Ten świat, tak jej obcy… – o Virginii Woolf

Jakiś czas temu napisałam, że będę czytała książki Virginii Woolf, niemniej jednak istotna jest dla mnie również jej osoba, dlatego też zaczęłam studiować literaturę, która odnosi się właśnie do niej samej. Znalazłam tak wiele frapujących informacji, że postanowiłam się nimi tutaj podzielić.

*przy tworzeniu tego wpisu korzystałam z następujących pozycji:

1. „Wielkie szalone”, oprac. Sybille Duda i Luise F. Pusch, przeł. Aleksandra Górska, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 1999.

2. Virginia Woolf, „Chwile istnienia: eseje autobiograficzne”, przeł. Maja Lavergne, Wydawnictwo książkowe Twój STYL, Warszawa 2005.

* z tych książek pochodzą również wszystkie cytaty

banner_woolf

źródło ilustracji: http://www.savageonline.co.uk/wp-content/uploads/2014/03/banner_woolf.jpg

  images

źródło ilustracji: http://www.librarising.com/astrology/celebs/images2/T-Z/virginiawoolf.jpg

httpi47.tinypic.comoa9ndg.jpg

źródło ilustracji: httpi47.tinypic.comoa9ndg.jpg

Virginia Woolf przyszła na świat 25 stycznia 1882 roku, w domu pod numerem 22, przy Hyde Park Gate, w zamożnej dzielnicy Londynu – Kensington (Nasz dom stał obok gołego ceglanego muru przy końcu Hyde Park Gate, która nie prowadziła donikąd, ale tworzyła małą, zamkniętą pętelkę, wychodzącą od wielkiej głównej ulicy biegnącej z Hammersmith do Piccadilly; miała w sobie coś z ulicy we wsi. Słyszało się kroki postukujące o chodnik. Większość przechodzących kłaniała się sobie przy spotkaniu. Można ich było rozpoznać, kiedy się zbliżali.). Pochodziła z dość zamożnej rodziny, usytuowanej w wyższej warstwie klasy średniej, określanej przez intelektualizm. Ojciec – Leslie Stephen – miał wtedy 50 lat, z kolei matka – Julia – 36. Oboje byli wdowcami. Pierwsza żona Lesli’ego – Minny (córka znanego powieściopisarza Thackeraya) – zmarła nagle, będąc w zaawansowanej ciąży, a z tego małżeństwa pozostała mu 12-letnia, ciężko upośledzona córka – Laura. Natomiast śmierć męża Julii – prawnika Herberta Duckwortha – którego kochała bezgraniczną miłością, już na stałe pogrążyła ją w ogromnej rozpaczy. Z tego też powodu, ponad własne siły fizyczne, postanowiła opiekować się chorymi oraz nieść pocieszenie osobom pogrążonym w żałobie. Z Herbertem miała troje dzieci: Stellę (13 lat), Geralda (12 lat) i Georga (14 lat). Mimo licznej gromadki, Leslie i Julia doczekali się jeszcze wspólnych dzieci: Vanessy, Thoby’ego, Virginii, Adriana. Życie rodzeństwa toczyło się według rygorystycznych norm ustalonych przez ojca: ścisłe godziny nauki, posiłków, spacerów, uczestnictwo w przyjęciach, toczenie nadzwyczaj poważnych rozmów, czytanie na głos. Ten kodeks, mający stabilne podstawy w epoce wiktoriańskiej (epoka piękna, umiaru, współczucia, braku egoizmu), uzupełniały surowe zasady moralne: prawdomówność, powściągliwość, wstydliwość, seksualna czystość – aczkolwiek dzieci już bardziej ukierunkowywały się ku epoce edwardiańskiej – stąd niekoniecznie zgadzały się z bezkompromisowym regulaminem. Jednak pomimo tego, w tej rodzinie, tak naprawdę byt był radosny, codzienność hałaśliwa; rodzice, ośmioro dzieci, siedem osób służby i pies. Do tego należy dodać częste wizyty krewnych, przyjaciół, znajomych. Jednakowoż to nie dom był „rajem dzieciństwa” Virginii, lecz dzierżawiona letnia willa Talland House, w St. Ives, jednej z rybackich wiosek w Kornwalii, gdzie Stephenowie co roku spędzali w niej kilka miesięcy:

Nasz dom, Talland House, stał poza miastem, na wzgórzu. Dla kogo zbudowała go Great Western Railway, nie wiem. To musiało być w latach czterdziestych czy pięćdziesiątych; kwadratowy dom, jak rysunek dziecka; odznaczający się jedynie płaskim dachem i balustradą z krzyżującymi się drewnianymi palikami, która biegła wokół dachu, znowu jak coś, co rysuje dziecko. Stał w ogrodzie, który zbiegał po zboczu i uformował się w oddzielnie ogrody okolone gęstymi żywopłotami z eskalonii, której liście, zgniecione, wydzielały bardzo miły zapach. Było tyle zakątków i trawników, że każdy dostał nazwę: ogród kawowy; fontanna – misa, z której kapała woda, okolona wiecznie zielonymi krzewami; boisko do krykieta; Zakątek Miłości, pod szklarnią, gdzie rósł fioletowy klematis(…)

I to właśnie tutaj Virginia zaznała niczym niezakłóconej radości, najwspanialszych chwil „rzeczywistych”, „momentów istnienia”, które stawiała w opozycji do „nieistnienia”, „waty”, o czym sama napisała:

Każdy dzień zawiera więcej nieistnienia niż istnienia(…) Te poszczególne chwile istnienia były jednak osadzone w znacznie większej liczbie chwil nieistnienia. Już zapomniałam, o czym rozmawialiśmy z Leonardem przy lunchu i przy podwieczorku; chociaż to był dobry dzień, dobro było osadzone w czymś w rodzaju nijakiej waty. Tak jest zawsze. Wielkiej części każdego dnia nie przeżywa się świadomie. Chodzę, jem, widzę różne rzeczy, zajmuję się tym, co trzeba zrobić: popsutym odkurzaczem, dyspozycjami co do kolacji, napisaniem poleceń dla Mabel, praniem; gotowanie obiadu, oprawianiem książek. Kiedy dzień jest zły, proporcja nieistnienia jest o wiele większa(…) Tak więc kiedy byłam dzieckiem, moje dni, tak sam jak teraz, zawierały dużą proporcję tej waty, tego nieistnienia. Tydzień za tygodniem mijał w St Ives i nic nie zostawiało na mnie żadnego śladu. Potem, z nieznanego mi powodu, nastąpił gwałtowny wstrząs; coś wydarzyło się tak gwałtownie, że pamiętam to przez całe życie.

Niestety, jakakolwiek szczęśliwość została przerwana przez śmierć zaledwie 49-letniej matki (przemęczona pracą, zmarła w wyniku powikłań pogrypowych), po której z natury nadwrażliwa i nerwowa Virginia już nigdy nie potrafiła się podnieść (mimo, że matka była dla niej obiektem tęsknoty, raczej nieuchwytnym, to od zawsze obserwowała ją z uwielbieniem, wyobrażając sobie wspólne spędzanie czasu). Właśnie wtedy Virginia, oscylując między rozpaczą a nienawiścią, przeżyła swoje pierwsze załamanie nerwowe; słyszała głosy, cierpiała na potworne bóle głowy, była nadmiernie pobudzona lub niesłychanie przygnębiona, bała się ludzi, ostatecznie postanowiła, że po prostu przestanie czuć, cokolwiek. A wraz ze śmiercią Julii nastał dla dzieci zły okres, bowiem ojciec całkowicie koncentrował się na własnym strapieniu; siedział przy stole, jęcząc, wybuchał głośnym płaczem i krzyczał, że pragnie umrzeć. Wszystkie obowiązki wzięła na siebie 26-letnia Stella, wnosząc trochę światła w tę ponurą atmosferę. Wszakże los bywa okrutny, i zabrał również ją, a wraz z nią wszelkie poczucie radości i bezpieczeństwa. Virginia szukała pocieszenia w pisaniu, które już od najmłodszych lat sprawiało jej ogromną przyjemność, bardzo szybko doznała uczucia przejrzystości słów, kiedy przestają być słowami i stają się tak intensywne, że wydaje się, że się ich doświadcza; przepowiada się je, jak gdyby były rozwinięciem tego, co się już czuje. I pisząc uprawiała swoją metodę czynienia życia pojmowalnym, stawiania rzeczywistości słów w miejsce własnej jaźni. Bowiem uważała, iż:

Słowo ma władzę nad lękiem. Tylko pisanie mogło być próbą samouzdrowienia, polegającą na ponownym scaleniu rozbitego „ja”, jak sama stwierdziła:

Jedynie ujmując w słowa, czynię z tego całość; ta całość oznacza, że cios traci zdolność zadania mi bólu; być może przez to, że pisząc, usuwam ból, znajduję wielką przyjemność, składając poszczególne części w całość. To jest bodaj największa przyjemność, jaką znam. Zachwyt, kiedy pisząc, mam wrażenie, że odkrywam, co przynależy do czego, właściwe stworzenie sceny, stworzenie postaci.

A ból towarzyszył jej chyba od zawsze, czasem nawet nieuzasadniony albo niezrozumiany przez otoczenie, gdyż nie potrafiła ująć go w słowa, odpowiedzieć: dlaczego? Już w dzieciństwie odbywało się w niej „coś”, co oddalało ją od zachowania normy równowagi psychicznej:

Poza tym jestem tak okropnie zmienna. W mgnieniu oka z gorącej zmieniam się w chłodną, bez żadnej przyczyny(…)

Nie wiem, jak dalece różnię się od innych ludzi(…) Jednak żeby opisać siebie w sposób prawdziwy, konieczny jest jakiś wzór do porównania; czy byłam bystra, głupia, przystojna, brzydka, namiętna, zimna?

A na pewno nie pomogły temu epizody molestowania seksualnego przez dwóch przyrodnich braci: gdy była małą dziewczynką, 18-letni Gerard posadził ją na kamiennej płycie, na której stawiało się naczynia i dotykał najintymniejszych części jej ciała, z kolei wiele lat później George rzucał ją na łóżko, po czym namiętnie całował, obejmował, pieścił, twierdząc, że jest to forma pocieszenia, łagodząca boleść związaną z ciężką chorobą ojca. Virginia była ofiarą seksualnego, kazirodczego wykorzystania, czego nie potrafiła ani usunąć ze swojej pamięci, ani zracjonalizować; milczała i w tym milczeniu się zamykała, sekretnie nienawidząc „zbrukanego ciała”. Postanowiła uczynić się niewidoczną oraz nieatrakcyjną, toteż prowadziła głodówki – chciała zniknąć, skryć się. Dodatkowo odczuwała wstręt do jedzenia, gdyż George pochłaniał łapczywie duże ilości pokarmów, i to w łańcuchu skojarzeń, łączyło się pisarce ze zwierzęcą zachłannością, bestialstwem – w niczym nie chciała być do niego podobna. Była wręcz przekonana, że jej ciało jest odrażające; obrzydliwe usta, brzuch, które domagają się pożywienia – miała z tego powodu poczucie winy, więc świadomie odrzucała pożywienie.

Z coraz częściej pojawiającymi się atakami szaleństwa Virginii nie potrafiła sobie poradzić jej siostra Vanessa, więc poprosiła o pomoc dawną przyjaciółkę rodziny – Violet Dickinson, która zabrała ją do swojego domu w Burngham Wood. I właśnie tam, Virginia, po raz pierwszy próbowała odebrać sobie życie, skacząc z okna – nie było zbyt wysoko, więc uszła z życiem. Kolejny raz miał miejsce wtedy, gdy była mężatką; połknęła śmiertelną dawkę veronalu, ale i wtedy ją uratowano.

Virginia wyszła za mąż za Leonarda Woolfa (pochodził ze zubożałej rodziny żydowskiej, był jednym z dziewięciorga dzieci. By mieć możliwość nauki w szkole prywatnej, następnie na uniwersytecie, musiał ciężko pracować, by uzyskać stypendium. Później pełnił kolonialną służbę w dżungli; wprowadził tam surową dyscyplinę administracyjną, zajmował się biciem tubylców, wydawaniem wyroków śmierci i uczestniczeniem w egzekucjach). Leonard był trudnym człowiekiem i sam doskonale o tym wiedział. Miewał swoje humory i często wpadał w ponury nastrój. Był niesamowicie pedantyczny, sporządzał najróżniejsze listy, wykazy. Mimo wszystko pokochał Virginię miłością namiętną (a była ona doprawdy piękną kobietą) i bardzo przejmował się stanem jej zachwianej psychiki, nieustannie rejestrując znaki nadchodzącego załamania (wywoził ją wtedy do zakładu do Twickenham, dbał o wypoczynek i dobre odżywianie). Był względem niej troskliwy, cierpliwy, wręcz uparcie walczył o jej zdrowie.

Niestety Virginia na samym uczuciu miłości się zawiodła, bo całkowicie odbiegało ono od jej młodzieńczych wyobrażeń, które powstały w wyniku obserwacji starszej siostry Stelli i Jacka:

Była dla mnie jak rubin; ta miłość, którą wyczułam zimą, kiedy byli zaręczeni, płonąca, czerwona, czysta, intensywna. Dała mi koncepcję miłości, standard miłości, poczucie, że nic na całym świecie nie jest tak liryczne, tak muzyczne, jak młody mężczyzna i młoda kobieta pierwszy raz w sobie zakochani.

Odkryła, że u niej nie ma rubinu, żaru, lecz sympatia, ot taka sobie, zwykła. I o tę oziębłość również miała do siebie żal, o to, że nie jest prawdziwą kobietą a nieudacznicą. Dlatego też postanowiła urodzić dziecko, udowadniające, że jej ciało jest jednak do czegoś przydatne. Jednak kwestię ewentualnej ciąży Virginii zaniechało stwierdzenie lekarza, że akurat dla niej nie jest to bezpieczne rozwiązanie. Ciało już na zawsze pozostało jej ciężarem – pogwałcone, okaleczone, OBCE. Nigdy nie odzyskała fizycznej tożsamości. Aczkolwiek w jej życiu miał miejsce ciemny epizod zabarwiony erotycznie, a chodzi o długotrwały flirt z mężem Vanessy – Clivem (tak naprawdę wcale nie myślała o nim, lecz o swojej siostrze, którą darzyła ogromnym uczuciem – była o nią zazdrosna, gdyż tamta bezwzględnie pogrążyła się w miłości do swojego dziecka). Zasadniczo domniema się, że Virginia Woolf była kobietą homoseksualną (jedne się w niej zakochiwały, w innych ona), jednak to są domysły i nie ma na to żadnego potwierdzenia.

I o ile Virginia Woolf była oziębła w praktyce, to pod względem seksualnym bardzo wyzwolona w teorii. To wyzwolenie obudziło się w niej, gdy należała do cechującej się tolerancją obyczajową Grupy Bloomsbury, w której toczono dysputy, spierano się o podstawowe wartości, o zasady życia, przygotowywano teksty na rozmaite tematy, odczytywano na głos, komentowano.

 Zdarzało się, że Virginia Woolf była nieuprzejma, snobistyczna i złośliwa, ale nie okrutna w sposób bezpośredni (chyba, że miała napady swojej choroby – wtedy bywała nawet agresywna), bardziej komuś docinała. Cechowała się ogromną inteligencją, rozsądkiem, bujną wyobraźnią oraz zamiłowaniem do słowa – mówiła cudownie o rzeczach zwykłych, wprost „odlatywała”. Jej zamiłowanie do fantazji było dla niektórych osób drażniące. Rozmowna, dowcipna, chętna do plotek wśród ludzi, których dobrze znała (ponoć w ogóle lubiła mówić, więc rozmawiała sama ze sobą; zadając sobie na głos pytania, po czym udzielając odpowiedzi), ale częściej cicha, samokrytyczna, wstydliwa, podatna na zażenowania, powściągliwa, czasem zgorzkniała. Raniła ją ostra krytyka odnośnie jej książek – bardzo długo i intensywnie ją przeżywała. Była niesprecyzowaną mieszanką nieśmiałości i żywości, stąd podejrzewa się, że jej stany euforii, po czym nagłej depresji, zwątpienia, którego przyczyny nie umiała określić były spowodowane tym, że cierpiała na chorobę afektywną dwubiegunową (psychozę maniakalno-depresyjną), która niestety nigdy nie została u niej (być może trafnie?) zdiagnozowana.

A ponieważ pisarka nie potrafiła poradzić sobie z życiem „tu”, to 28 marca 1941 roku, w wieku 59 lat, wybrała życie „tam”. O godzinie 12.00 zostawiła dwa listy: jeden do Leonarda, który brzmiał następująco:

Najukochańszy, chciałabym Ci powiedzieć, że podarowałeś mi pełnię szczęścia. Nikt nie mógłby zrobić więcej niż ty. Proszę, uwierz. Wiem jednak, że nigdy nie zdołam przeboleć tego, że rujnuję Twoje życie. To ten obłęd. Nic, niczyje słowa nie są w stanie zmienić mojej decyzji. Możesz dalej pracować, a beze mnie pójdzie Ci to o wiele lepiej. Widzisz, nie potrafię nawet tego właściwie wysłowić, a to oznacza, że mam rację. Wszystko, co chcę Ci powiedzieć to to, że byliśmy w pełni szczęśliwi, dopóki nie pojawiła się ta choroba. I wszystko zawdzięczamy Tobie. Nikt nie potrafiłby być tak dobry, jak Ty byłeś; od pierwszego dnia aż po dziś dzień. V.

zaś drugi list był do siostry Vanessy, włożyła płaszcz, wzięła laskę, wyszła z Monk House w Rodmell, przeszła przez ogród, pokonała łąkę, zeszła na brzeg rzeki Ouse, do kieszeni włożyła ciężkie kamienie i weszła do wody. Trzy tygodnie później ciało unoszące się na wodzie znalazły dzieci z Lewes. Tym razem jej się udało.

Virginia Woolf jest dzisiaj określana „bohaterką feministką”, „snobką z Bloomsbury”, „modernistycznym geniuszem”, „Jamesem Joycem w spódnicy” – i chyba to wszystko się zgadza, chyba, bo tak naprawdę nikt nie poznał jej niezwykle barwnej, lecz jednocześnie tak strasznie skomplikowanej psychiki.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii, Literatura i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *