Nadrabianie przeszłości – część X: „Kronika wypadków miłosnych” autorstwa Tadeusza Konwickiego + ekranizacja w reż. Andrzeja Wajdy

Taka jesień jak dzisiaj niech trwa wiecznie – niech rozwielmożni się w całym kalendarzu, nie zostawiając innym porom roku miejsca na istnienie. Niech będzie rudą egoistką z szeleszczącymi włosami, ciemnym brązem lub oliwką oczęt i naigloną od kasztanów suknią. Niech wystawia złocisto-brzoskwiniową twarz do nikłych promieni przytulnego słońca, a w wiatr zaszczepia boleściwość. Niech rozsiewa zapach grzybów, chryzantem, ciasta marchewkowego, wilgotnej ziemi, orzechów, imbiru, gorzkiej pomarańczy, deszczu, zapach chłodnej aury księżyca, kaszmirowego szala, namiętności kochanków i samotniczych spacerów.

Niech pozwoli…

…zatapiać stopy w miękkim mchu

…tańczyć wśród sypiących z drzew liści

…zbierać z traw poranną rosę

…rozmarzać się skrycie w wieczornej mgle

…gładzić jaskrawopomarańczową skórę ogrodowej dyni

…podziwiać rozkwitające dalie i pelargonie

…smażyć śliwkowe konfitury

…czytać i oglądać smutne dzieła

Oddychać, upajać, tęsknić, pragnąć i rozżalać – taka bądź!

Ja pochłonęłam właśnie książkę gorzko-słodką, gdzie gorycz historii, niepokoju i niezrozumienia, a słodycz emocji, nowości i wieku młodzieńczego. Książkę, którą Tadeusz Konwicki gdzieś przede mną ukrył, pozwalając mi poznać ją dopiero teraz – może bym z nostalgią zasmakowała przeszłości, powróciła pamięcią do tych młodzieńczych wrażeń? może bym wyczuła grozę i powagę tła? a może z jakiegoś zupełnie innego powodu – to nie takie ważne, bo najważniejsze, że przeczytałam „Kronikę wypadków miłosnych”, której lektura nakłoniła mnie również do obejrzenia ekranizacji w reż. Andrzeja Wajdy – nie żałuję ani pierwszego, ani drugiego!

To piękna, melancholijna, pełna świeżości doznań, ale nie pozbawiona smętku opowieść, której akcja rozgrywa się latem oraz wiosną 1939 roku na Wileńszczyźnie, o gorącej, pierwszej miłości pomiędzy uczniem ostatniej klasy szkoły średniej Witkiem a uczennicą żeńskiego gimnazjum Aliną. Chłopak pochodzi z dosyć ubogiej rodziny: jest jedynakiem, mieszka z umierającym  i ciągle proszącym o informowanie (gadają i gadają, a ja nic nie wiem, nikt mnie nie informujedziadkiem i samotnie go wychowującą matką Jadzią, ponieważ lata temu ojciec Michał, niesłusznie oskarżony o sprzeniewierzenie pieniędzy, powiesił się na dębowej gałęzi, z kolei dziewczyna wywodzi się z zamożnego rodu: jej ojcem jest surowy pułkownik Nałęcz, rezyduje w osadzonej na działkach wojskowych nowoczesnej willi z ogrodem, gdzie na co dzień obowiązki domowe spełnia najęta do tego służba. Mamie nastolatka bardzo zależy, by ten wzorowo zdał maturę i dostał się na medycynę, stąd przy pomocy próśb, gróźb, modlitw i zabobonów stara się wbijać mu do głowy, że sukces oraz pozycja są najważniejsze, dlatego powinien być silny, chłodny i skoncentrowany na nauce. Niestety, rodzicielka swoje, a młodzieńcze porywy serca swoje, bo gdy chłopak, wyręczając naczelnika pocztowego pana Kieżuna zanosi telegram do rezydencji Nałęczów natyka się na Alinę, to odtąd nie potrafi już przestać myśleć o długiej, kruchej szyi, spadzistych ramionach, popielatoaksamitnych włosach, pachnących rumiankiem, różowo-wrzosowych ustach i oczach, przypominających zupełnie płytką wodę rzeczną, toczącą się po omszałych kamieniach.  I mimo zapamiętałych tłumaczeń samemu sobie, że nie wystawi się na śmieszność, że jest zimny, wyrachowany i bez krzty sentymentów, poddaje się „samobójczemu amokowi”, zapada na „śmiertelną chorobę”, coś się w nim zaczyna budzić, jakieś przykre ruchy, ale znowu nie takie przykre, jakieś przemieszczenia, pulsujące wyrastania, jakaś gorącość dławiąca, jakieś obrzmienia, duszna gwałtowność do końca, a wszystko do tego stopnia, iż zakrada się pod dom wybranki, nocuje w lesie, wykrzykuje pod oknem miłosne wyznania, wyczekuje pod szkołą, opuszcza lekcje, w myślach, a potem już bezpośrednio błaga, by stanęła mu na drodze, błaga o spacer, pieszczotę, uwagę, w końcu o ślub, o ostateczność, bowiem przeciwny im jest podszyty atmosferą nadchodzącej wojny świat oraz ojciec dziewczyny, który nie chce, by ta związała się z niebogatym synem samobójcy, toteż i sam i z pomocą psa Rexa oraz przyszywanego kuzyna Sylwka stara się go przepędzić, w związku z tym młodzi postanawiają najpierw doświadczyć seksualnego uniesienia, potem zawrzeć symboliczne małżeństwo, a następnie odebrać sobie życie – czynią to po oblanej maturze Witka, najadając się durnopianu, co im się nie udaje, a okrutny los i tak ich rozdziela.

Niezwykle klimatyczne, w dźwiękach płynących z patefonu „Jesiennych róż”, dziwnych rozmów o bezsenności, wzbogaconych grami, tańcami, alkoholem oraz obleczonych aurą przestrachu, magii i erotycznego napięcia, są spotkania u trzydziestokilkuletnich sióstr: Olimpii i Cecylii Puciatówien, na które poza Witkiem przychodzi prawosławny Lowa, czyli Lew Tygrysowiczsyn starego niemieckiego Pastora Engel, czyli Engelbarth (choć wolałby Władysław Drewnowski, bo nienawidzi własnego pochodzenia) z podkochującą się w Witku siostrą Gretą Pan Henryk, o którym się zwykle mówi, że jest technikiem.

W powieści są także dwie ważne refleksje:

Pierwsza o tym, że w tamtych latach nikt nie chciał być młodym. Młodość była czymś wstydliwym, niepełnowartościowym, głupawym. Młodość była jakby karą bożą albo czyśćcem wymierzanym awansem (…) Wtedy gardzono młodością. Jeszcze nikt jej nie upiększył, nie uwznioślił, nie przedłużył aż do śmierci. Jeszcze nikt nie nauczył młodości agresji, drapieżnej supremacji, totalitarnego parcia. Jeszcze młodość nie wiedziała, że jest osobną kategorią biologiczną, że jest oddzielną formacją społeczną, że jest szczególnym uprzywilejowanym państwem w państwie powszechnego istnienia. Za tamtych lat dorośli chodzili wyprostowani, pyszni i czcigodni. Wymagali dla siebie szacunku, miłości, pełnego zaufania. Nie musieli się jeszcze kryć po kątach albo schodzić z drogi czy przebierać się i charakteryzować na młodych (…) A później nagle, nie wiadomo jak i kiedy, zwyciężyła młodość. Młodość wolna od kalectw, chorób i brzydoty. Młodość rozkochana w sobie. Młodość pełna pogardy dla niemłodych. Młodość piękna i długowieczna. Młodość z rozsypującymi się kodami uszkadzanych genów. 

a druga, że grzech spędzał sen z powiek, grzech odbierał apetyt, grzech kruszył nawet ludzkie sumienia, choć wydaje się to nieprawdopodobne. Widywano wtedy zbrodniarzy, którzy załamali się pod brzemieniem grzechu i wędrując aż do śmierci po świecie żebrali u ludzi i Boga o wybaczenie. Słyszało się wtedy o rabusiach, co w lęku przed grzechem zwracali ukradzione bogactwa. Spotykano wtedy cudzołożców ofiarowujących niebu swoje genitalia z zabobonnego strachu przed grzechem. Człowiek w owych czasach grzesząc spadał na dno piekieł, stając się kumem i totumfackim diabła, albo wzbijał się świętokradczo do nieba i zrównywał z Bogiem. Grzech miał skrzydła, grzech miał boską duszę, grzech miał siłę galaktycznego orgazmu. A potem ludzie raptem z dnia na dzień zapomnieli o grzechu. Grzech przestał być modny. Ukrywał się jeszcze pewien czas w kruchtach kościelnych, na wsi, u prostych ludzi. Aż w końcu chyba wymarł w zapomnieniu i pogardzie. Teraz ludzie myśleli o zbrodni, mówili o zbrodni, dokonywali zbrodni bez grzechu, zwykle i powszednio, tak jak się je, śpi, oddycha. I w ten sposób nasz świat stał się bezgrzeszny.

Fabuła jest również poprzecinana bieżącymi wydarzeniami społeczno-obyczajowymi (które albo zawierają odautorski komentarz, albo są go pozbawione) o tym, że Lidia Karszun obchodzi ambasady, poselstwa i konsulaty żądając wysłania jej za granicę w poszukiwaniu męża, Jadwiga Koziełł popełniła samobójstwo poprzez wypicie dużej ilości jodyny, co nie udało się Czesławie Zającównie (napiła się esencji octowej) ani Rozalii Motyl (ta z kolei spróbowała kwasu solnego), że sparaliżowana 11-letnia dziewczynka z Montrealu po ucałowaniu relikwii w oratorium św. Józefa została uleczona, że kiedyś konie wspólnie z ludźmi harowały, budowały i cywilizowały ziemię i będąc dziećmi ludzie bardziej potrafili je kochać, a jako dorośli niejednokrotnie je skrzywdzili, że w tamtych latach wszyscy chłopcy śnili samoloty, bo nikt nigdy nie widział ich z bliska, a jak weszły w życie codzienne, pracując, przenosząc z miejsca na miejsce, dźwigając ciężary i zabijając, wtedy już wszyscy przestali o nich marzyć, że przed Szpitalem Czerwonego Krzyża Stefan Karpp, z powodu odrzucenia, strzelił do Marii Jelonek, a potem do samego siebie, a Ślązaczka Anna Sowa, córka właściciela piwiarni Tura w Monachium twierdzi, że jest eks-narzeczoną Hitlera, że były student Józef Wilk chciał zamordować swoją narzeczoną Helenę Sójkę z powodu braku pieniędzy, a emerytowany urzędnik Izby Skarbowej Bronisław Gniadosz oswoił kruka do tego stopnia, że gdy zmarł, ptak w dalszym ciągu przylatywał na jego balkon.

W „Kronice wypadków miłosnych” urzeka zasobna, skoncentrowana na szczegółach, wręcz baśniowa, wyidealizowana, mityczna kraina, którą autor opisał niesamowicie plastycznym, lekkim, barwnym i poetyckim językiem, zakrapiając ją i romantyzmem i przedwojenną trwogą, która gdzieś tam unosi się w powietrzu, w pojawiających żołnierzach, w postaci przepowiadającego przyszłość wszechwiedzącego Nieznajomego; gdzieś się o niej napomknie, ale nigdy nie jest to rozwinięte, bo przecież nie chodzi o to, by dosłownie, a o to, by zachować kabalistyczną równowagę między nieuchronnością śmierci i zagłady a naznaczoną uniesieniami nastoletnią sielanką.

I te stoki leśne obfitujące w krzaki wilczych jagód, wilgoć na omszałych kamieniach i ogromne krople wilgoci błyskające kolorowymi iskrami, przemarzniętą żywicę, las, który szumi złowrogo głosem puszczy, z drzewami szumiącymi tonem podniosłym, głębokim i idącym w niebo, w zawiłych meandrach oplatając miasto, elektryczne lampy w mlecznych kloszach kołyszące się sennie na drewnianych słupach, mokre ogrody, stawy zatłoczone kijankami i trytonami, doliny ze skrzącymi drobinkami seledynowego światła, chude deszczyki podobne do mgły, szpiczasty wiatr, niewyraźne gwiazdy, słodki i trujący zapach czeremchy, skaliste chmury i ich miedziane okruchy, pokryte białym puchem łąki, kaniony wąskich ulic, żółte, wesołe motyle, niebo pełne raptownego błękitu i szybkich, milczących obłoków, wiosenne rozlewiska, łachy kaczeńców, piaszczyste drogi usiane młodymi ziołami, księżyc czerwony i brudny jak ze skrzyni pełnej kurzu i tajemnic, świerkowe pnie, mokre nici pajęcze, wysokie paprocie, kolumny dzikiego szczawiu, poziomki, głóg, polny koper i kruszynę – to wszystko sprawiły, że jakoś tak mi się żal zrobiło, gdy minęło 251 stron (Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”) tej cudnie nastrojowej powieści.

*kawa, orzechy i suszone owoce zawsze, ale jesienią jeszcze bardziej

Trzeba mówić. Ludzie potrzebują.

Lepiej nic nie wiedzieć.

Nigdy i nic nie trzeba brać od ludzi.

Współczucie jest jak łagodny szept niebios, jak pocałunek rozumnego przeznaczenia, jak ciepło cudzej obecności w mroźnych pustyniach wszechświata.

Nie wiadomo, co to miłość, a co dobre wychowanie, co wdzięczność,  co wygoda, co pamięć, a co wyrzut sumienia.

Bo my lubimy zaliczać, nasze pokolenie kocha zaliczać wszelkie jaskrawości świata. To jest nasz sport, nasz hazard. Rywalizujemy ze sobą w ilości zaliczeń. Czasem przecież wystarcza nam muśnięcie przygody, aby ją zaliczyć do swoich trofeów.

– Pan Bóg ciągle grozi końcem świata.

-Dlaczego Pan Bóg? Ludzie sami sobie mogą zrobić koniec świata.

Pewne koty, szczególnie tajemnicze i arystokratyczne, mają oczy podobne do dymu rozesłanego na niebie.

Dobrze jest uciekać przed codziennym trwaniem w jakąś wymyśloną przyszłość, w nie spełnione nigdy warianty losu, w odurzenie rozwydrzonej wyobraźni, ale najlepiej jednak pójść znajomą drogą wstecz, wrócić do starego gniazda, wmieszać się między ludzi, którzy nie znają jeszcze swego przeznaczenia, przebrać się w skórę młodości, przeinaczyć wypadki i zdarzenia, zanurzyć się w tajemniczym, niepokojącym tunelu praprzeszłości nie szukając sensu, logiki, usprawiedliwień, pragnąc jedynie szybko mijającej godziny ukojenia.

Mądra jest śmierć odkrywcy, dobra jest śmierć męża stanu, piękna jest śmierć żołnierza. A moja śmierć jest tylko dla mnie potrzebna.

Ohydne są wszystkie stare ciała, ale własne jest najohydniejsze.

A z tego żalu aż zerknęłam na ekranizację w reż. Andrzeja Wajdy, by poczuć tę historię jeszcze raz i… udało się, bowiem film po pierwsze jest dość dokładnym odwzorowaniem powieści, a po drugie zachowuje metafizyczny klimat rajskiej niedorosłości, charyzmy, dzikości serca i przyrody, poznania, przekraczania granic, witalności, poruszenia, wyroczni, utajonej katastroficzności, jaki występuje w książce, co tylko podkreśla wykorzystany na początku cytat Mickiewicza:

Jedna już tylko jest kraina taka,

w której jest trochę szczęścia dla Polaka:

Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie

Święty i czysty, jak pierwsze kochanie (…)

Ps. W rolę Aliny wcieliła się młodziutka Paulina Młynarska i wyszło jej to genialnie!

😉

źródło ilustracji: http://www.efilmy.tv/film,11453,Kronika-wypadkow-milosnych-1986-PL.html

źródło ilustracji: https://www.teleman.pl/tv/Kronika-Wypadkow-Milosnych-801093

źródło ilustracji: https://film.interia.pl/film-kronika-wypadkow-milosnych,fId,1401

źródło ilustracji: http://kinoelektronik.pl/events/event/syryjscy-zaginieni-sprawa-assada-3/

źródło ilustracji: https://film.interia.pl/galerie/zdjecie,iId,2194576,iAId,222137

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii, Literatura, Literatura i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *