Stoję na szczycie i rozglądam na miarę wzrokowych możliwości, starając się podjąć decyzję czy właściwie coś wykrzyczeć czy może z tego wszystkiego rozpłakać? Ostatecznie wybieram potęgę milczenia, bo chcę i zarazem nie potrafię inaczej. Chłonę ten rozległy, płaski, usiany wyszukanymi formami piaskowymi, urwiskami, dolinami, lasami sosnowymi oraz świerkowymi obraz do ostateczności, wyciskając z niego każdą kroplę zielono-złotej barwy, jednocześnie pogrążając w błękicie niedosięgłego nieba. Wtłaczam w siebie każdą napotkaną wiewiórkę, traszkę, dywanik z mchu, bagienną i łąkową roślinność, pohukiwania puchacza, szum strumyka i skalne labirynty. Nie znajduję zewnętrznego ujścia dla wszechmocy żywiołu, ale dalej wsysam w siebie naturę, upijając do przyjemnej nietrzeźwości, stąd w środku rozpętuję optyczne tornado; w całości składam się z emocji tudzież marzeń, lęków, oczekiwań, wspomnień, gniewu, pasji, drobnych uciech, szału, urwanych dźwięków, smaków, zapachów i takich właśnie krajobrazów. Nie interesuje mnie dosłownie nic, gdy tkwię tak i patrzę – na własne życzenie wylogowuję się z życia na rzecz Gór Stołowych, a pozostałe jest mi na ten tydzień najzupełniej obojętne.
Kudowa-Zdrój oraz jej okolice zachwyciły mnie niejednym i być może niejedno miałyby mi jeszcze do pokazania (na przykład kruchą od liści jesienią czy zamglono-słoneczną zimą), gdybym albo była tu dłużej, albo osiadła na wieki – tak niestety na ten moment się nie stanie, toteż jestem oszołomiona tym, co udało mi się zwiedzić, ale od początku…
Nim przybyliśmy na miejsce zupełnie przypadkowo wstąpiliśmy do kłodzkiego Parku Miniatur „Minieuroland”, gdzie odbywał się doprawdy baśniowy Festiwal Kwiatów, z których w otoczeniu pałaców, zamków, mostów i innych obiektów utkano wielobarwne, zjawiskowe kompozycje.
Absolutnie odurzona wonnościami nie miałam ochoty stamtąd wychodzić, jednak Mój Mi On zapewnił, że wiele pięknego oprócz tego czeka, tylko musimy dać temu szansę. Chcąc nie chcąc pożegnałam się niemo z kalejdoskopowymi cudami, po czym ciągnąc nogę za nogą udałam do samochodu, który zawiózł Nas do genialnie urządzonej „Villi Pigmalion”, gdzie wynajęliśmy pokój złoty, który w istocie, za cenę 55 zł od osoby, okazał się komfortowym apartamentem (sypialnia+salon+łazienka+korytarz).
A tu chociażby jadalnia:
Dodatkowo należy wspomnieć, iż osoby zakwaterowane w owym pensjonacie mają zniżkę w wysokości 15% na każdy obiad serwowany w „Restauracji Kosmicznej”, znajdującej przy ul. Zdrojowej 41; a jak ktoś lubi się pobawić, to od 19.00 są organizowane danicngi – na żywo śpiewa Piotr Oleksy „ELTON”. My nie popląsaliśmy, aczkolwiek przez chwilę się przypatrywaliśmy i nawet wypatrzyliśmy kilka rozbawionych jednostek, które przyszły solo, odnalazły równie rozswawolone, skłonne do flirtu towarzystwo, a na drugi dzień grzecznie dreptały w asyście żony/męża uzdrowiskowymi alejkami (potrafię wskazać palcem, ale to ponoć nieładnie).
Poza tym, całkiem niedaleko, bo przy Zdrojowej 36A znajduje się warty polecenia „Cafe Domek”, który z tego co zauważyłam słynie z pizzy. Ja pizzy nie jadłam, ale za to próbowałam gorących oscypków z żurawiną:
Z kolei najwspanialszą kafeterią okazała się umiejscowiona tuż za Kosmiczną „Caffe Sissi”, oferująca masę kremów, tortów, herbat, drinków, lodów, sałatek owocowych, czarnych oraz deserowych kaw:
Mrożona kawa bananowa + Lody truskawkowe z musem, bezami i bitą śmietaną
Kawa z wiśniami w rumie + Biała czekolada
Latte karmelowe + Pana cotta z gorącymi malinami
Lodowy shake truskawkowy + Śmietanowo-waniliowa kawa z wiórkami kokosowymi, likierem i cynamonem – BEZKONKURENCYJNA
W dzień przyjazdu udało Nam się pospacerować po urokliwym, ogromnym, zabytkowym Parku Zdrojowym (do którego zresztą regularnie wracaliśmy) wypełnionym fontannami, także zróżnicowaną roślinnością rodzimą i egzotyczną: są jesiony oraz buki, ale również palmy, opuncje czy agawy. Tam właśnie stoi Pijalnia Wód Mineralnych i słynna pomnikowa Ławeczka ogrodnika.
Obok jest jeszcze mniejszy Ogród Muzyczny, w którym ustawiono atrapy instrumentów: harfa, fortepian, kontrabas.
Na następny dzień udaliśmy się do wybudowanej przez proboszcza parafii w Czermnej Wacława Tomaszka barokowej Kaplicy Czaszek, będącej wspólnym grobowcem ofiar wojny trzydziestoletniej, siedmioletniej, prusko-austriackiej i szerzących po niej epidemiach cholery.
Z zewnątrz wygląda tak:
A w środku tak – fotografia ściągnięta z Internetu, ponieważ wewnątrz nie można robić zdjęć:
źródło ilustracji: http://www.atlaso.pl/images/places/czermna_3.jpg
Dla mnie widok ściśle ułożonych czaszek oraz kości był wstrząsający (więcej szczątków mieści się w krypcie pod podłogą), a po prezentacji przez promienną zakonnicę szczególnych okazów z gruźliczymi grudkami, przestrzałami i zrośnięciami po otwartym złamaniu z przemieszczeniem miałam ochotę wyjść… Jednak najgorszy był ten zaduch, specyficzny swąd, coś jakby prosektorium, formalina i ocet…
Wracając wdepnęliśmy do „Muzeum Minerałów” takoż posiadającego czaszkę, jednakże wykonaną z górskiego kryształu:
W ogóle ekspozycja jest niesamowicie pokaźna, tęczowa, mozaikowa, obfitująca w kalcyty, kamienie księżycowe, jaja dinozaurów, meteoryty, siarki, agaty, krokoity, ametysty, jaspisy, celestyny, kości prehistorycznych zwierząt, agaty, amonity, lepidolity, diamenty i cały szereg innych – poniżej zaledwie zachęcająca garsteczka:
Róża pustynna
Azuryt
Malachit
Hematyt
Cytryn
Kwarc różowy – „Kamień miłości”
Pokazałabym więcej, wszakże nie chcę psuć przygody, którą naprawdę warto przeżyć 😉
Podekscytowani ową kunsztownością pospieszyliśmy obejrzeć Ruchomą szopkę (wstęp bezpłatny), którą w wieku 15 lat, przy użyciu scyzoryka, zaczął z drewna lipowego wykonywać Franciszek Stephan – efekt 250 poruszanych ręcznie figurek uzyskał po 20 latach, zaś w 1927 roku uruchomiono ją elektrycznie.
Twórca, chcąc dopełnić swą pracę, stworzył na dobitkę posiadające 270 piszczałek i 10 registrów organy:
Oczywiście nie mogliśmy pominąć największej w Polsce wystawy, wręcz miniaturowego świata, jaki zawiera się w tutejszym „Muzeum zabawek”:
Lalki z liści kukurydzy
Lalki wykonane z szarego płótna, a ich włosy z konopii
I moje od zawsze ulubione:
Pozytywki – zwłaszcza baletnice i…
…karuzele
Lalki z porcelany i…
…Barbie
Tego natomiast nigdy nie pojmę…
Zakonnica i Biskup
Mniej typową ekspozycją okazała się ta, prezentująca pochodzące z wszelakich zakątków żaby i wszystko, co tylko przypomina ją z wyglądu (mydelniczki, okulary, skarbonki) – jej celem jest budowanie pozytywnego wizerunku płazów.
„Muzeum Żaby” leży obok Dyrekcji Parku Narodowego Gór Stołowych.
Kolejnym wartym uwagi muzeum jest „Muzeum Papiernictwa” w Dusznikach-Zdroju ulokowane w liczącym ponad 400 lat młynie!
Na jego dziedzińcu ustawiono rzeszę urządzeń papierniczych: bigówki, gilotyny introligatorskie, rafki, ścieraki, prase, wały, kołognioty, holendry, maszyny drukarskie, a w środku są wystawy stałe (ilustrująca historię drukarstwa, rozwój techniki produkcji papieru, Polski pieniądz papierowy, Sztuka papieru) oraz czasowe.
Jedną z atrakcji jest samodzielnie wykonanie pojedynczego arkusza (białego lub kolorowego) poprzez zanurzenie sita w kadzi i odciśnięcie zaczerpniętej masy papierniczej na chłonącej wodę przekładce.
Od 2001 roku, w ostatni lipcowy weekend odbywa się tu Święto Papieru, czyli dwudniowa impreza upowszechniająca wiedzę na temat papieru, jego dziejów, znaczenia dla rozwoju cywilizacji i kultury oraz roli we współczesnym świecie.
Ponadto wybraliśmy się do Jarkowa, do hipnotycznego Ogrodu Japońskiego, który wyczarował pan Edward Majcher; to takie prywatne sanktuarium, mini obszar do kontemplacji, piękno zamknięte w pigułce asymetrii i elegancji, usiane pagórkami, alejkami, pomostami, stawami, strumykami, płotkami, żwirem grabionym na kształt rozchodzących się fal i rzecz jasna ze spektakularną roślinnością.
Z kolei w piątek, z samego rana (nie bez powodu, bowiem miejsce jest bardzo oblegane przez turystów i po pierwsze może być problem ze znalezieniem parkingu, a po drugie, zwłaszcza w sezonie, na szlaku robią się godzinne kolejki, do tego miało być piekielnie gorąco, więc chcieliśmy skorzystać z wczesnego chłodu), oddaliśmy serca, dusze i energię najwyższemu szczytowi Gór Stołowych, jakim jest Szczeliniec Wielki (919 metrów n.p.m.). W tym celu podjechaliśmy do wsi Karłów, zamroczyliśmy wstępną scenerią i niespiesznie pomaszerowaliśmy po więcej.
Dojście na samą górę, gdzie prowadzą kamienne schody, drewniane kładki, wąwozy, korytarze („Piekło”, „Diabelska Kuchnia”) trwa króciutko, bo około 1,5h, ale trasa jest po prostu fantastyczna: taka pofałdowana, spękana, wysadzona różnolitymi formacjami skalnymi („Niedźwiedź”, „Ucho Igielne”, „Dzwoniący kamień”, „Baranek”, „Małpolud”, „Tron Liczyrzepy”, „Wielbłąd”, „Kołyska”, „Kwoka”), szczelinami i przesmykami. Przed płatną częścią, w schronisku zwanym „Szwajcarką”, istnieje możliwość wzmocnienia kubkiem gorącej kawy 😉
Wrażenia dopełniliśmy wędrówką po malowniczym, skalnym, nierzadko naprawdę wąskim (ja akurat nie byłam zmuszona się schylać ani przeciskać bokiem, ale ktoś wyższy będzie musiał taki wdzięczny trud podjąć) labiryncie Błędnych Skał zatłoczonym zaułkami i blokami skalnymi, które również posiadają własne nazwy („Kurza Stopka”, „Skalne Siodło” „Wielka Sala”, „Dwunożny Grzyb”, „Końska Noga”).
Co istotne: wjazd odbywa się wyłącznie o pełnych godzinach, a samochodem osobowym kosztuje 20 zł, do tego bilet wstępu: ulgowy – 3 zł, normalny – 7 zł, ale żal z tego zrezygnować 😉
Chciałam uciec przed zdjęciem, ale mi się nie udało.
Fajnie by tak było czasem uciec… przed tym co złe i niechciane…
Co więcej, zrobiliśmy sobie wycieczkę do Międzygórza (63 km od Kudowy), gdyż mieliśmy zamiar pójść w gości do położonego na stromym zboczu Lesieńca Ogródu Bajek, ale Los chciał byśmy złapali gumę, w efekcie nie zdążyliśmy, bo wstęp jest czynny tylko do 17.00.
Niezrażeni złożyliśmy wizytę największemu i najwyższemu wodospadowi w Masywie Śnieżnika, a więc Wodospadowi Wiliczki:
Potem zwiedziliśmy centrum miejscowości, odznaczającej unikalną, przywodzącą na myśl słowiańską, architekturą: drewniane domy, balkoniki, balustrady, krużganki, rzeźbienia, gdzie było tak cicho, tak elektryzująco, że jestem pewna, iż właśnie tam zatrzymał się czas.
W drodze powrotnej pochłaniałam zaokienne pejzaże
Przywitałam się też z Szanownymi Krówkami
I jeszcze wdepnęliśmy na ułamek sekundy do Polanicy-Zdrój – minęliśmy Teatr Zdrojowy im. Mieczysławy Ćwiklińskiej
Zanurzyliśmy w powabie Parku Zdrojowego (tam jest zabytkowa pijalnia wody „Wielka Pieniawa”)
Zerknęliśmy na Kolorową Fontannę, która o tej porze kolorowa jeszcze nie była
Spoczęliśmy obok Pawilonu Szachowego
Potem, stwarzając niewyobrażalne historie, wsiedliśmy do pojazdu i po krótkim sunięciu na ciut ciut zatrzymaliśmy się w Bożkowie, by jednocześnie i zachłysnąć i wkurzyć, że niszczeje romantyczny, barokowo-klasycystyczny, pudrowo różowy, zwieńczony prześwietnymi wieżami, dachami, lukarnami Pałac, którego rajskości nie oddaje wykonane wątpliwej jakości aparatem zacienione zdjęcie (generalnie jest tak kolosalny, że nie wiadomo pod jakim kątem go ustawić, by w ogóle ująć):
A ostatniego dnia skierowaliśmy się do Czech: najpierw do miejscowości Náchod – tam poznaliśmy dziwne, miniaturowe, jakby zamierzchłe muzeum wózków dziecięcych Kočárků a panenek, w którym panowała sekretna, trochę horrorowa, zakurzona atmosfera, a trzeba podkreślić, że poza szeroko uśmiechniętym właścicielem w kowbojskim kapeluszu byliśmy tam zupełnie sami.
Na ścianach wisiały skomplikowane projekty, ciekawostki techniczne w postaci patentów różnych produktów, a sale (parter i piętro) były naszpikowane tabunem wózków, wózeczków, dla plebsu i szlachty, z wikliny, plastiku, materiału, sztywne i mięciutkie, szykowne, pospolite, z daszkiem i bez, z koronkowymi, falbaniastymi kołderkami, śpiworami, zasłonkami, parasolkami, hamulcami, cztero- i trójkołowe, letnie i zimowe, no wózkowe zatrzęsienie.
Pośród nich taki powozik z zaprzęgiem na… kozę
Sanki
Rowery
Hulajnogi
Bujaki
Kołyski i łóżeczka (gwałtem przypomniały mi się stare filmy, w których kwilące pacholątka umierały w podobnych na febrę, ospę czy krztuśca… serio)
Przeszywające, niczym zaklęte lalki
Sklepik z winami, ciastkami, warzywami, owocami i marmoladami
Pawilon z tkaninami
Kapitalne dziergane kapelusiki
I nie tyle zaskakujący sikający chłopczyk, co…
…ta psychodeliczna lalka
Przypieczętowaniem całego pobytu była wyprawa do Dvůr Králové, do Safari Zoo, które od tradycyjnego różni się tym, że raz jest bardziej dzikie, zwierzęta częściej dreptają i wylegują się nie w klatkach, lecz za murami, na gigantycznych rozmiarów przestrzeniach, a dwa istnieje możliwość przejazdu między nimi Afrika truckiem (50 minut) lub Safari busem (30 minut) – My wybraliśmy to drugie.
Normą jest to, że bracia mniejsi stają na drodze i nie mają zamiaru zejść, ale: to ich królestwo, więc czeka się aż postanowią ruszyć z miejsca.
Był i moment na piankowe cappuccino w safariańskim kubeczku
A ta wiewióreczka bezwarunkowo łuskała słonecznik – nie interesowało jej nic poza tym
Z równowagi wytrącało mnie siadanie dzieciorów na wielbłądach i osiołkach, które były smutne, podminowane i upienione ze zmęczenia; stuprocentowo sprzeciwiam się takim „atrakcjom”, gdzie zwierzę ciągnie wóz z chichrającymi nomadami, ewentualnie przewozi na grzbiecie jakieś podrostki – no ale kasa, tylko kasa się liczy.
Cętkowana żyrafka, która w sposób wysmakowany pozowała do zdjęć (chyba lepszy miała prawy profil, bo częściej go prezentowała)
Uwielbiam ten pasiak
Timon
Pumba (autentycznie zasuwał na zgiętych nadgarstkach i pędem wciągał wszystko jak leci)
Trąbalski
Kiciusie
Zirytowana nadmiarem turystów połowica Mufasy
Roześmiana hiena (nie miałam pojęcia, że to takie olbrzymy)
Franklin
Ten największy waży 250 kg! A ten na uboczu, nie wiedząc, że go obserwuję, zerknął w lewo, potem w prawo, otworzył paszczę, wywalił język i wpakował astronomicznych rozmiarów liścia kapusty.
Ryba z prawie że ludzkim nosem i wyłupiastymi oczami
Ta ptaszynka plątała się z Nami, a na głowie miała coś w rodzaju czerwonego, plastikowego, błyszczącego kasku
Smukłe, dostojne, pełne krasy flamingi
Wąż kusiciel (ten nie znoszący sprzeciwu wzrok)
Wyluzowane małpki
I nie mniej wyluzowany Goryl Kacper
Mogłabym tu zostać, zamieszkać, wśród zwierząt, które kocham czysto, bezbrzeżnie, za naprawdę wiele…
W taki oto sposób wakacje w Kudowie-Zdroju dobiegły końca, a My, My mamy wspaniałe wspomnienia 🙂
Wszystko wyglada wspaniałe! Zazdroszczę pobytu 🙂 A jedzenie jem oczami 🙂
Zapraszam do mnie: http://www.ann-swear.blog.pl
A na żywo było jeszcze lepiej, zapewniam 😉 Kawę faktycznie podają tam genialną. Będę zaglądała!