Przeobrażenie

Blask oczu sztucznie wykrzesany.

Wierzch Duszy gładko ociosany.

Bez skazy figurę wątłego ciała

wizja sprytnego profana nadała;

w wonności ziół za sprawą dłutku,

spijając z czary napój smutku,

wyrzeźbił siebie pomalutku.

W ciemnym, zamglonym krzewów ukrytku

złudnie wypełnił boleść ubytku.

Pragnąc przytłumić wewnętrzne łkanie,

zmówił bezgłośnie żarliwą litanię –

amokiem było gwiazd migotanie.

 

Pod mrocznym, chłodnym zwierciadłem nieba:

nic już nie trzeba. Nic już nie trzeba.

A wypłowiała toń jeziora

w błotnistych odmętach chowa upiora;

na żwirach brzegu przykuca pokora.

Bledną rojenne-senne obrazy –

Ci najwrażliwsi przerodzą się w głazy.

(autor: Ja)

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Moje wiersze. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *