„Nigdy już nie będę człowiekiem, który nie był na wojnie” – „Horyzont” autorstwa Jakuba Małeckiego

Pod utkaną w kasztany plandeką jesiennego nieba wznoszę toast za własne tęsknoty i niepokoje, bo to taki toast, który mogę wznosić wiecznie.

Wiatr chciałby roztrzaskać zwierciadło tego, co było, bym miała szansę pozbierać i wyrzucić, ale nie ma racji: może posklejam to na nowo, ale w nie mniej przykrej konfiguracji, a sklejając, wielokrotnie zranię się w dłonie.

Są ludzie, którzy nigdy nie zapominają i z pewnością ja do nich należę.

Są ludzie, którzy wchłaniają smutek, a radość traktują pobieżnie, bo ona jest taka chwilowa – lubi zwodzić i umykać Kłamczucha jedna.

Są ludzie, którzy stale pakują do plecaka i nie potrafią pozbyć się złego, dlatego też całe życie chodzą z ugiętymi kolanami.

 

Książki Jakuba Małeckiego już od jakiegoś czasu były na mojej liście „na pewno do przeczytania”, ale ponieważ „na pewno” nie ma nic wspólnego z „szybko lub teraz”, to tak sobie je przesuwałam w czasie, zastępując innymi, i aż teraz kręcę głową nad swoją głupotą, bo zachęcona puszczoną w kinie zapowiedzią „Horyzontu” wreszcie sięgnęłam i już wiem, że mogłam wcześniej zatapiać się w tych przestrzeniach, które przygnębieniem tak doskonale obrazują stan mojej Duszy.

 

To bolesna historia 36-letniego Mańka Małeckiego, który po powrocie z Afganistanu cierpi na zespół stresu pourazowego. Maniek razem z przywiezionym z wojny żółwiem Wemkiem zamieszkuje w kawalerce na warszawskim Mokotowie i ciągle ma poczucie, że nikt go nie rozumie poza tymi, co byli tam z nim – tylko oni posługują się znanym mu językiem, bo on stanowi już zupełnie inny gatunek człowieka: permanentnie zmęczonego, ale nie mogącego zasnąć, biernego (nic go nie obchodzi, ponieważ prawdziwym problemem jest to, gdy strzelają), podejrzliwego i czujnego, któremu wydaje się, że każdy krzywo patrzy, mając złe zamiary, do tego ludzie zaczynają go irytować – te wszystkie zapatrzone w siebie głąby, które o niczym nie mają pojęcia – a zwłaszcza to, że na ulicy taki głąb wygląda właściwie tak samo jak koledzy z misji – że nie sposób tego z zewnątrz jakoś rozróżnić. Po pewnym czasie mężczyzna dochodzi do wniosku, że najlepszą opcją jest powrót na wojnę, bo raz, że udowodni ile jest wart, a dwa, że nic nikomu nie będzie musiał tłumaczyć, ale wie, iż z czasem ta potrzeba się wzmaga i chciałoby się być wyłącznie tam, więc dowódca mówi, by odpuścić, bo zaczyna się świrować. Druga opcja jest taka, by nie wracać, lecz wtedy i tak się świruje, bo po prostu nie potrafi się żyć – Maniek nie wraca, ale ta historia nigdy nie ma dobrego zakończenia: spodziewałeś się, że po powrocie będziesz kimś, może nawet bohaterem, a jeśli nie, to chociaż właśnie kimś, ale wyszło zupełnie inaczej.

Rozregulowany na wielu poziomach Maniek ma szansę się wyzwolić, bowiem podejmuje wyzwanie, by spisać prywatną relację z Afganu, ale dręczą go wątpliwości, bo przecież nie da się na papierze odwzorować całego tego złożonego świata, tego ciągłego strachu zlepionego z ekscytacją, z radością, z poczuciem dumy, a jeśli się da to jak?

Kluczem okazuje się próba zbliżenia do siostrzeńca Dawida poprzez stworzenie bajki, która potem zamienia się w specyficzną opowieść, a stara się ją zinterpretować mieszkająca w tym samym bloku co Maniek 24-letnia absolwentka kulturoznawstwa Zuza Krawczyk, na co dzień zajmująca tworzeniem dialogów do gier komputerowych; poznali się przy pralce i połączyło ich zamiłowanie do bułgarskiego rapu (i pewnie też ogólnożyciowe zniechęcenie) – ta znajomość jest bardzo trudna i nieoczywista, bo ciążą nad nią demony przeszłości, a swoją przeszłość Zuza przypadkowo, za sprawą zmagającej z demencją Babci Marianny, która bierze ją za swoją zmarłą tragicznie córkę Elę (czyli matkę Zuzy), dopiero zaczyna poznawać, gdy odwiedza ją w dawnym Królestwie, gdzie kiedyś babcia puszczała głośno muzykę z gramofonu, wywoływała fotografie ptaków, grała w karty z koleżankami i upijała wiśniową nalewką – obecnie jest to Rupieciarnia, ale w dalszym ciągu można się wsłuchać w jej szumy, chrobotania i zgrzytnięcia.

Jest tu też znudzony wybryk natury w postaci Miętowego, który był z Mańkiem na wojnie, a po powrocie całe dnie ucieka przed przeszłością, zarzynając otrzymaną od Zuzy konsolę – ta ucieczka nie do końca mu pomaga, bo decyduje się sięgnąć po to skrajne, czyli próbuje popełnić samobójstwo – tym razem ratuje go Maniek, ale odtąd już nigdy nie wiadomo czy nie zdecyduje się sięgnąć po to ponownie.

 

„Horyzont” liczy 334 strony, ale jest napisany w taki sposób, że to niewiele (w zasadzie można przysiąść i pochłonąć za jednym razem): przede wszystkim uderza autentyczność postaci (są wykreowane tak „normalnie” i tak realnie, że ma się wrażenie ich obecności), do umysłu których czytelnik ma możliwość zerknąć, by poznać ich marzenia, lęki, sekrety i wspomnienia.

Towarzyszące czytaniu napięcie nie wynika z wartkości akcji czy jakichś szczególnych zaskoczeń, ale z tego, że panuje tu klimat beznadziei i niepewności, bo „Horyzont” to powieść o niemożności odcięcia (lub w przypadku Zuzy chęci poznania) od przeszłości i niemożności, a jednocześnie ogromnej tęsknocie za stabilizacją oraz drugim człowiekiem.

Tutaj dominuje cierpienie, strach, samotność, trauma, zagubienie, próba pogodzenia ze stratą, czasem obojętność, a na pewno spanikowana, choć przemożna próba uporządkowania rzeczywistości na nowo, bo jak to głosi dziara na przedramieniu Mańka: chaos jest początkiem nowego świata.

Ta książka wzrusza i dołuje, ponieważ podobnie jak życie: ani nie daje jednoznacznych odpowiedzi, ani nadziei na to lepsze.

Daje za to wiele refleksji i wspaniałych opisów, bo te drobne kawałki zwykłego życia, 45 minut zmarnowanego dnia później, miłość od pierwszego odsłuchu, tożsamość i cudze pożegnanie w kopercie, stawanie u brzegu olbrzymiego wolnego dnia, czas późnej kawy, czerwone słońce roztopione tuż nad nierównym horyzontem, dzień rozszarpujący mrok, centrum miasta kujące niebo wieżowcami, przystanki napęczniałe ludźmi poruszają estetyczne struny, ale ponad nimi jest coś jeszcze, co dosłownie wgryza się w Duszę, czyli wspomnienie wschodów słońca, które Maniek oglądał w trakcie wojny:

Najpierw ciemność zaczyna wyglądać tak, jakby ktoś powoli dolewał do niej wody. Dzieje się to coraz szybciej, aż nagle wyblakła plama pęka pośrodku. Czerwona szczelina rozciąga się i rozszerza: horyzont jest jak kawał żelaza, w który ktoś tłucze młotem kowalskim. Z pęknięcia wylewa się płynny metal, formując płaski dysk, a potem półokrąg. Nagle wszystko staje się pomarańczowe: góry, piasek i ja. Jakby zabrakło innych kolorów.

„Horyzont” podejmuje również temat literackiej fikcji, bo jest to książka o pisaniu, które pozwala się rozliczyć, oczyścić, zrozumieć, trochę odkryć, a trochę zatuszować, wszakże nie od dziś wiadomo, że pisanie ma cudowne właściwości terapeutyczne, bo w indywidualny dla piszącego sposób wyzwala go z tego, co boli najbardziej.

Bardzo polecam.

Nawet ludzie, którzy są mili i w porządku, kiedyś tracą przecież cierpliwość.

Pewne rzeczy z wiekiem nie przechodzą.

Świadomość, że w każdej chwili mogę odebrać sobie życie, bardzo mnie uspokaja. Miło jest wiedzieć, że w razie czego wystarczy odrobina wysiłku i wypisujesz się z tej gry, w której masz jedno życie i w którą grasz, czy tego chciałeś, czy nie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Literatura, Literatura i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *