„Kiedy ludzie nie znają faktów, zaczynają je wymyślać, a to, co wymyślą, jest dużo bardziej fantastyczne niż prawda” – „Czarownice nie płoną” autorstwa Jenny Blackhurst

Legenda głosi, że ludzie byli kiedyś lepsi, ale to oczywiście nie jest prawda: po prostu było ich mniej i nie mieli dostępu do mediów społecznościowych, więc nie dało się tych podłości tak rozgłosić – naturalnie w tym obszarze stale się doskonalą. Mimo to potrafili, bo chcieli czynić bezeceństwa wszelakie: od terroru, wojen, obozów, masowych mordów, bestialskich eksperymentów, poprzez grabieże, gwałty,  krucjaty, aż do jednostkowych prześladowań psychicznych, wykluczeń, kłamstw, ośmieszania, awanturnictwa, szykan, bijatyk, a wszystko z zazdrości, chorego pragnienia władzy (może też popularności?), nietolerancyjności, czasem strachu przed nieznanym, czasem nudy, a czasem z jakiegoś takiego niedowartościowania (pomijam tutaj zaburzenia psychiczne, biorąc pod uwagę jedynie zaburzenia serca, sumienia i wrażliwości).

Było też coś takiego jak… polowanie na czarownice, czyli po przeprowadzeniu śledztwa (istniał do tego specjalnie powołany system prokuratorsko-śledczy i lekarski), wysłuchaniu świadków i poddaniu próbom (gorącej lub zimnej wody, wagi, łez bądź ognia) oraz udręczeniu wymyślnymi torturami (na przykład przypalanie, rozszarpywanie piersi, łamanie kości, krzyżowanie, wyrywanie poszczególnych części ciała, unieruchamianie na krzesłach wyposażonych w kolce i żelazne, rozgrzewane do czerwoności siedzenia, mocowanie na szyi obręczy z ostrzami, wbijającymi przy każdym poruszeniu w brodę i mostek) stawiało się przed „wymiarem sprawiedliwości” osoby, które osądzano o uprawianie magii, latanie na miotłach, niszczenie plonów, sprowadzanie chorób, niepłodności, spółkowanie z piekielnymi mocami, itp. skazywano na śmierć (spalenie na stosie, ścięcie na szubienicy), chłostę, wypędzenie z miejsca zamieszkania albo wypłacenie pieniężnej rekompensaty rzekomemu poszkodowanemu.

Cóż… ludzie chyba w ten sposób i się mścili i poszukiwali winnych dla swoich lęków, zabobonów oraz wydarzających się tragedii – publiczne unicestwianie zła dawało im spokój ducha.

I o takich durnych wierzeniach oraz nikczemnościach właśnie jest książka, którą ostatnio przeczytałam, czyli „Czarownice nie płoną” autorstwa Jenny Blackhurst.

To smutna i dramatyczna historia 11-letniej Ellie Atkinson, która po straceniu rodziców i małego braciszka (zginęli w pożarze) jest przerzucana z jednej rodziny zastępczej do drugiej, bowiem uznaje się, że jest potworem, wiedźmą, mścicielką, świadomie sprowadzającą na ludzi liczne nieszczęścia (bo akurat jak się gdzieś pojawi i jest rozgniewana, to zaczynają się dziać dziwne oraz złe rzeczy: czy to w sklepie, czy w szkole, czy na ulicy), co sprawia, iż sama zaczyna dywagować nad tym czy to, co mówią, co szepczą do siebie kiedy sądzą, że ich nie słyszy, jest prawdą? Może naprawdę jest zła? Czy da się sprawić, aby coś się stało, tylko tego pragnąc? (…) A jeśli to prawda, jeśli rzeczywiście jest jakimś złym odmieńcem, to już nigdy w życiu z nikim się nie zaprzyjaźni. Bo przecież może skrzywdzić każdego, zanim zdąży go polubić? Nie, lepiej trzymać się z dala od ludzi, nie szukać przyjaciół, a już na pewno nikogo nie kochać. Dopóki to wszystko się nie wyjaśni. Chyba nie na zawsze, tak sądzi, ale nie ma bladego pojęcia, jak długo to może potrwać. Ani jak siebie naprawić.

I gdy akurat znajduje się w domu Sary Jefferson, to temu społecznemu linczowi i tym podłym podszeptom zaczyna się bliżej przyglądać 36-letnia Imogen Reid – pracownica instytucji wspierającej system pomocy psychologicznej w szkołach, która po ugodowym wypowiedzeniu pracy z prywatnej firmy „Morgan and Astley” (po tragicznym obrocie sprawy dotyczącej chłopca Calluma Waltersa) powróciła z Londynu do rodzinnej, znienawidzonej Lichoty (uważa, iż to miejsce ma fatalną energię, do tego kojarzy jej się z przykrym dzieciństwem) i razem z mężem Danem (który w przeciwieństwie do niej pała entuzjazmem, bo po pierwsze ma nadzieję, że tutaj będzie miał wenę do pisania, po drugie odnajdzie błogie wytchnienie, a po trzecie doczeka się upragnionego potomka) zamieszkuje w domu zmarłej matki.

Niestety, nie ucząc się na wcześniejszych błędach, i w ten przypadek Imogen emocjonalnie angażuje się zbyt bardzo, w efekcie zaczyna łamać prawo i zaniedbywać pozostałe obowiązki, ale tutaj, poza przykrymi konsekwencjami, są również te pozytywne, bo uzmysławia, że Ellie rzeczywiście wie wiele rzeczy, których nie powinna wiedzieć, ponieważ jest dla ludzi przezroczysta, niewidoczna. Przy takich dzieciach-duchach ludzie się otwierają, uchylają maski, ponieważ prawie nie zauważają ich istnienia. Jeśli dodać do tego nieprzeciętną inteligencję, stanie się oczywiste, że Ellie będzie widzieć i wiedzieć znacznie więcej niż przeciętne dziecko w jej wieku.

Ellie to bardzo zagubiona, skrzywdzona i nierozumiana dziewczynka, w której ludzie wzbudzają i wątpliwości co do własnej osoby i strach przed samą sobą (bowiem zwiększanie presji i wymyślanie różnych sposobów na udowodnienie nadnaturalnych umiejętności może doprowadzić do załamania nerwowego, potem testowania wmawianych możliwości, a w efekcie popadnięcia w obłęd) i wrogość oraz agresję wobec innych.

Zatem kto jest czarnym charakterem?

Na to pytanie odpowiedź znajdą zaintrygowani 😉

„Czarownice nie płoną” to naprawdę dobry, pełen mrocznej atmosfery, „zjawisk parapsychologicznych”, zaskakujących zwrotów i absurdalnej ludzkiej logiki thriller psychologiczny (413 stron – Wydawnictwo Albatros – przez wzgląd na lekki styl czyta się błyskawicznie) opowiadany z perspektywy Imogen oraz Ellie. Dialogi są ciekawe. Akcja wartka. Fabuła spójna. Nic się nie dłuży ani nie nudzi. Bohaterowie nie posiadają jakichś głębokich portretów psychologicznych, ale dobrze się z nimi obcuje.

To książka o traumach, zbiorowej histerii i nagonce, ludzkim zacofaniu, kompleksach, plotkach, o zadawaniu krzywd, lęku przed nieznanym, pogardzie, zazdrości, braku akceptacji, toksycznych relacjach, nieumiejętności komunikacji, nieodpowiednich wyborach, interpretacjach i ich przykrych następstwach.

Trzyma w napięciu i dostarcza multum rozmaitych emocji.

Polecam.

*a do książki gorąca kawa i ziarenka kawy w polewie jogurtowej

 

Ta dziewczyna nie musi nikogo dotykać, żeby zrobić to, co chce.

Kiedy wtrącają się dorośli, robi się bałagan.

Jak to możliwe, żeby przez dziesiątki lat utrzymywała się w murach ta sama woń?

Dzieci traktują psychologów jak lekarzy, nauczycieli i policjantów: należy się ich bać, dopóki się nie upewnisz, że nie masz kłopotów.

Ludzie zawsze się boją rzeczy, których nie rozumieją.

Czasem dobrze mieć kogoś, przed kim można się wygadać, nawet jeśli to niczego od razu nie zmieni. Może to brzmi niewiarygodnie, ale nieraz wystarczy powiedzieć komuś, jak się czujesz, żeby poczuć się lepiej.

Kiedy ludzie dodają dwa do dwóch i wychodzi im pięć potrafią wyrządzić długofalowe szkody, czasem poważnie kogoś skrzywdzić.

To duże ryzyko mieć odmienne zdanie.

Litość jest lepsza od strachu i nieufności. Litością można się posłużyć.

Sny są jak duchy, ulotne; po przebudzeniu nie sposób ich pamiętać, jeśli one tego nie chcą.

Intrygują nas rzeczy, których nie umiemy wytłumaczyć, a mimo to nie chcemy dopuścić do siebie myśli, że te rzeczy dzieją się w prawdziwym życiu.

Nie można ciągle ratować świata. Czasem trzeba poprzestać na uratowaniu siebie.

Nie wierzę, że biologia wyznacza to, kim jesteśmy. Jesteśmy owocem kultury, nie natury.

Na tym polega problem z dorosłymi. Są ciągle tacy roztargnieni. Nie mają pojęcia. Nie mają pojęcia, gdzie się kryją prawdziwe zagrożenia. A jeśli ich nie widzą, to jak mają cię przed nimi ochronić?

Bo co można powiedzieć człowiekowi, w którego życiu zapanowała żałoba? Dla którego dobre rady i frazesy brzmią płytko i nieszczerze, który nie pragnie niczego innego, tylko cofnąć czas i coś zmienić. Cokolwiek.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Literatura, Literatura i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *