Niezwyczajna zwyczajność, żarliwa oziębłość i emocjonalna makabreska w „Ostatniej rodzinie” Jana P. Matuszyńskiego

Niedziela. Wiatr Szanownemu Państwu w odświętnie wylakierowanych bucikach kapelusze z głów zrywa, figlarnie zaprzeczając temu wymuskaniu. Na pokaz. Teraz wszystko (a wiele na pewno) jest na pokaz i w zgodzie z panującym trendem, by się nie wyłamać niebezpiecznie troszeczkę, ze stabilnego toru nie wypaść, mając własne głośne zdanie, będąc sobą albo pojedynczo nie myśleć, bo trudniej się obronić, trudniej żyć. Kłującym deszczem zacina, rozmazując, pociągnięty rano żelazkiem, z efektem pary, I-D-E-A-L-I-Z-M. Więc tupią tak tup-tup z lekkim potknięciem, niezdarnie trzymając się za rąbki pudrowych i granatowych płaszczów weekendowych, skryci pod kiczowato ekskluzywnymi parasolami (piękno w skromnym czynie, nie zaś w wykrzyczanym słowie, czyż nie tak właśnie?), uciekając przed mrozem skrzętnie wychładzanych przez obojętność serc.

Jesień nie daje za wygraną, w kolorowe listki przystrajając rozległe parkingi, upchane wózkami marketowej rozpusty, i te ciche zaosiedlowe dróżki obstawione czerwonymi owocami głogu, gdzie z rozkoszą obserwuję taniec złotem usianych gałęzi, wypełnione wodą wyżłobienia i gęste od ciemnych chmur niebo – słucham tu ciszy.

W powietrzu unosi się zapach mokrego asfaltu przeplecionego nutą spalonych frytek. W tej scenerii Ja i On, zaopatrzeni w 2 butelki wody i złośliwie szeleszczącą paczkę mini wafelków ryżowych, podążający z zamiarem dyskretnego podglądnięcia na rozkładanym ekranie losów tych sławnych, bo artystycznych, niby inną nicią szytych, a nawet jeśli identyczną, to z odmiennej tkaniny duszy, bo z zewnątrz przeważnie to samo (no może poza tym wampirzym płaszczem Tomasza). Schodami ruchomymi wjeżdżamy (dzięki Ci Świecie za te schody, bo codziennie, kilka razy dziennie, zachrzaniam góra-dół po nieruchomych) na piętro kulturą filmową naznaczone, internetowo zarezerwowane bilety odbieramy (to też jest fajne; taka pieczątka przeświadczenia, że już prawie tam siedzisz), kolejki brak, krok w krok, jednym rytmem, jednym tempem prawie, na czerwonym pluszem obitych zasiadamy niczym współczesna szlachta, wyzbyci uczucia masowego zniecierpliwienia, rozglądamy się po oszczędnie ludem zapełnionej. Obowiązkowa reklama, dwie, jakiś konkurs, plakat, promocja, gasną światła, cichną rozmowy, na ekrany wkracza Złotymi Lwami na Festiwalu Filmowym w Gdyni nagrodzona „Ostatnia rodzina” w reż. Jana P. Matuszyńskiego. Pełne skupienie.

I tak w dzieje Beksińskich się zagłębiamy, mając dodatkowy powód, mianowicie tegoroczną obecność w ich rodzinnym Sanoku (bo tu artysta urodził się 29 lutego 1929 roku, jako syn Stanisława – inżyniera geometry, mierniczego przysięgłego oraz nauczycielki Stanisławy) stąpanie tymi chodnikami, zasiadanie w ulubionej kawiarni, zapoznanie z menu, pobyt w galerii, no i nie da się ukryć: wspólne zdjęcie na brukowanym rynku.

Patrzymy, czując, patrzymy, przeżywając, by zrozumieć i dowiedzieć się jak najwięcej (w związku z tym namierzam się jeszcze do zagłębienia w książkę Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret Podwójny”) o tej rodzinie, mówią, że dziwnej, że legendą śmierci naznaczonej, ale od początku: Zdzisław (Andrzej Seweryn) wywodził się z miejscowej elity, mimo to lat młodzieńczych nie wspominał dobrze, bo był bardziej wyśmiewany niż lubiany – typ skrytego, melancholijnego, wycofanego, kompletnie niezadowolonego z wyglądu, przerażonego własnymi snami samotnika. Od zawsze zafascynowany rysunkiem, malarstwem, rzeźbiarstwem, fotografią i sztuką filmową marzył o byciu reżyserem, operatorem oraz montażystą, ale za namową ojca o posiadaniu konkretnego zawodu ukończył architekturę na Wydziałach Politechnicznych Akademii Górniczej w Krakowie [tam też poznał przyszłą żonę Zofię (Aleksandra Konieczna), studentkę romanistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim], co umożliwiło mu otrzymanie pracy w w dziale konstruktorskim w fabryce „Autosan”, gdzie przygotowywał stylistykę prototypowych autobusów, projektował nadwozia i znaki graficzne, których innowacyjność niestety nie znalazła uznania władz. 26 listopada 1958 roku przyszedł na świat syn Tomasz (Dawid Ogrodnik), który niestety nie był potomkiem szczególnie chcianym i oczekiwanym (raczej podarkiem dla żony, by miała się czym zająć, gdy on tworzył), bowiem Beksiński dzieci zwyczajnie nie lubił, nawet brzydził się nimi, jak zresztą brzydził się bliskością, dotykiem (jak Ja go tutaj rozumiem; oczywiście nie popadam w paranoję totalnej separacji jak on, który z małżonką spał na oddzielnych łóżkach, ale  irytuje mnie, gdy ktoś – poza partnerem – sobie ot, po prostu, bo tak, przekracza granicę mojej prywatnej cielesności, czyli: kładzie mi ręce na ramionach, łapie za dłoń, obcałowuje, obejmuje w tali, gładzi po plecach, O ZGROZO – tam, gdzie moje ciało, zaczyna się moja intymność i jakakolwiek próba jej niepytanego, niespodziewanego przestąpienia konsternuje mnie, w efekcie niemiłosiernie wkurza), niedokładnością, gapiostwem, pospolitością, amorficznością  i chamstwem (Nade wszystko chyba nienawidzę chamstwa, i to chamstwa w znaczeniu: oglądania chama, obcowania z chamem, problemów chama i wreszcie chama samego jako takiego. Nie chama w znaczeniu przenośnym lub moralnym, lecz chama jako warstwy socjalnej). Od wychowywania odgrodził się swoją pracownią (generalnie odgradzał się od ludzi, od rzeczywistości – nie znosił wychodzić z domu, nie znosił być zapraszany do tego stopnia, iż nie bywał na własnych wystawach, spotkaniach z miłośnikami jego sztuki), w dyskusji traktując chłopca na miarę ukształtowanego dorosłego, emocjonalnie niczym obcego (ani go nie karcił, ani nie przytulał), a niedoświadczona w macierzyństwie Zosia nie do końca dawała sobie z tym radę sama, zwłaszcza, że Tomek był dzieckiem specyficznym: nie utrzymywał kontaktów z rówieśnikami, namiętnie oglądał westerny i filmy grozy, czytał i pisał mroczne opowiadania, chciał zostać wampirem, był również wyjątkowo inteligentny, kreatywny, arogancki, z doskonałym słuchem, kinematograficznymi i muzycznymi pasjami (kolekcjonował masę praktycznie niedostępnych zagranicznych płyt oraz kaset VHS, które dzięki znajomościom sprowadzał dla niego ojciec), co zresztą pomogło mu później zostać słynnym dziennikarzem, prezenterem radiowym, prowadzącym oryginalne audycje oraz tłumaczem z języka angielskiego. Zdzisław więc nie utrudniał, ale też nie ułatwiał: zamknięty w swoich ograniczeniach, natręctwach, wewnętrznych lękach, masochistycznych, często obrzydliwych upodobaniach wylewał je na płótna i płyty pilśniowe, co w 1964 roku, po wystawie zorganizowanej w Starej Pomarańczarni, zaowocowało pierwszym znaczącym sukcesem (sprzedał wszystkie dzieła), a kilka lat po tym, bo w 1977, gdy podjęto odgórną decyzję o wyburzeniu sanockiego domu, mieszczącego się przy ulicy Jagiellońskiej, wraz z żoną, synem, teściową Stanisławą Stankiewicz (Danuta Nagórna) i matką (Zofia Perczyńska) przeprowadził się do Warszawy na osiedle Służew nad Dolinką, na Sonaty 6, gdzie nie tylko pozostał już resztę swojego życia, ale też poznał Piotra Dmochowskiego (Andrzej Chyra) – kolekcjonera i promotora jego sztuki, z którym to nagrywał liczne wywiady (sam też prowadził dziennik foniczny, rejestrujący powszedniość), dodatkowo, kilka bloków dalej, bo przy ulicy Mozarta zakupił mieszkanie dla Tomasza (którego z troski podglądał przez lornetkę: tamten często napomykał o targnięciu na własne życie), a przede wszystkim odetchnął, mając perspektywę bytowania w mrówkowcu, dającym poczucie anonimowości. Mieszkanie to, znajdujące się za pancernymi drzwiami, przed którymi była kamera, stało się jego twierdzą, grotą, z nagromadzonymi przedmiotami, bowiem jak coś okazało się dobre, było sprawdzone, to kupował kilkadziesiąt opakowań (mydło, cukier, kawa, te same koszule/spodnie/szelki, papier toaletowy, piwo, żarówki, mleko skondensowane, pasztet w puszkach, wołowinę w sosie własnym) – lubił kontrolę, bał się nieprzewidywalności, zaskoczenia (w tym niezapowiedzianych wizyt), pająków, dalekich podróży, obcych, nocowania u kogoś, oficjalnych spotkań, stania w kolejce, czekania na windę, naczyń i sztućców, których ktoś używał (stąd korzystał z tych jednorazowych) – najmniejszy zgrzyt, dysharmonia przyprawiały go o nerwicowe biegunki. Beksiński był drobnostkowym odludkiem, ekscentrykiem pogrążonym we własnych obsesjach, które kontrolował poprzez sztukę i ukochaną Zosię (była ostoją, niesłyszalną bohaterką tego domu, sprawiała, że mechanizmy funkcjonowały sprawnie, nawet prowadziła samochód, bo ten nigdy nie zrobił prawa jazdy: niby bytowała na boku, ale tak naprawdę nadzorowała jego kosmos – zmarła nagle 22 września 1998 roku, w wyniku pęknięcia tętniaka aorty), której niestety na co dzień nie posiadał, zawiedziony otaczającą rzeczywistością, będący z powodu upadku ideałów w ciągłej depresji, wybuchowy, skrajnie niesamodzielny, także omotany siecią osobliwości Tomasz [wprost nie znosił: „babsztyli”, czyli tych marudzących, szeleszczących reklamówkami, torujących drogę, ciepłej, wygazowanej coli, deszczu, jedzących w kinie, komputerów, które tak ekscytowały jego ojca, kleru (tu jednego w szczególności), papierosów, piercingu, telewizji Polsat (nazywał ją „Polshit”), wyjazdów w naturę i zagranicę (zawsze intrygowała mnie w ludziach ta całkowicie niezrozumiała potrzeba nieustannego przemieszczania się z miejsca na miejsce bez wyraźnego powodu. Zamiast cieszyć się weekendem wolnym od pracy, wyjeżdżają na łono natury, gdzie gryzą ich komary, słońce przypieka na czerwono, a do spożywanego na trawie posiłku włażą mrówki i wpadają muchy. Albo jadą z ukradzioną komuś dziewczyną do Zakopanego, żeby romantycznie wdychać aromat owczych odchodów. Albo świadomie decydują się na potworne niewygody na tak zwanych działkach, gdzie żrą nadwęglone nad ogniem mięso, wdychają cuchnący dym z ogniska i śpią w iście spartańskich warunkach – podczas gdy wygodne mieszkanie z normalnym łóżkiem, łazienką z ciepłą wodą, telewizorem i lodówką stoi puste. Zboczeńcy, ani chybi! Zaś latem większość tego towarzystwa postanawia wyjechać na „wypoczynek”, z którego zawsze wraca się w stanie skrajnego wycieńczenia), rapu, uciążliwych sąsiadów, sportu, spóźniania, pobudki przed 13.00]; imponowały mu, pociągały go kobiety o pełniejszych kształtach, odziane w czerń, z czerwonymi ustami i silnym, demonicznym charakterem, istne famme fatale  – takich z kolei nie potrafił przy sobie zatrzymać. W końcu to niedopasowanie, ten brak nadzoru, kalkulacji i umiejętności wylania upiorów, która cechowała ojca (bo on raczej separował się, uciekał w świat fikcji, chłonął kolejne miłości, sztukę, pracę), 24 grudnia 1999 roku prowadzi do udanego, wcześniej subtelnie słuchaczom na antenie komunikowanego, samobójstwa (kilka razy już próbował; tym razem przedawkowanie środków nasennych okazało się skuteczne – dokonał zamierzonego, od lat czując się martwym od środka) – na następny dzień znalazł go ojciec, poinformowany telefonicznie przez zaniepokojoną Anję Orthodox (przyjaźnili się), która rozmawiała z nim tuż przed śmiercią. Śmierć żony, później śmierć syna sprawiły, że Zdzisław zredukował swoje życie do podstawowych czynności, zaś tymi domowymi zajmował się Kazimierz Handler, czasem pomagała mu żona i syn Paweł, który to 22 lutego 2005 roku, po odmowie pożyczenia kwoty na spłatę długu, zadał Beksińskiemu 17 ciosów nożem (w zamian udało mu się wynieść tylko 2 stare aparaty i trochę płyt). Ogromna ostrożność na nic się zdała, gdy zaufał w złym momencie komuś, kogo znał, sam kiedyś zresztą napisał: wraz ze zgrzybieniem narasta w człowieku lęk przed napadem. Wprawdzie do moich drzwi nie dzwoni dzwonek częściej niż raz w tygodniu, ale Jaroszewicz omylił się tylko raz w życiu i to wystarczyło. I tak zapewne kiedyś się omylę i to, co uznam za nieszkodliwą starszą panią w futrze, okaże się być niedźwiedziem – tak też się stało, bo jak widać: grunt, to nigdy nikomu nie ufać do końca.

Tym, co mnie zadziwiło w tym GENIALNYM filmie (bo ponoć ci, co ich znali, uznają, że aktorzy wspaniale wcielili się w role, bo odmitologizowano tragiczną historię i ciążącą klątwę, ukazano prozaiczność, doszczętnie odwzorowano rdzeń tej rodziny, koncentrując się na gestach, mimice, słowach, w rezultacie sprawiono, iż chce się sięgnąć po ciekawotki z nimi związane, poznać ich jeszcze bardziej) jest po pierwsze totalna modyfikacja moich wyobrażeń o Zdzisławie Beksińskim, którego zważywszy na atmosferę posępności, szaleństwa, brutalizmu, surrealności, erotyki wydzierającej z obrazów (nota bene nie nadawał im tytułów, wszak uważał, że to zamknie je w kręgu jednotorowej interpretacji, a jego zdaniem ich sens był taki, jak człowiek czuł, patrząc na nie w danej chwili; sam mawiał, że dopóki nie ukończy malowidła nie jest w stanie powiedzieć, co tam będzie, bo to go rozprasza i ogranicza, zaś on tworzy z głębi, bez jakichś twardych zamysłów) nakreśliłam w swoim umyśle jako istnego księcia ciemności, tymczasem otrzymałam postać dowcipnego, sympatycznego, wesołego, uprzejmego, ciepłego pana w okularach i kraciastej koszuli wciągniętej w jeansy, chadzającego po pospolitym mieszkanku, pozbawionym makabrycznych elementów, po drugie uzyskanie świadomości, że codzienność tej rodziny była tak naprawdę banalna, najnormalniejsza z normalnych, czyli spożywali posiłki, jeździli windą, długo zmagali się z problemami finansowymi, mieszkali na 3pokoleniowej kupie, mieli swoje rytuały, bolączki, marzenia, kompleksy, obawy, niespełnienia i dziwactwa, które tkwiły w nich gdzieś w środku, przez co w połączeniu z ponadprzeciętną wrażliwością ciężej było im się zsynchronizować ze światem zewnętrznym, ponieważ ze sobą zżyci byli nad wyraz, kochali się miłością niezmierzoną, tylko mieli problem z okazywaniem tych uczuć. Bo tym, co tak naprawdę ich wyróżniało był fakt, że w tej rodzinie znalazły się dwie niebywale utalentowane osoby: ojciec i syn, którzy stworzyli dzieła, poprzez ich obecność oraz ciągły dialog międzyludzki, dające gwarancję wieczności.

Jak każda sztuka, i ta Beksińskiego ma swoich zwolenników (nawet się mówi: fanatyków) i przeciwników. Ja po raz pierwszy tak świadomie zetknęłam się z nią w wieku 14 lat, kiedy to wracając do domu (zazwyczaj z nocnych spacerów) przechodziłam obok mini galerii, w której wisiały jego obrazy – od początku mnie oczarowywały, dosłownie, zwłaszcza te:

I trochę weekendowych-kinowych fotografii:

źródło ilustracji: http://moviesroom.pl/images/0.SIERPIEN-WRZESIEN/Konrad/08/ostatnia-rodzina-plakat-polski.jpg

źródło ilustracji: http://cdn1.se.smcloud.net/t/photos/t/534143/ostatnia-rodzina-trailer_26019401.jpg

źródło ilustracji: http://ewawojciechowska.pl/wp-content/uploads/2016/01/Ostatnia-rodzina-1-1024×576.jpg

źródło ilustracji: http://bi.gazeta.pl/im/a3/c7/13/z20738467Q.jpg

źródło ilustracji: http://ars.pl/wp-content/uploads/2016/09/Ostatnia-szansa_5.jpg

Autentyczne zdjęcia Beksińskich:

źródło ilustracji: https://ocdn.eu/pulscms-transforms/1/NKsktkpTURBXy81OGJjNGU1NjYwZmM5NzM3MjAyODllOGIyNWIxZjMyMS5qcGeSlQMAJ80D580CMZMFzQMgzQHC

źródło ilustracji: http://static.prsa.pl/images/a5e71e30-6551-4499-9bc9-e723b5225391.jpg

źródło ilustracji: http://horror.com.pl/sylwetki/obrazy/255.jpg

źródło ilustracji: http://www.biznesistyl.pl/lifestyle/po-godzinach/3697_zofia-beksinska-bohaterka-festiwalu-crazy-girls-w-cisnej.html

źródło ilustracji: https://maszynadoczytania.files.wordpress.com/2014/04/b1.jpg

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii, Film i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *