Nadrabianie przeszłości – część XIV: „Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami” autorstwa Clare Compton + przepis na gorące placuszki

Wychowałam się w swojej głowie i w swojej Duszy, a nie w świecie, zatem nie dziwię się, że choć przeczytałam w dzieciństwie ogrom fenomenalnych książek, to równie wiele fenomenalnych pominęłam, jednak nie ubolewam, ponieważ mam możliwość nadrobienia, dzięki czemu mogę się zatopić w ten tajemny, rozbrajający obszar, który wymyślają i postrzegają w taki sposób właśnie dzieci – ale… ja też sobie sentymentalnie będę odczuwała, bo mimo że moje odczuwanie zawsze było dość ponure, to niewątpliwie nie brakowało mu magii.

A zanurzam się w słodką rzeczywistości „Cukierni »pod Pierożkiem z Wiśniami«” autorstwa Clare Compton.

 

11-letnia Ania oraz 6-letnia Prudencja nazywana Kicią na co dzień mieszkają razem z Tatą w małym domku 6 mil od Brystolu, ale kiedy kolega z pracy Taty niespodziewanie ulega wypadkowi, ten musi wyjechać na pół roku (od października do marca) do Australii, a że nie może zabrać córek ze sobą, to prosi o pomoc ich cioteczną babcię Zofię, która mieszka w Londynie. Dziewczynki są przerażone tak długą rozłąką oraz wizją przebywania u praktycznie obcej osoby w nieznanym sobie domu, ale po przyjeździe na miejsce czeka je szereg naprawdę wspaniałych przygód i niespodzianek, bo na peronie wita je przesympatyczna Klocia, która na wstępie wręcza im przewiązane tasiemkami celofanowe torebki, napakowane domowej roboty krówkami, dom okazuje się być wyśmienitą „Cukiernią »Pod Pierożkiem z Wiśniami«”, gdzie drzwi są pomalowane lakierem w kolorze płatków geranium, a okno wystawowe jest wybrzuszone i składa się z mnóstwa małych szybek ze szkła pełnego pęcherzyków, jak szkło na dnie butelki po lemoniadzie (…) I nawet hałas jest tu jakiś miły i wesoły, a tam królują oblane czekoladą biszkopty, suflety owocowe, grzanki z miodem, ptysie naładowane kremem, lepkie pierniki, bakaliowe babeczki, kolorowe ciasteczka, bułeczkami pokryte lukrem i zatrzęsienie innych, zapijanych aromatyczną kawą i herbatą z filiżanek ozdobionych czerwonymi wisienkami, które serwują bardzo uprzejme,  ubrane w srebrnoszare sukienki oraz czerwone fartuszki z falbankami kelnerki Shirley i Connie, z kolei cioteczna babcia Zofia nie jest chudą, zgryźliwą staruszką w okularach, z haczykowatym nosem i wiecznie ściągniętymi brwiami, lecz stosunkowo młodą, szczupłą, uśmiechniętą kobietą z krótko przystrzyżonymi włosami i śniadą cerą.

A tak zaskakująco miły początek może być jedynie wstępem do poznania nowych ludzi, miejsc, smaków, zapachów, odczuć i rekwizytów, czyli przeżycia genialnych przygód oraz zgromadzenia pierwszorzędnych wspomnień.

 

„Cukiernia »pod Pierożkiem z Wiśniami«” to bardzo apetyczna (chyba jedna z najbardziej apetycznych, na jaką się do tej pory natknęłam) powieść dla dzieci, licząca   278 stron, które są podzielone na 20 rozdziałów (Wydawnictwo Dwie Siostry). Druk jest duży i wyraźny, dzięki czemu książkę czyta się błyskawicznie, ale ta lekkość oraz przyjemność nie tyle wynika ze składu (choć wizualna estetyka naprawdę pomaga i zachęca), ile z samej fabuły, która jest wzruszająca, ciepła, kojąca, magiczna i mądra, do tego okraszona ślicznymi ilustracjami Marii Orłowskiej-Gabryś, kojarzącymi mi się z dziećmi na obrazach Danuty Muszyńskiej, czyli trochę cherubinkowe jak u Rubensa czy Perraulta, a trochę lalkowato-eteryczne, jakie malował Fritz Zuber-Buhler; co prawda nie jest to moja estetyka (chociaż podoba mi się czarno-różowa, oszczędna kolorystyka), bowiem nigdy nie zachwycałam się dziećmi na obrazach, tym bardziej charakteryzującymi takim słodkim, dziewczyńskim wizerunkiem, mimo to nie można odmówić im urokliwości (mnie po prostu bardziej ekscytuje makabryczne, marionetkowe, niemalże nierealne, zaklęte w baśniowym smutku piękno, które widzę i czuję u dzieci Marka Rydena, Nicoletty Ceccoli czy Krzysztofa Iwina) – poniżej prezentuję kilka z nich:

Tym, co ciut mnie niepokoi jest kreacja bohaterów, gdyż wszyscy są serdeczni, tacy do rany przyłóż, a rzeczywistość niestety tak nie wygląda, no ale… to nie jest rzeczywistość, lecz książka, więc można jej wybaczyć tę donikszoterię (sytuację ratuje mniej poukładana Kicia) 😉

O miłości. Przyjaźni. Tęsknocie. Wsparciu. Samodzielności. O zaufaniu. Podejmowaniu „dorosłych” decyzji. O odwadze. I spełnianiu marzeń.

Pełna przeżyć, smaków, aromatów, życzliwości, spokoju i poczucia bezpieczeństwa.

Taki odrobinkę wyidealizowany oraz zamierzchły świat widziany oczami dziecka.

Polecam!

Dorośli mają chyba zupełnie inne poczucie czasu.

Nie ma sensu tak ciągle gonić…

Dorośli często obiecują i potem zapominają.

Zawsze miło jest wiedzieć, że zrobiliśmy przyjemność naszym prezentem.

Nic tak nie podnosi na duchu jak filiżanka herbaty.

Że też przepraszanie to taka trudna sprawa!

To okropne nie wiedzieć, czy zrobiło się coś dobrze, czy źle.

Niewiele jest sytuacji bardziej nużących niż daremne czekanie na coś, co się nie chce zdarzyć.

 

W tego typu książce po prostu nie mogło zabraknąć przepisów na cudownie proste słodkości, które bez problemu może wykonać mały czytelnik, bo są to: gorące placuszki, chrupki czekoladowe, guziczki miętowe i daktyle nadziewane czekoladą oraz marcepanem; ja oczywiście wykonałam jeden z nich, ponieważ chciałam sprawdzić czy faktycznie coś z tego wyjdzie i wyszło, a skusiłam się na gorące placuszki, które po upieczeniu przypominają maleńkie, kruche bułeczki – akurat one nie zawierają cukru, więc znakomicie smakują, gdy jeszcze ciepłe przekroi się w poprzek i posmaruje masłem 😉

 

Przepis na gorące placuszki (mi wyszło 15 sztuk)

Składniki:

  • 250 g mąki pszennej (tortowej)
  • 40 g masła
  • około 125 ml mleka
  • 0,5 łyżeczki soli
  • 3 łyżeczki proszku do pieczenia

Sposób przygotowania:

Wszystkie składniki zagnieść na jednolite ciasto (mleko dolewać stopniowo). Gotowe ciasto rozwałkować na grubość kciuka i małą filiżanką lub okrągłą foremką wykroić ciasteczka.

Placuszki poukładać na blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 10-12 minut minut, w temperaturze 180 °C (do zezłocenia).

Wyjąć.

Można jeść na gorąco lub na zimno.

Najlepiej smakują przekrojone w poprzek i posmarowane masłem.

 

Zaszufladkowano do kategorii Ciasteczka, Literatura, Literatura, Przepisy | Otagowano | Dodaj komentarz

Kremówka (Napoleonka)

Cukierniczy klasyk, czyli Kremówka (Napoleonka): 2 płaty złocistego, listkującego ciasta francuskiego (użyłam tego gotowego z „Biedronki”, więc proces pieczenia był znacznie prostszy oraz krótszy), przełożonego ogromną ilością masy kremowej (domowy budyń na śmietanie 36% zmiksowany z miękkim masłem) i puszystej bitej śmietany, z wierzchu pokryty pierzynką z cukru pudru.

Chrupiące. Słodkie. Delikatne. Kremowe. Z posmakiem masła oraz wanilii.

Przyjemnie chłodzi. Pięknie, bo równo się kroi.

Jest przepyszne.

Ciastko idealne na każdą okazję;)

Przepis na kremówkę (forma o wymiarach 40×25 cm) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty; podaję z moimi zmianami)

Składniki:

Ciasto:

  • 2 płaty ciasta francuskiego (każdy po 300 g)

Masa kremowa:

  • 3 szklanki mleka
  • 1,5 szklanki śmietany 36%
  • 1,5 łyżeczki pasty waniliowej (można zastąpić nasionkami z 1,5 laski wanilii lub 35 g cukru waniliowego)
  • 225 g cukru
  • 9 żółtek
  • 4,5 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1,5 łyżki mąki pszennej (tortowej)
  • 200 g miękkiego masła

Masa śmietankowa:

  • 750 ml schłodzonej śmietany 36%
  • 3  płaskie łyżki cukru pudru
  • 2 fixy do śmietany

Sposób przygotowania:

Ciasto:

Na 2 większych blaszkach, wyłożonych papierem do pieczenia, rozłożyć gotowe płaty ciasta francuskiego i ponakłuwać je widelcem.

Piec około 25-35 minut, w temperaturze 200 °C (do ciemnozłotego koloru).

* w trakcie pieczenia ciasto będzie się puszyło, więc wtedy należy przekłuwać widelcem wszelkie nierówności – ciasto po upieczeniu powinno być dość cienkie.

Masa kremowa:

2 szklanki mleka zagotować z cukrem. Po zagotowaniu wlać śmietanę kremówkę oraz dodać wanilię – wymieszać, zagotować. W międzyczasie zmiksować w miseczce pozostałą szklankę mleka, żółtka, mąkę ziemniaczaną i pszenną, po czym wlać do gotującej się mlecznej masy, którą trzeba mieszać dość intensywnie (do momentu uzyskania konsystencji budyniu), by nie powstały grudki – schłodzić.

Masło utrzeć na jasną, puszystą masę, i cały czas ucierając, stopniowo dodawać budyń.

Masa śmietankowa:

Wszystkie składniki zmiksować tak, by uzyskana masa była gęsta, ale w dalszym ciągu puszysta.

Wykonanie:

Na pierwszym blacie ciasta francuskiego rozsmarować masę kremową – wstawić do lodówki na 1-2h. Po upływie wskazanego czasu wyłożyć na ciasto masę śmietankową i przykryć kolejnym płatem ciasta francuskiego. Wierzch posypać cukrem pudrem – schłodzić.

Przechowywać w lodówce.

Zaszufladkowano do kategorii Przekładane, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

„Niektórzy patrzą i dotykają, a przynajmniej się tym podniecają. U mnie powstaje jednak inny rodzaj podniecenia, zupełnie nieoczywisty. To jest takie czyste, sterylne. Ja po prostu patrzę” – „Patrzę” autorstwa Moniki Mostowik

Czasem chciałabym dostrzec, że słońce ma kolor marmolady i chciałabym poczuć pomarańczowy smak na języku.

Zamiast tego zawsze widzę oślepiającą biel księżyca i czuję smutny chłód na całym ciele. Albo głębiej. Jakbym znalazła się wewnątrz powietrznego wiru. Różnica polega na tym, że ten wir noszę w sobie. Ogłuszający i niszczycielski.

Czasem chciałabym bawić się błękitem nieba: odrywać fragmenty jego plasteliny i formować mikroskopijne filiżanki lub różdżki.

Zamiast tego zawsze wtapiam się w matową czerń nieba i patrzę. W jednej dłoni mam z kryształu uszczerbiony kielich, w drugiej zranioną gałąź.

Patrzę. Niby mimowiednie. Niespiesznie. Ale zawsze posępnie i drobiazgowo.

Doświadczam emocjami. Tworzę dialogi i historie. Aranżuję.

Bawię się. W ukryciu.

Ale nie mam skłonności do pudrowania, bardziej wbijam kolejno w palce odebrane kwiatom kolce.

By poczuć choć odrobinę.

By pozbawić się złudzeń.

By nie ufać.

Patrzę.

Widzę.

I dopisuję.

 

„Patrzę” autorstwa Moniki Mostowik, czyli zbiór 22 opowiadań, rozsortowanych na 3 rozdziały, które liczą sobie, pisanych drobnym drukiem, 326 stron (Wydawnictwo JanKa). To historie o kobietach, tak bardzo zakulisowe, że mogła je zobaczyć, odczuć i stworzyć tylko kobieta, bo to właśnie ten poziom zrozumienia oraz wrażliwości (co nie oznacza, że są przeznaczone wyłącznie dla kobiet). Nie da się tej książki czytać szybko, bo jest zbyt intymna, a w intymności należy się rozsmakować, podejść do niej czule, kiedy zajdzie potrzeba pląsać w rytmie, ale też momentami powściągnąć, wycofać i zerkać zza kotary, by dać szansę na nieodgrywanie roli, na brak kreacji; wtedy można wślizgnąć się do najtajniejszych i najmroczniejszych zakamarków trosk, obaw, pragnień, kompleksów, zawstydzeń, urazów czy wspomnień, wyczuć żal, pustkę, bezradność, zawód i osamotnienie, wszakże również pokrzepić dumą, zdecydowaniem oraz siłą, wspólnie przeżywając emocjonalne tsunami – to takie czytanie przypadkiem znalezionego w głębi szuflady, zamkniętego na złotą kłódkę pamiętnika, gdzie wszystko niekłamane, aczkolwiek ubrane w kobiecą metaforykę, bowiem język jest przepięknie poetycki, miejscami dosadnie bolesny niczym łyk gorzkiej kawy albo cierpkiego wina, co to kuszą puszystą pianką i intensywnym rubinem, a jednak skrywają w sobie gorycz.

Niepewności. Rozchwiania. I obłędy.

Niedopowiedzenia. Niedookreślenia.

Przeróżne namiętności i przeróżne ucieczki.

Umykanie. Wahanie.

Chaos. Tęsknota. Odosobnienie.

Popadanie w skrajności.

Badanie i ustalanie tożsamości w relacjach z innymi kobietami.

W skomplikowanych relacjach.

 

Fascynujące, dramatyczne i tak wielokształtne, że nie będę streszczała tych opowiadań, poprzestając na zacytowaniu przeszywających mnie fragmentów, by każdy, kto sięgnie, miał bolesną przyjemność z patrzenia. A każde oczy patrząc, uchwycą coś innego.

Ja wciąż patrzę i napatrzeć się nie potrafię.

 

Mi najbardziej podobały się: „Człowiek w studni”, „Taka ładna 2”, „Biopsja”, „W tańcu” i „Głód”.

I. Raz.

1. Patrzę

Niemożna liczyć na cud, trzeba po prostu wymyślać. Ona była taka właśnie, trochę  jakby wymyślona, nie do końca prawdziwa za tą szybą. Jak ciastka w cukierni, najpiękniejsze przeżycie, móc je tak oglądać, podziwiać, oblizywać się na samą myśl o tym, jak smakują wisienki na torcie, białe bezy, orzechowe makaroniki, ptysie i eklery, delektowanie się wyobraźnią, tworzenie własnych smaków.

Kiedy patrzysz, ludzie się zmieniają. Nabierają znaczenia. Opowiada się ich historia, choćby w ułamku sekundy. Kiedy wiedzą, że patrzysz, zaczynają odgrywać scenki. Czasem wcale nie swoje, czasem jest im w nich lepiej, czasem gorzej.

2.Pamięć

To ja byłam jej pamięcią, pamięć moim garbem.

3.Zapomnieć

Człowiek nie ma pojęcia, co potrafi jego ciało, kiedy się sprzymierzy z lękiem.

Od nowa, od początku, raz jeszcze. Wszystko przede mną, jeszcze raz mogę to przeżyć, nasycić się tym, cieszyć, pławić się w tych odczuciach, których tak mi brakowało, których zazdrościłam innym, że mają je jeszcze przed sobą. Te momenty, kiedy czułam,że wszystko już było, wszystkiego posmakowałam, nacieszyłam oczy i nic mnie już nie zdziwi. Teraz będę się cieszyć jak nowo narodzone dziecko, jak dziecko (…) Już nic nie mam. Nic nie działa, zepsułam się. Nie czuję nawet chłodu. A skoro nie czuję chłodu, to prawdopodobnie nic już nie czuję. Nie ma mnie, dopóki nie zdecyduję, że chcę być. Ale ja wciąż się boję, że jak już podejmę taką decyzję, jak tylko postanowię, że chcę i będę, to nagle się okaże, że już na to za późno. Że to wcale nie ode mnie zależy, że nie mam nic do gadania, a tym bardziej do postanowienia. Dlatego wolę nie robić nic, nic nie czuć, nie pamiętać.

Jak cieszyć się pustką? To taki rodzaj samotności na balu, pusty parkiet, wszyscy już wyszli albo, co gorsza, nikt nie przyszedł. Bo nie wypadało.

4.Tło

Nie można przecież powiedzieć, że nie widzi się nic. Zawsze się widzi, choćby ciemność, czarne tło, na którym nie pojawiają się obrazki.

5.W tańcu

Flamenco uczyło mnie celności. Potrafiłam być burzą, która zapala w oknach gromnice, i trzaskającym w kominku ogniem, zachłanną falą, która zmywa wszystko dokoła, robi sobie miejsce, rozpędza się, żeby się uspokoić. Nauczyłam się tańczyć w rytm deszczu i słońca, i nocy bez gwiazd. Zupełnie po omacku, jak niewidoma w mroku, potrafiłam odgadnąć przestrzeń, żeby zatańczyła ze mną. Jak niewidzialna, a jednak dawałam się odczuć.

Tańczymy dla siebie, nucąc w głębi duszy pewnie zupełnie inne melodie, a jednak potrafimy się zgrać. Bez dyrygenta, choreografa, bez żywej duszy, potrafimy tańczyć w parze, nawet całkiem osobno, nawet kiedy jesteśmy zupełnie gdzie indziej.

Flamenco uśmierzało mój ból. Pomagało tęsknić, zamiast udawać, ze zapominam.

Przecież świat nie po to jest taki wielki, żeby się w nim pogubić, ale żeby się cieszyć z tego, że się w nim ludzie odnajdują, choćby po przeciwnych stronach stołu. To tak samo cieszy w miejskiej dżungli jak na pustyni.

6.Głód

Cierpienie podobno zawsze pomaga twórczości. Nie pisze się przecież wierszy, będąc szczęśliwie zakochaną, ani nie maluje się obrazów, będąc w stanie równowagi i dobrobytu.

Pamięć jest złośliwa, wredna.

7.Ta mężczyzna

Ta cholerna polarność. Chyba wszyscy zapomnieli, że to wciąż dwa brzegi tej samej rzeki. Jakby nie było nic pomiędzy lodem a ogniem, dnem a szczytem i nie można było zbudować domu na zboczu wzgórza. Ta wasza polarność powoduje, że nie ma różnicy między wami a nimi. Traktuję was dokładnie tak samo. Nie widzicie szarości, robiąc czarno-białe zdjęcia do rodzinnych albumów.

8.Szkoła kobiecości

Podobno jednak trzeba z siebie wcześniej czy później pewne rzeczy wyrzucić, bo człowiek sam jeden tego nie udźwignie.

Gdzie ludzie zakopują te wszystkie wstrętne wspomnienia, żeby nikt w nie nie wdepnął, żeby się nie unosiły nad tą górą śmieci jakieś toksyczne opary, żeby nie piekły w oczy? Musi być takie miejsce, ale ja na razie upycham te odpady w sobie.

9.Człowiek w studni

Każdy kopie swoją studnię. Kiedy już pojawia się w niej woda, okazuje się, że jest zatruta, można w niej tylko utopić wspomnienia. Im bardziej chcesz zapomnieć, tym większe masz odciski od łopaty, w końcu nie możesz utrzymać nawet łyżki. Bo ziemia wcale nie jest taka miękka, jak obiecywała, ale przynajmniej jest szansa, że będzie bardzo pilnować tego, co się jej powierzy. W końcu możesz wrzucić do niej echo.

O niektórych rzeczach po prostu nie chcemy pamiętać.

Lżej się robi na duszy, kiedy się wie, że nie tylko nam się coś nie udaje, ale tylko przez chwilę. Po jakimś czasie żal jest jeszcze większy, że znowu nic z tego nie wyszło.

Lepiej jest założyć, że każdy ma jakąś drzazgę i obchodzić się z człowiekiem ostrożnie, próbować ją odkryć, a nawet wyjąć, niż udawać, że każdy jest normalny i wiedzie najzwyklejsze na świecie życie. Taka drzazga może być jednak bardzo niebezpieczna.

Łatwiej dotrzeć do głębi, kiedy się już wie, że każdy ma swoją studnie. Możesz do niej zajrzeć lub nie, możesz się nachylić lub wskoczyć i złamać kark, możesz spuścić kubeł na linie i nabrać wody, wylać ją na głowę, niech cię otrzeźwi, otworzy ci oczy. Możesz spuścić linę i wydobyć z niej człowieka, który wypił już wszystką wodę, co do kropelki.

10.Krzyż 

Dobrzy ludzie nic zazwyczaj nie mogą zrobić. Tylko tak patrzą zmartwieni, współczujący.

Ludzie potrafią krzywdzić na wiele wyrafinowanych sposobów. Potrafią biczować słowami, spojrzeniami, odwracaniem się plecami, to też pozostawia blizny.

11.Dom

Ludzie dziś są wyjątkowymi ignorantami.

II. Dwa..

1.Słońce

Brakowało mi słońca, tak samo, jak brakowało mi siebie.

Jakież to ludzkie, żeby tak nie doceniać starań.

2.Urodziny

Tak rzadko udaje się przecież odróżnić rozpacz od wściekłości.

W życiu nie chodzi o wspólny język, ale o to, żeby się rozumieć bez słów.

3.Biopsja

Mury tak szybko wyrastają. W nas.

Po co uczyć się na własnych błędach, skoro można od kogoś pożyczyć?

Świat sam nie wie, co nosi. Żal mi go.

Nie znoszę wytrzymywać. Wytrzymywać i powściągać jak sobie tego życzą.

Dziś wszystko zmienia się w mgnieniu oka, jest takie tymczasowe. Łatwiej znaleźć coś sprzed stu lat niż sprzed roku.

Ceni się tylko to, co uda się wydrzeć na polu walki, a nie to, co się otrzyma w prezencie.

Nawet jeśli uzbierasz garść okruchów, to nie znaczy, że masz kromkę chleba. Jak niby posmarujesz ją masłem? Wszystkie ci się przesypią między palcami.

Bezsilność jest jak nieistnienie. Albo istnienie pomniejszone o to, co najważniejsze.

Wstyd rodzi perwersję i wyuzdanie. Milczenie rodzi wrzask. Uległość zmienia się we wściekłość, a na to jeszcze nie wymyślono szczepionki. Łatwo być odważną, kiedy większość jest po twojej stronie, gorzej płynąć pod prąd, musisz umieć doskonale pływać, a nie tylko utrzymywać się na powierzchni.

Jeśli coś było i minęło, to nie znaczy, że nie ma po tym śladu. Jeśli coś tkwi głęboko, nie znaczy, że nie można tego usunąć; jeśli się z czegoś wyrosło, nie znaczy, że nie można się od tego odciąć. Nie ma nic bez szwanku, czasem to tak, jakby ci doszyto trzecią rękę w prezencie. To nieprawda, że to, co mnie czeka, nie ma na mnie wpływu już dziś.

Obrosłam mchem. Skorupa wrosła mi pod skórę, przypudrowałam ją i udaję, że nabrałam kolorów, że jestem pełna życia. A tak naprawdę mam nudności, jak tylko widzę poruszające się postacie na ulicy. Oni wszyscy czegoś ode mnie chcą (…) Chciałabym wreszcie coś poczuć. Spojrzeć, dotknąć, posłuchać i… Delikatny dreszczyk, pajączki pod skórą, ciepło na policzkach na widok czegoś pięknego, czegoś, co się komuś udało wreszcie albo ot tak, wyszło z niego, wyrosło, żeby się tym nie móc nadziwić, zapomnieć się na chwilę, żeby nie trzeba było nacinać sobie blizn tylko po to, żeby wreszcie coś poczuć (…) Składam się z akapitów. Nagle, w najmniej oczekiwanym momencie, przestaje pisać pióro, kończy się atrament albo kartka zaczyna zwijać się w rulon. Składam się z urwanych w połowie rozmów; kiedy nagle trzeba przerwać (…) Tonę w pustce, zatyka mi oddech. To jak nurkowanie bez aparatu. Nie możesz się tym cieszyć, bo wiesz, że zaraz zginiesz, że ten bezstan nie potrwa długo.

Jestem bajką, którą kiedyś opowiesz na dobranoc swojej nowej prawdziwej narzeczonej, tej na zawsze, na całe życie. Obie dobrze o tym wiemy i dlatego tak szarpiemy się ze sobą. Obie już dawno powiedziałyśmy sobie do widzenia.

Obsesyjnie myślę o tym, żeby obedrzeć cię ze skóry, tymczasem nie mogę nawet zedrzeć z Ciebie ubrania. Jest mi wstyd, kiedy kładę się do łóżka i przypominam sobie Twoje uciekające spojrzenie. Muszę Cię rozebrać, żeby zetrzeć z Ciebie ten impregnat, który Cię przede mną chroni. A rzeczywistość spotykam codziennie, lecz tylko wtedy, kiedy naprawdę daje się we znaki. Chcę Cię zawsze (…) Cały czas na Ciebie czekałam w miejscu niebudzącym podejrzeń, w końcu stałam się niewidoczna, a kiedy potknęłaś się o mnie, nie wierzyłam, że się zatrzymasz. Nadal nie wierzę, i czekam. W tym samym miejscu. Codziennie składam Cię z fragmentów, kawałków odgryzionych w pośpiechu mimo Twoich protestów. Muszę je teraz numerować,  żeby obraz, który z nich złożę, nadal pozostał Tobą. Myślałam, że nikt nie jest mi potrzebny, że ludzie tylko pozwalają odwrócić uwagę od pustki, którą w sobie noszę. Teraz, gdy nagle przestałam chcieć samodzielnie oddychać, gdy umieram z głodu, nie widząc Cię jeden dzień, albo gdy zostawiasz mnie bez ostrzeżenia choćby na godzinę, staję się jeszcze bardziej bezbronna. To jednak nie dotyczy innych. Dla nich nie mam litości.

– Jesteś piękna.

– Co masz na myśli?

– Ciebie.

– Ale co konkretnie, o co chodzi?

– O twoje oczy, biodra…

– Ale po co mi to mówisz?

– Żebyś wiedziała.

– Że co?

– Że jesteś piękna. Bo zachowujesz się tak, jakbyś tego nie wiedziała.

4.Nie do pary

Na drogach są osty, pokrzywy i ostre kamienie, a nie tylko kwiaty paproci i fiołki.

Nikt się nie przejmuje, czy jesteś szczęśliwa, czy nie. Wszystko sprowadza się do jakiegoś minimum, do zwykłej egzystencji, która niby ma jakąś wartość sama w sobie. Może wychodzi się z założenia, że jeśli się żyje, to się jest szczęśliwym, ale przecież nie ma już chyba nic bardziej mylnego. Dlaczego wszystkich zasmuca fakt, że komuś się już nie chce żyć, że ma serdecznie dość?

Uczę się być szczęśliwa sama dla siebie, po swojemu, naprawdę, ale najpierw muszę się wywrócić na lewą stronę, muszę wszystko wywalić do góry nogami, cały świat. Wszystko muszę zacząć od początku.

Wydaje mi się, że z dnia na dzień jest mnie coraz mniej, że sama przed sobą udaję, że w końcu będzie dobrze i kiedy nagle się okazuje, że w to nie wierzę, zaczynam wpadać w panikę. Przywieram do ciebie myślami. I to jest czasami takie męczące, nie mogę skoncentrować się na niczym innym, moje obsesje dają mi się we znaki.

Ale jestem w dziwnym stanie. Jakbym się wyłączyła. Z każdej strony bombardują mnie ludzie swoją troską, swoimi pomysłami na życie, sugestiami, aluzjami, a ja od tego wszystkiego wolę swoje bajki.

Tracę wiarę w to, że można się odrodzić z popiołów. Jestem popiołem, a wiatr otwiera okna.

5.Przesąd

Człowiek zawsze się gdzieś spieszy.

To niesamowite, jak ludzie tracą przy bliższym poznaniu.

6.Koty

Na świecie jest tyle dwuznaczności, żeby być dobrym, trzeba mieć zły humor albo popełniać błędy. Coś za coś. Ktoś cię pokocha, jeśli zupełnie o sobie zapomnisz i całkiem poświęcisz się jemu. Nie można mieć wszystkiego, coś za coś.

III. Trzy…

1.Ironia

Ironia w większych dawkach szczypie w język, trzeba przepijać ją obficie wodą.

Do wszystkiego, a zwłaszcza do siebie, trzeba mieć dystans, traktować życie na chłodno, żeby cię nie przyłapano na gorącym uczynku. Żeby nie posądzono o wrażliwość, trzeba być twardym, inaczej rozlejesz się jak budyń, a budyń to lubią dzieci w przedszkolu, dorośli ludzie tak się nie zachowują.

2.Nikt nie zauważył, że tu jestem

Ciało jest przebiegłe, skóra jest oporna, zawsze każe pamiętać. A ludzie boją się blizn.

Ludzie mówią bardzo dużo, ale bardzo niewielka część z tego nadaje się do zapamiętania. 

3.Taka ładna 2

Jest taka ładna, a taka połamana, jakby spadła ze schodów. Trzeba by ją włożyć w gips od stóp do głów, a ma ich trzy: w jednej ma pełno maku, w drugiej kolekcję robaków, a w trzeciej serce. Jest taka ładna, a taka rozsypana jak babka z piasku, którą ktoś wykluł z foremki i poszedł szukać pereł jak świnia. Jest taka krucha jak francuskie ciastko z konfiturą (…) Cała popękana jak porcelanowa lalka, każda jej część na innym straganie (…) Jest taka ładna, ale podrapana, bo się przedzierała przez różane krzewy, zamiast je obejść, jak wszyscy (…) Jest cała zakurzona, a jej pończochy jak pajęczyna prują się (…) Jest taka ładna, a taka posiniaczona, już dawno powinno się jej przeszczepić skórę, skórę słonia (…) Taka piękna, a taka zezłoszczona, jakby już nigdy nie miała zaznać spokoju. Taka ładna, a taka smutna, jakby jej o wszystkim powiedziano. Taka zmęczona, jakby zwymiotowała całą tę bitą śmietanę (…) Taka wiotka jak mgła, którą z trudem przebija światło latarni. Jest taka ładna, a taka ponura, chyba nigdy się nie roześmiała i stwardniały jej przez to policzki.

4.Lalka

Główną zaletą mojej lalki było to, że nie mówiła. Główną jej wadą, że nie była mną. Tyle razy ją prosiłam, ale za nic miała moje błagania. Była niewzruszona, nieżywa i jakby wcale jej się żyć nie spieszyło.

5.Bajka o siostrach

Były jej dwie. Dwie identyczne, zupełnie takie same, do nikogo innego niepodobne. Obie piękne na swój sposób nawzajem, od siebie zgapiały, bez opamiętania (…) Były dla siebie najważniejsze, karmiły się marzeniami, dodawały sobie skrzydeł, żeby przefrunąć każde bagno (…) Jedna była zwrotką, a druga refrenem. Nuciły tę samą melodię. Zazdrościłam im, bo ja byłam sama. Samiuśka. Czułam się przez to nie tyle niepełna, ile pusta. Drugiej mnie brakowało mi do szczęścia. 

Zaszufladkowano do kategorii Literatura, Literatura | Otagowano | Dodaj komentarz

Tort tiramisu

Pierwszym ciastem, jakie samodzielnie zamówiłam sobie w kawiarni (miałam jakieś 12-13 lat, a rzecz miała miejsce w „Consonni”) było tiramisu. Wtedy jeszcze nawet nie wiedziałam co to jest i jak smakuje, ale spodobała mi się i nazwa i wygląd (zwłaszcza ten wierzch udekorowany bitą śmietaną na kształt drobnych kuleczek, dodatkowo sowicie oprószonych słodkim kakao). Otrzymałam, spróbowałam i przepadłam, bo okazało się, że dominuje tutaj smak kawy, którą zaczynałam kochać miłością absolutną. Wtedy też poprzysięgłam sobie, że kiedyś je upiekę.

Kiedyś miało miejsce dopiero kilka lat temu, potem na długo, długo zapomniałam o tym wypieku, ale ostatnio nadarzyła się okazja, by owe tiramisu upiec ponownie, jednak tym razem nadałam mu kształt eleganckiego tortu, do wykonania którego wykorzystałam moje ulubione, niezwykle mięciutkie, puszyste, nasączone świeżo zaparzoną czarną kawą z kieliszkiem wybornego amaretto blaty biszkoptowe, które przełożyłam dużą ilością przyjemnie słodkiego, aksamitnego kremu (z podanych proporcji wykonałam dodatkowo jeszcze 2 monociastka), boki obkleiłam podłużnymi biszkoptami, zaś wierzch udekorowałam tak, jak zapamiętałam z nastoletnich czasów 😉

Co tu dużo pisać – tort jest przepyszny: wytworny, delikatny, z przenikającymi się smakami kawy, śmietany, migdałów oraz kakao.

Idealny na większe oraz mniejsze przyjęcia, do filiżanki gorącej kawy lub herbaty, popijanej w gronie najbliższych osób 😉

Przepis na tort tiramisu (tortownica o średnicy 23 cm) (Przepis na biszkopt pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty, a na krem z jakiejś internetowej stronki – nie pamiętam jakiej, bo trafiłam na niego dawno, dawno temu)

Składniki:

Biszkopt:

  • 3/4 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 1/4 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 3/4 szklanki cukru
  • 5 jajek
  • szczypta soli

Krem tiramisu:

  • 3 żółtka
  • 120 g cukru pudru
  • 1 kg serka mascarpone
  • 40 ml likieru amaretto

Krem śmietanowy:

  • 250 ml śmietany 36%
  • 250 g serka mascarpone
  • 2 łyżki cukru pudru

Dodatkowo:

  • kawa + amaretto (do nasączenia)
  • 1 opakowanie podłużnych biszkoptów
  • słodkie kakao (do oprószenia)

Sposób przygotowania:

Biszkopt:

Białka ubić ze szczyptą soli, po czym powoli, łyżka po łyżce, wsypać cukier, następnie, cały czas miksując, wlać żółtka. Na sam koniec masę jajeczną wymieszać ręcznie, szpatułką, z przesianymi mąkami.

Ciasto przelać do wyłożonej wcześniej papierem do pieczenia tortownicy.

Piec około 35-40 minut, w temperaturze 170°C

Wyjąć. Wystudzić. Ściąć górę i przekroić na 3 blaty.

Krem tiramisu:

Żółtka ubić z cukrem pudrem do otrzymania gęstej, jasnożółtej masy. Następnie wymieszać z serkiem mascarpone. Śmietanę ubić na sztywno i wmieszać do masy. Na sam koniec wlać likier amaretto.

Krem śmietanowy:

Zmiksować wszystkie składniki.

Wykonanie:

Pierwszy blat nasączyć kawą z likierem, posmarować kremem tiramisu, przycisnąć drugim blatem, nasączyć, posmarować kremem, przycisnąć ostatnim blatem, nasączyć, z wierzchu i po bokach cienko posmarować kremem tiramisu, potem po bokach nałożyć dość grubą warstwę kremu śmietanowego, poprzyklejać biszkopty i owinąć wstążką. Resztą kremu śmietanowego ozdobić wierzch, przy pomocy rękawa cukierniczego, z końcówką w kształcie kółeczka – schłodzić.

Przed podaniem oprószyć słodkim kakao.

Przechowywać w lodówce.

Zaszufladkowano do kategorii Przepisy, Torty | Dodaj komentarz

Sernik pistacjowy

Genialny przepis na wspaniały, kuszący pastelową zielenią sernik pistacjowy (wykorzystałam gotową pastę, którą można nabyć w sklepach ze zdrową żywnością, więc barwa jest bardziej przygaszona, ale myślę, że gdy samodzielnie zmiksuje się orzeszki, to wtedy ta zieleń będzie bardziej soczysta): kruchutki, maślany spód, zwarta, ale jednocześnie kremowa masa serowa o lekko różanym lub waniliowym aromacie (w zależności od tego czy doda się wodę różaną czy esencję waniliową) i polewa z białej czekolady obsypana chrupiącymi orzeszkami 😉

Przyjemnie słodki. Zieloniutki. Delikatny. Aksamitny. Niebanalny. Prosty w wykonaniu i oczywiście przepyszny.

Bardzo polecam!

Przepis na sernik pistacjowy (tortownica o średnicy 24 cm) (Przepis na spód pochodzi z bloga: https://smacznapyza.blogspot.com/, a na masę serową z Moich Wypieków; ja upiekłam w większej foremce, dlatego też spód jest cieniutki, z kolei masę serową wykonałam z 1,5 proporcji)

Składniki:

Spód:

  • 180 g mąki pszennej (tortowej)
  • 60 g mąki krupczatki
  • 12 g cukru pudru
  • 150 g masła
  • 3 żółtka
  • 9 g proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Masa serowa:

  • 250 g twarogu półtłustego (trzykrotnie zmielonego)
  • 250 g serka mascarpone
  • 300 g zmielonych niesolonych pistacji (waga bez łupinek) lub gotowej pasty pistacjowej
  • 400 ml słodzonego mleka skondensowanego
  • 2 jajka
  • 2 łyżeczki wody różanej lub ekstraktu z wanilii

Dodatkowo:

  • 100 g białej czekolady +80 ml śmietany 30% (na polewę)
  • pistacje (do ozdoby)

Sposób przygotowania:

Wszystkie składniki na spód zagnieść – powstanie coś w rodzaju kruszonki, którą należy wylepić wcześniej wyłożoną papierem do pieczenia formę. Następnie ponakłuwać widelcem.

Podpiec około 15 minut, w temperaturze 180°C (wstawiać do nagrzanego piekarnika)

Na podpieczony spód wyłożyć masę serową: pistacje zmiksować na „mąkę”, potem wlać mleko skondensowane i zmiksować ponownie – powstanie gęsta pasta pistacjowa. Jeśli korzysta się z gotowej pasty pistacjowej, to należy pominąć ten etap i po prostu dokładnie zmiksować wszystkie składniki (nawet jeśli wykorzystuje się tutaj gotową pastę, to i tak używa się mleka skondensowanego, ale nie łączy się go najpierw ze zmielonymi pistacjami, tylko z pozostałymi produktami).

Piec około 1 h, w temperaturze 150°C (wstawiać do nagrzanego piekarnika).

Ciasto wystudzić w uchylonym piekarniku.

Chłodny sernik oblać polewą z białej czekolady (podgrzać śmietanę, zestawić z palnika, wrzucić połamaną na kostki czekoladę, chwilę odczekać i wymieszać na gładki sos) i ozdobić pistacjami.

Zaszufladkowano do kategorii Przepisy, Przepisy, Serniki | Dodaj komentarz

Niemoc

Pośród martwych pól

smętnie Dusza śpiewa,

mrocznej pieśni ból

ukołysał drzewa.

Boso i w amoku

kroczę bez gwiazd nocą –

pustka mego wzroku

znaczona niemocą.

Bukiet czarnych róż

składam z jaźnią starca.

W sercu szklany nóż.

Nienawidzę marca.

(autor: ja)

 

Zaszufladkowano do kategorii Moje wiersze | Dodaj komentarz

Lawendowe ślimaczki

Absolutnie urzekają mnie kwiatowe wypieki, bo są tak niesamowicie wytworne oraz aromatyczne. Wystarczy posłużyć się fantazją, by powstały prawdziwe cuda: bajeczne torty z różami, serniki z bratkami, babeczki z hibiskusem, bezy z fiołkami czy tartaletki z malwą – a to dopiero początek tego słodkiego bukietu 😉

Ja może nie upiekłam nic artystycznie nadzwyczajnego, bo kruchutkie, maślane zawijasy z cukrowo-lawendowym nadzieniem, ponieważ zależało mi na czymś małym oraz szybkim, ale i tak przepięknie pachniało, mieniło się fioletem, no i wspaniale smakowało.

Przepis na lawendowe ślimaczki (mi wyszło 45 sztuk ) (Przepis na ciasto  pochodzi z Moich Wypieków)

Składniki:

Ciasto:

  • 2 i 1/4 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 3/4 szklanki cukru pudru
  • 230 g masła
  • 1 duże jajko
  • skórka otarta z 1 cytryny lub pomarańczy
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego
  • duża szczypta soli

Nadzienie:

  • 75 g masła
  • 1/4 szklanki brązowego cukru
  • 1,5 łyżki płynnego miodu
  • 2 łyżki suszonej lawendy

Sposób przygotowania:

Wszystkie składniki wrzucić do miski i zagnieść z nich ciasto, z którego uformować kulę, owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1h.

Po upływie wskazanego czasu ciasto rozwałkować na kształt prostokąta o wymiarach: 30×30 cm, na grubość około 4 mm i równomiernie (zostawiając nieposmarowane brzegi) rozsmarować lawendowe nadzienie (wszystkie składniki wrzucić do garnka i podgrzewać do rozpuszczenia masła i cukru).

Następnie, zaczynając od szerszego boku, prostokąt zwinąć w rulon – gotowy zawinąć w papier do pieczenia i umieścić w zamrażalce na 1h.

Po wyłożeniu ciasto odwinąć z papieru, pokroić na plasterki o grubości 0,5 cm i ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 12-15 minut, w temperaturze 190°C (wstawiać do nagrzanego piekarnika).

Wyjąć. Wystudzić.

Zaszufladkowano do kategorii Ciasteczka | Dodaj komentarz

„Moja przeszłość jest smutna, teraźniejszość to katastrofa, na szczęście nie mam przyszłości” – „Jak się ma twój ból?” autorstwa Pascala Garniera

Błękit mojego nieba jest smutny i rozmarzony.

Rozmarzony smutkiem.

Smucący marzeniami.

Ślinię palec i nawijam go niczym watę cukrową.

Próbuję. Rozpuszcza się w ustach, ale nie jest jak wata słodki.

Jest na granicy smaku i bezsmaku. Z nutką wyczuwalnej gorzkości.

Z gorzkością w ustach zdmuchuję chmury jak puchate, kuliste dmuchawce.

Pragnę ujrzeć błękit czysty, co to przypomina najwspanialsze polodowcowe jezioro – jezioro właśnie, a nie łzę, która zatruwa, a nie oczyszcza.

Jak się ma mój ból?

Czyli po genialnej „Teorii pandy” nadszedł czas na „Jak się ma twój ból?” autorstwa Pascala Garniera.

 

Starszy, schorowany Simon Marechall pod wpływem impulsu zatrzymuje się w miejscowości wypoczynkowej Vals-les-Bains, gdzie na ławce w parku poznaje dużo młodszego pracownika fabryki, zajmującej się obróbką opasek uciskowych, Bernarda Ferranda, który jest jego zupełnym przeciwieństwem: pierwszy jest dobrze sytuowany, zdystansowany, wyczerpany, rozgoryczony, sprawiający wrażenie otępiałego na wszystko oraz funkcjonujący według zasady, że mógł żyć wszędzie, tylko nie tam, gdzie akurat był, drugi prostoduszny, niezdarny, cieszący błahostkami i mimo ciężkich przeżyć przepełniony optymizmem – może właśnie to jest impulsem do złożenia mu propozycji, by za spore wynagrodzenie wystąpił w roli nie tylko kierowcy i udał się z nim do nadmorskiego kurortu le Camp d’Agde, w celu wywiązania z ostatniego zlecenia, ponieważ Simon trudni się specyficzną deratyzacją, mianowicie usuwa, tyle że… ludzi, ale również w celu osoby, która ostatecznie pomoże mu popełnić samobójstwo. Mężczyźni, po uprzednim zapoznaniu Simona z matką Bernarda – odważną, hardą, ekstrawagancką Anaïs (łapała się w życiu rozmaitych zajęć: od wykonywania cudacznych kapelusików, przez strzyżenie psów, do odczytywania kart tarota; obecnie trwa w swojej „galerii staroci”, męczy ją chroniczny kaszel, pije zbyt dużo negrity i rozmawia z lampą  w kształcie naturalnej wielkości nagiej Murzynki), z którą chłopak jest niezwykle związany, wyruszają w  podróż nie tylko nad morze, ale i każdy w głąb siebie, a pomiędzy nimi, w przeciągu tych kilku dni, nawiązuje się osobliwa relacja: taka „szorstka bliskość”, dzięki której Bernard od nie wiadomo kiedy uronił łzę; w procesie chemicznym, w wyniku skomplikowanego połączenia emocji, na dnie oka wytworzyła się ciepła, słona ciecz. Pierwszy raz od wielu lat. Łza spłynęła po krętych liniach zmarszczek na jego policzku, na usta, a potem na brodę. To było przyjemne, jak nieustanny wytrysk. Przynajmniej raz serce przydało mu się do czegoś innego niż pompowanie krwi. Po drodze zgarniają jeszcze pochodzącą z domu dziecka Fionę i jej córeczkę Violette, które wprowadzają lekki chaos, a na miejscu poznają pulchną, spragnioną towarzystwa, przypominającą dobrą wróżkę taksydermistkę Rose – tym, co wydaje się być cechą wspólną wszystkich bohaterów jest potworna samotność, i to chyba ona ich tak dziwnie przyciąga, i oczywiście indywidualny ból, który każdy skrywa w sobie, przeważnie udając, że wcale tak nie jest. A może prościej, prawdziwiej i bardziej oczyszczająco byłoby pozdrawiać się tak, jak przechodnie w którymś zakątku Afryki: jak się ma twój ból?

 

„Jak się ma twój ból?” objętościowo (174 strony – Wydawnictwo Claroscuro) jest opowiadaniem, ale jeśli chodzi o treść, to jest to bardzo, bardzo długa powieść. Bo o życiu i o śmierci traktująca, a nawet mocniej o tej drugiej; bo w sumie życia nigdy nie można być pewnym, że będzie, a śmierci jak już jest to życie, to tak. Powieść usiana metaforami i symbolami. Grozą i czarnym humorem. Pełna pustki, tęsknot, beznadziei, kontrastów i uniwersalnych prawd. Z wyrazistymi bohaterami. Oszczędnymi, jednak uderzającymi dialogami. Podskórna. Nakłaniająca do rozważań, ale przy tym nic nie narzucająca. Niejednoznaczna, przez co zatrważająca. Wielowymiarowa. Gorzka. Smutna. Ponura. Aczkolwiek chwilami rozbawia, do tego nie odziera zupełnie z nadziei. Idealnie przemyślana, bowiem nie ma tu zbędnego nawet jednego zdania. Z typową dla tego autora konstrukcją, czyli że czytelnik najpierw poznaje zakończenie, a dopiero potem, powolutku, z niesamowitym jak na trudną tematykę spokojem, rozwijają się przed nim szczegóły tej historii. Książka napisana emocjami (mimo to wyważona) oraz przepięknym, choć prostym językiem, bo przecież te szepczące gwiazdy, kilometry tiulu, niskie niebo zaczepiające pierzastymi strzępami o zbocza gór, księżycowy krajobraz, poczciwe słońce pozbawione wyobraźni, za to pełne dobrych intencji, lekkie i połyskujące niczym wróżki ważki, niebo i morze walczące o bezkres, perłowy blask księżyca, czereśnie pod wpływem słońca zmienione w stosy połyskujących rubinów czy chmury koloru niebieskich i różowych draży nie mogą nie zachwycić. No nie mogą. I ta tkaninowo-tapetowa wzorzysta okładka też nie może.

Czas w pokojach hotelowych nie płynie, tylko stoi jak woda w starej odnodze rzeki.

Nie należy ufać temu, co zbyt widoczne. Najczęściej to zwykła lipa.

W pewnym wieku sen jest rzadkim luksusem i człowiek budzi się z żalem.

– Sny są durne.

– Tak. Sny są durne. Po co w ogóle są?

– Bo życie nam nie wystarcza.

Dlaczego życie z takim upodobaniem jedną ręką odbiera to, co przed chwilą dało drugą?

Życie jest w oku, w spojrzeniu.

Zaszufladkowano do kategorii Literatura, Literatura | Otagowano | Dodaj komentarz

Błyskawiczny torcik „Knoppers” (na cieście francuskim)

Przeczytałam fajne książki, obejrzałam fajne filmy, obecnie czytam fajną książkę i mam nadzieję, że ten film, który zamierzam zobaczyć również okaże się fajny – tyle fajnego dla umysłu; mniej lub bardziej ambitnego, a jakoś tak mało mocy, by o tym napisać…

Tymczasem podzielę się kolejnym przepisem na coś, co ponoć najlepiej jada się o 9.30, a mowa oczywiście o popularnych „Knoppersach”, tyle że w wersji bardziej eleganckiej, bo tortowej, ale to nie oznacza, że pracochłonnej, bowiem ten torcik, zważywszy na wykorzystanie gotowego ciasta francuskiego, robi się naprawdę błyskawicznie, zresztą podobnie jak masy: jest i ta biała (na bazie masła oraz mleka w proszku), i ciemna (z dużą ilością „Nutelli” i chrupiących orzechów laskowych) – obie słodkie i obie pyszne 😉

Bardzo polecam.

Przepis na torcik „Knoppers” (tortownica o średnicy 24 cm) (Przepis na kremy pochodzi z bloga: http://megs-88.blogspot.com/)

Składniki:

Masa mleczna:

  • 1/3 szklanki mleka
  • 263 g miękkiego masła 
  • 300 g mleka w proszku
  • 2 płaskie łyżki cukru pudru
  • 1,5 łyżeczki aromatu waniliowego

Masa czekoladowo-orzechowa:

  • 240 g kremu „Nutella”
  • 150 g miękkiego masła 
  • 1,5 łyżki gorzkiego kakao
  • 2 garstki podprażonych i posiekanych orzechów laskowych

Dodatkowo:

  • 1 płat ciasta francuskiego (375 g)
  • 50 g mlecznej czekolady + 3 łyżki śmietany 30%
  • 3 wafelki „Knoppers”
  • 1 jajko + 1 łyżka mleka

Sposób przygotowania:

Z ciasta francuskiego wyciąć 3 koła o średnicy 24 cm. Z wierzchu posmarować je jajkiem wymieszanym z mlekiem. Ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec przez około 15-20 minut, w temperaturze 200°C (do zezłocenia).

Wyjąć. Wystudzić.

Przygotować masy.

Masa mleczna:

Masło ubić z cukrem pudrem na jasną puszystą masę, po czym powoli, cały czas miksując, wlać chłodne mleko. Następnie wsypać mleko w proszku i wlać aromat waniliowy – wymieszać do uzyskania jednolitego kremu.

Masa czekoladowo-orzechowa:

Orzechy uprażyć na suchej patelni, potem zetrzeć z nich skórkę – tak przygotowane posiekać na drobne kawałeczki (można też kupić gotowe prażone). Masło zmiksować, dodać do niego „Nutellę”, wsypać gorzkie kakao – wymieszać na gładką masę, po czym wrzucić orzechy – połączyć.

Wykonanie:

Na pierwszym blacie rozsmarować masę mleczną, przycisnąć drugim blatem, następnie wyłożyć masę czekoladowo-orzechową, przycisnąć trzecim. Z wierzchu oblać polewą (roztopić w kąpieli wodnej) i obsypać posiekanymi wafelkami „Knoppers” – schłodzić w lodówce i przechowywać w lodówce, ale najlepiej wyjmować jakieś 3 h przed spożyciem, by masy zmiękły.

Zaszufladkowano do kategorii Batonikowo - pralinowe wypieki, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

Deser „żółty ser”

Pomysłowy przepis na prosty i błyskawiczny deser, który swoim wyglądem do złudzenia przypomina krąg sera żółtego 😉

Do jego wykonania potrzebne są tylko 4 składniki, czyli gęsty jogurt naturalny, pulpa z mango (może być również z brzoskwini), galaretka cytrynowa (albo brzoskwiniowa) i woda.

Potrzebna jest również specjalna łyżeczka do wydrążania kulek z owoców oraz słomki o różnej średnicy, co pozwoli na odpowiednią charakteryzację.

Deser nie jest więc niczym innym, jak ciekawie wyglądającym, bardzo orzeźwiającym jogurtowcem o smaku mango.

Polecam!

Przepis na deser „żółty ser” (tortownica o średnicy 24 cm) (Przepis pochodzi z bloga: https://aniagotuje.pl/)

Składniki:

  • 800 g gęstego jogurtu naturalnego
  • 500 g pulpy z mango
  • 2 galaretki o smaku cytrynowym (użyłam tych na agarze) + 740 ml wrzątku

Sposób przygotowania:

Galaretki rozpuścić w gorącej wodzie – odstawić do wystudzenia.

Jogurt wymieszać z pulpą z mango na jednolitą masę, potem, cały czas mieszając, wlać wystudzone, ale wciąż płynne galaretki.

Tak przygotowaną masę przelać do wyłożonej folią spożywczą tortownicy – wstawić do lodówki do stężenia.

Gdy deser stężeje, wyciągnąć go z formy i specjalną łyżką do wykrawania kulek z owoców oraz słomkami o różnej średnicy ucharakteryzować go na żółty ser.

Przechowywać w lodówce.

Zaszufladkowano do kategorii Desery, Owocowe | Dodaj komentarz