. Ciężko być przyjacielem i ciężko odpowiedniego przyjaciela znaleźć – to naprawdę skomplikowana oraz wymagająca, bowiem pełna ustępstw (i absolutnie nie mam tu na myśli bezgranicznej akceptacji wad, bo nie na wszystko trzeba się godzić i nie wszystko tolerować, ale należy wiedzieć jak to przekazać; prawidłowa komunikacja, nie ocenianie, ale zdrowa krytyka – złoty środek), kompromisów, poświęceń, podejmowania rozmaitych decyzji, wsparta na filarze lojalności, braku zawodów i wynikającego z nich zaufania, relacja,  stąd rzadko spotykana; tak, by niezaburzona trwała aż po kres, bo o tych ułudnych wiele się słyszało i niemało zaznało, chociażby w dzieciństwie czy w okresie nastoletnim – wtedy na każdym etapie nauczania ma się nowego przyjaciela, a przecież nie o to w tym chodzi. Przyjaciel szczerze cieszy się z sukcesów, nie nachalnie, lecz troskliwie interesuje życiem, ani nie wybiega na przód, ani nie wlecze z tyłu, tylko wiernie podąża tuż obok, bezinteresownie, w troskach i radościach.

I o tej przyjaźni szumnie obwieszczali, co raz reklamowali, obklejali tablice informacyjne plakatami, więc by nowy rok zacząć pozytywnym akcentem filmowym wybraliśmy się na premierę, z założenia komedii, „Po prostu przyjaźń” w reż. Filipa Zylbera. Wieczór zatarł realizm, czyniąc rzeczywistość bardziej magiczną niż się w istocie wydaje, chyba, że ludzie potrafią tę magię z siebie wykrzesać, a w świecie dostrzec. Podjechaliśmy pod bardziej oblegane kino, bo w naszym klimatycznym tego nie grali, zbyt rozgłośnione na taki grajdołek usytuowany na końcu miasta. Drzwiami zamaszyście trzasnęliśmy, idąc ostrożnie po niebezpiecznie oblodzonej powierzchni, by niefortunnym upadkiem w centrum pośmiewiska się nie znaleźć – zakończone sukcesem, toteż na pewniaka do widny wsiadamy, przycisk na samą górę, wrota rozchylone, kierunek do kasy, a tam: biletów NIE MA, a Państwo Mili nie wiedzą, że na takie superhity rezerwuje się rok wcześniej? Niby wiedzą, ale jakby zapomnieli, toteż po talerzu czarnej polewki, odprowadzeni wzrokiem lepiej rozplanowywujących, przez dziurę w kieszeni, nogawką od spodni gubiąc klucze, tym razem schodami, zjechaliśmy na sam dół, gdzie wiatr świstał nieubłaganie, w eskorcie pyzatego księżyca, śmiejąc się dokuczliwie. Kompletnie niewzruszeni wykorzystaliśmy owy czas na gorącą kawę, wzbogacając tym samym naszą relację w uśmiechy i spojrzenia, a na bardziej kameralny seans udaliśmy się dwa dni później.

A film ten opowiada historię niczego innego jak przyjaźni właśnie; przyjaźni wielokroć wystawianej na próbę, sprawdzającej gdzie posiada swoje granice, ile jest w stanie wytrzymać i jaką czynić ofiarę. W głównym wątku, łączącej paczkę znajomych jeszcze z liceum, którzy to w asyście byłego belfra, Mariana (Marcin Perchuć), rok w rok wyjeżdżają w góry; jest wśród nich zdezorientowany romantyk Grzegorz (Maciej Zakościelny), który pechowo, zresztą z wzajemnością, zakochał się akurat w Olce (Katarzyna Dąbrowska) – byłej żonie swojego zagorzale przestrzegającego zasad kompana Kamila (Piotr Stramowski), pozytywnie zakręcona na punkcie guzików sławnych osób wytatuowana Jadźka (Aleksandra Domańska), dla której Filip (Kamil Kula) te guziki wyłowi choćby z klozetu i Julia (Agnieszka Więdłocha) – stateczna nauczycielka języka polskiego, zaś w tym pobocznym, przypadkowo zawiązującą między Szymonem (Krzysztof Stelmaszyk) a małoletnim, pozbawionym rodzicielskiego zainteresowania Antkiem (Adam Tomaszewski), potrąconym przez Cichego (Przemysław Bluszcz), będącym pobratymcem tego pierwszego, który to dzielnie staje w jego obronie, pragnącą dziecka, ale nie pragnącą dla niego ojca bizneswoman Ivanką (Magdalena Różczka), proszącą w tym celu o pomoc niezastąpionego Patryka (Bartłomiej Topa), no i samego Mariana oraz Aliny (Sonia Bohosiewicz), u których pojawiają się przypadkowo wygrane w totka ogromne pieniądze.

Szereg krótkich, nijak scalonych ze sobą obyczajowych opowieści, które jakoś tak po drodze się rozmywają, nawet nie sygnalizując co dalej – ani niezbyt bawią, ani niezbyt wzruszają (a najgorsza chyba jest obojętność?), choć oczywiście są wyjątki: całą duszą zaabsorbowany w ojcostwo Patryk, kolacja Mariana i Aliny z wiodącym prym homarem, wizyta w sklepie z guzikami, rozmowa z babcią Walerią (Anna Polony), to te okraszone humorem, a rozpaczliwy krzyk chorej na zaawansowanego raka mózgu Julii, to scena według mnie najlepsza, wszak szczególnie bolesna, emanującą strachem oraz bezradnością, jednakże ta śmierć tutaj naprawdę niepotrzebna, bo z założenia miało być śmiesznie, a raczej nie jest. Niewiele więc komedii w komedii, wyjątkowego romansu też brak, a dramat z tego żaden. Ot taka sobie banalna, pełna przewidywalnych rozwiązań sklejka, ale nie pozbawiona atrakcyjnych bohaterów, pięknych krajobrazów i ogólnego uroku, bo mimo, że produkcja trwa ponad dwie godziny, to nie nudzi. Ale czy jest to propozycja na wielki ekran? Nie sądzę, bardziej do obejrzenia w domowym zaciszu.

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/79/15/767915/7769839.3.jpg

źródło ilustracji: http://i.iplsc.com/-/0005MQ846HV1F5FQ-C122.jpg

źródło ilustracji: http://bi.gazeta.pl/im/6d/65/13/z20337005IH,Agnieszka-Wiedlocha-i-Aleksandra-Domanska-w-filmie.jpg

źródło ilustracji: http://www.kinozorza.pl/aktualnosci/akt1567/galeria/672279.1.jpg

Ale jedno jest pewne: z po prostu przyjaźni może wyjść aż miłość, a jak to się wszystko poukłada, to już decyzja nas samych, i tego się trzymajmy 😉

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii, Film i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

0 odpowiedzi na „Szumnie obwieszczane nie zawsze jest udane – „Po prostu przyjaźń” w reż. Filipa Zylbera

  1. ~zacichno pisze:

    Mam dokładnie takie same odczucia po obejrzeniu filmu. Nie chodzę na tego typu produkcje. Tym razem stwierdziłam, że muszę odpocząć psychicznie, ot ,,zabawić się”. Niestety, totalna porażka.Wszystkiego jest za mało, mdło, blado, letnio. Nie ma tej swoistej iskry, energii. Słabiutko.

    • BlackLady pisze:

      Tego rodzaju filmy też niekoniecznie wpisują się w moje upodobania, ale postanowiłam pójść dla „odmóżdżenia”, być może naładowania pozytywną energią na ten nowy rok? Nie udało się, niestety, choć opowiastka taka sobie do obejrzenia, to jednak w tv, a nie na dużym ekranie. Zawód podobny jak po zobaczeniu drugiej części „Listów do M.”.

  2. ~Kinia pisze:

    Świetny blog, zapraszam do mnie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *