„Nie jest prawdą, iż miłość wyciera się, ubożeje lub gaśnie od długiego użycia” – „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” autorstwa Mario Vargasa Llosy

Poznaję topografię drzew własnymi zmysłami i własną wyobraźnią; robię to po swojemu, bo tylko tak odczuwam ekscytację – nie zważam na reguły i wyznaczniki.

Potykam się w myślach i na prostej drodze, ale nie mam sobie za złe.

Wyłapuję dźwięk roztrzaskującej o chodnik łupiny kasztana.

Do nosa wdziera się zapach błękitnego dymu.

Uciekam i wracam.

Tak naprawdę nigdy tu nie będę.

 

Rozochocona masowo pochlebnymi opiniami odnośnie „Szelmostw niegrzecznej dziewczynki” autorstwa Mario Vargasa Llosy zakupiłam, otulona samotną ciszą usiadłam w fotelu i z drżącymi rękami otwierałam, oczekując czegoś niesamowitego, czegoś, co odbierze mi oddech, zniewoli umysł, zaburzy myśli, ubarwi sny, a okazało się, że to przdlekturowe drżenie było pierwszym i ostatnim jakie się u mnie pojawiło…

 

Ta historia ma swój początek latem 1950 roku w Limie, w dzielnicy Miraflores, w której po śmierci rodziców, razem z ciotką Albertą mieszka 15-letni Ricardo Somocurcio, bo właśnie wtedy poznaje Chilijeczkę Lily, czyli jego zdaniem ucieleśnienie kobiecej kokieterii o pełnych warach, oczach barwy ciemnego miodu oraz seksownych ruchach, nie stroniącej od dwuznaczności i opowiadania pieprznych dowcipów. W Lily zakochują się absolutnie wszyscy chłopcy, ale ona sprawia wrażenie, jakby sobie z tego nic nie robiła – prawda okazuje się zupełnie inna: Lily nie tyle jest niedostępna, co kłamie, ponieważ wstydzi się swojej biedy, a gdy zostaje na tym przyłapana po raz pierwszy rozpływa się w powietrzu.

W tym czasie Ricardo zdobywa dyplom adwokata i realizuje swoje odwieczne marzenie, jakim jest wyprowadzka do Paryża, gdzie dostaje pracę jako tłumacz języka hiszpańskiego (bo papierek z peruwiańskiego uniwersytetu nie ma tu żadnego znaczenia), ale na tym nie poprzestaje, ponieważ uczy się również rosyjskiego i przekładu symultanicznego. Właśnie tutaj zaprzyjaźnia się z grubym Paulem, który należy do MIR-u (Ruch Lewicy Rewolucyjnej) i zapalczywie poszukuje chętnych do wysłania na przeszkolenie wojskowe na Kubę – wśród nich zjawia się towarzyszka Arletta, czyli Lily („niegrzeczna dziewczynka”), z którą przeżywa kilka uniesień, ale nie mogąc jej zapewnić potęgi i bogactwa, a więc tego na czym jej najbardziej zależy, ulatnia się na Kubę, gdzie wychodzi za mąż za starego i łysego dyplomatę Roberta Arnoux – potem go okrada i porzuca dla jeszcze bogatszego brzuchacza Davida Richardsona, z którym zamieszkuje w Newmarket, ale i jego zostawia, wyjeżdża do Tokio i staje się poddaną Kuriko swego wpływowego Pana Fakudy – ten jest szczególnie okrutny i dosłownie ją upadla, zatem postanawia się od niego wyzwolić i wpaść wprost w sprawdzone ramiona „biednego tłumaczyny”/”chudopachołka”, który zawsze wiernie na nią czeka, a gdy pomaga jej się podnieść fizycznie i psychicznie, ofiarowując siebie, stabilizację oraz wszystko, co ma najlepszego (nawet bierze z nim na chwilę ślub), to w podziękowaniu pryska z małżonkiem organizatorki wesel, u której podjęła pracę, bowiem takie zwyczajne i ubogie życie ją obrzydza, a kiedy Ricardo, za sprawą młodszej o 20 lat Marcelli, wreszcie się podnosi i postanawia wynieść do Madrytu, to… „niegrzeczna dziewczynka” (która tak naprawdę ma na imię Otilita) i tam go dopada.

 

„Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” to książka, która znudziła mnie do tego stopnia, że nudziłam się już na samą myśl, że mam przysiąść i przeczytać choćby kilka stron (no ale jak już zaczęłam, to postanowiłam skończyć, przynajmniej po to, by dać sobie prawo do krytyki), a jest tu tych stron wcale nie tak mało, bo 380 (Wydawnictwo Znak) i to gęsto zadrukowanych małą czcionką.

Nie wiem czemu, ale klimat tej powieści kojarzy mi się z „Przepiórkami w płatkach róży” Laury Esaquivel, która, mimo że nie wywarła na mnie prawie żadnego wrażenia (poza niesamowitą pasją do tworzenia potraw, która jest tu tak bezkresna, niemalże magiczna, że dosłownie przenika i aż czuć jej zapach), to nie sprawiała, że byłam chora, gdy tylko brałam ją do ręki.

Tym, co szczególnie zawiodło jest postać „niegrzecznej dziewczynki”, która zamiast kusić, zaciekawiać czy zapierać dech w piersiach zwyczajnie mnie irytowała i nawet męczyła: okazała się niemrawa, w głupi sposób zakłamana, próżna i pozbawiona jakiejkolwiek ekscytującej tajemnicy – liczyłam na femme fatale, a otrzymałam bezpłciową ślicznotkę.

Fabuła mnie nie wciągnęła, bohaterowie okazali się bezbarwni, a dialogi drętwe.

Nie znalazłam ani porywającej erotyki, która pod wpływem czytania poruszyłaby moją fantazję, kazała zazdrościć albo zadziałała na ciało (wręcz przeciwnie: sceny łóżkowe są przedstawione w infantylny sposób), ani nawet pięknych opisów krajobrazów – zamiast tego jest cała masa wypisanych jednym ciągiem nazw ulic czy kawiarni.

Całość ratuje ślepo zapatrzony w ukochaną Ricardito, który poprzez swoje męczeństwo, naiwność i podatność na manipulację, stał się tu dla mnie symbolem miłości absolutnej, miłości prawdziwej, choć niszczycielskiej – to bardzo przygnębiająca postać, która swoje życie poświęciła na czekanie na kogoś, kogo sobie wyidealizowała, przez co autentycznie mu współczułam.

Współczuję też sobie, że w ogóle zdecydowałam się przeczytać tę książkę, bowiem pragnęłam emocjonalnej uczty, a otrzymałam… mdłą mamałygę; mdłą do tego stopnia, że żaden fragment nie potrafił mnie ani rozpalić, ani wzruszyć, ani nic zupełnie.

Sekret szczęścia, a przynajmniej spokoju, leży w tym, żeby umieć oddzielić seks od miłości. I, o ile to możliwe, wyeliminować romantyczną miłość z życia, bo to ona sprawia, że człowiek cierpi. Tak żyje się spokojniej i lepiej się bawi.

Życie jest dżunglą, w której triumfują najpodlejsi.

Strach to też choroba.

Dla każdego z nas życie w prawdzie jest trudniejsze niż życie w kłamstwie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Literatura, Literatura i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *