„Dziwaczek” (ciasto z „Ptasim Mleczkiem”, kremem czekoladowym, galaretką i bakaliami)

Jako posiadaczka 2 dużych opakowań „Ptasiego Mleczka”, którego nikt nie chciał jeść, postanowiłam znaleźć przepis na ciasto, w którym wszystko wykorzystam (bo leżą już sobie w barku jakieś 1,5 roku), a jeść będzie chciał każdy – i znalazłam!

Przepyszne, wysokie, aromatyczne, podzielne, rodzinne ciasto tortowe o nazwie „Dziwaczek”, bo naprawdę dużo się w nim dzieje: jest kakaowy biszkopt z orzechami i rodzynkami i taki po prostu kakaowy, a oba nasączone likierem kawowym, jest aksamitny krem na bazie gorzkiego kakao (można zastąpić kawą), który zamiast na mleku wykonałam na śmietanie 30% i to był doskonały pomysł, bo wyszedł jeszcze bardziej kremowy, jest galaretka truskawkowa, lśniąca polewa czekoladowa, kwiatuszki z bitej śmietany i oczywiście cała masa „Ptasiego Mleczka” (białego i ciemnego, czyli pełna rozpusta!).

Wypiek jest dość pracochłonny, ale moment konsumpcji wynagradza ten trud 😉

Przepis na ciasto „Dziwaczek” (blacha o wymiarach 25x35cm) (Przepis pochodzi z bloga: https://malacukierenka.pl/ – podaję z moimi zmianami )

Składniki:

Biszkopt bakaliowy:

  • 6 łyżek mąki pszennej (tortowej)
  • 1 łyżka gorzkiego kakao 
  • 3/4 szklanki cukru
  • 6 dużych jajek ( białka i żółtka osobno)
  • 100 g posiekanych orzechów włoskich
  • 70 g rodzynków
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Biszkopt kakaowy:

  • 80 g mąki pszennej (tortowej)
  • 140 g cukru
  • 2 łyżki gorzkiego kakao 
  • 4 duże jajka (białka i żółtka osobno)
  • 1/4 łyżeczki aromatu waniliowego
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Krem czekoladowy:

  • 4 duże żółtka
  • 0,5 szklanki cukru
  • 2 łyżki mąki pszennej (tortowej)
  • 1 łyżka gorzkiego kakao (lub 2 łyżki kawy rozpuszczalnej)
  • 3/4 szklanki śmietany 30%
  • 260 g miękkiego masła

Polewa czekoladowa:

  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 80 ml śmietany 30%

Dodatkowo:

  • 2 galaretki o smaku truskawkowym rozpuszczone w 750 ml ciepłej wody
  • 600 g „Ptasiego Mleczka” (użyłam czekoladowego w białej czekoladzie i waniliowego w gorzkiej czekoladzie)
  • likier kawowy (do nasączenia)
  • 500 ml śmietany 36% + 2 łyżki cukru pudru + 1 łyżeczka aromatu śmietankowego + 2 fixy do śmietany
  • słodkie kakao (do oprószenia)

*w wersji wegetariańskiej należy użyć galaretki z agarem

Sposób przygotowania:

Biszkopt bakaliowy:

Białka ubić ze szczyptą soli na sztywno, następnie, powoli, łyżka po łyżce dodawać cukier, potem żółtka, a gdy powstanie jasnożółta, gęsta, puszysta masa wsypać mąkę przesianą z gorzkim kakao oraz proszkiem do pieczenia. Na sam koniec delikatnie wmieszać orzechy włoskie i rodzynki.

Ciasto przelać do blaszki wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 35 minut, w temperaturze 180°C (wstawić do nagrzanego piekarnika)

Wystudzić.

Biszkopt kakaowy:

Białka ubić ze szczyptą soli na sztywno, następnie, powoli, łyżka po łyżce dodawać cukier, potem żółtka i aromat, a gdy powstanie jasnożółta, gęsta, puszysta masa wsypać mąkę przesianą z gorzkim kakao oraz proszkiem do pieczenia.

Ciasto przelać do blaszki wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 30 minut, w temperaturze 180°C (wstawić do nagrzanego piekarnika)

Wystudzić.

Krem czekoladowy:

Żółtka utrzeć z cukrem do białości i puszystości, następnie dodać mąkę i gorzkie kakao – zmiksować.

Śmietankę 30% zagotować, a gdy zacznie delikatnie bulgotać wlać mieszankę, i cały czas mieszając, gotować do momentu uzyskania konsystencji budyniu.

Zdjąć z palnika. Wystudzić. Zmiksować z miękkim masłem na jednolitą masę (można też masło dodać do ciepłego budyniu, zmiksować i wtedy wystudzić).

Wykonanie:

Blat bakaliowy nasączyć likierem kawowym, posmarować połową kremu czekoladowego, poukładać „Ptasie Mleczko” w taki oto sposób:

a pomiędzy wolne przestrzenie i z wierzchu wylać tężejącą galaretkę truskawkową – wstawić do lodówki do całkowitego stężenia.

Gdy galaretka stężeje przykryć ją pozostałym kremem czekoladowym, przycisnąć blatem kakaowym, nasączyć likierem kawowym, oblać polewą czekoladową (podgrzać śmietanę, a gdy zacznie wrzeć zdjąć ją z palnika i wrzucić połamaną na kostki czekoladę, chwilę odczekać i wymieszać na gładki sos), wstawić na chwilę do lodówki, by polewa stwardniała, po czym ozdobić kwiatuszkami z ubitej z cukrem, aromatem i fixami kremówki, a z wierzchu oprószyć słodkim kakao.

Schłodzić.

Przechowywać w lodówce.

Zaszufladkowano do kategorii Batonikowo - pralinowe wypieki, Czekoladowe, Przekładane, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

Nadrabianie przeszłości – część X: „Kronika wypadków miłosnych” autorstwa Tadeusza Konwickiego + ekranizacja w reż. Andrzeja Wajdy

Taka jesień jak dzisiaj niech trwa wiecznie – niech rozwielmożni się w całym kalendarzu, nie zostawiając innym porom roku miejsca na istnienie. Niech będzie rudą egoistką z szeleszczącymi włosami, ciemnym brązem lub oliwką oczęt i naigloną od kasztanów suknią. Niech wystawia złocisto-brzoskwiniową twarz do nikłych promieni przytulnego słońca, a w wiatr zaszczepia boleściwość. Niech rozsiewa zapach grzybów, chryzantem, ciasta marchewkowego, wilgotnej ziemi, orzechów, imbiru, gorzkiej pomarańczy, deszczu, zapach chłodnej aury księżyca, kaszmirowego szala, namiętności kochanków i samotniczych spacerów.

Niech pozwoli…

…zatapiać stopy w miękkim mchu

…tańczyć wśród sypiących z drzew liści

…zbierać z traw poranną rosę

…rozmarzać się skrycie w wieczornej mgle

…gładzić jaskrawopomarańczową skórę ogrodowej dyni

…podziwiać rozkwitające dalie i pelargonie

…smażyć śliwkowe konfitury

…czytać i oglądać smutne dzieła

Oddychać, upajać, tęsknić, pragnąć i rozżalać – taka bądź!

Ja pochłonęłam właśnie książkę gorzko-słodką, gdzie gorycz historii, niepokoju i niezrozumienia, a słodycz emocji, nowości i wieku młodzieńczego. Książkę, którą Tadeusz Konwicki gdzieś przede mną ukrył, pozwalając mi poznać ją dopiero teraz – może bym z nostalgią zasmakowała przeszłości, powróciła pamięcią do tych młodzieńczych wrażeń? może bym wyczuła grozę i powagę tła? a może z jakiegoś zupełnie innego powodu – to nie takie ważne, bo najważniejsze, że przeczytałam „Kronikę wypadków miłosnych”, której lektura nakłoniła mnie również do obejrzenia ekranizacji w reż. Andrzeja Wajdy – nie żałuję ani pierwszego, ani drugiego!

To piękna, melancholijna, pełna świeżości doznań, ale nie pozbawiona smętku opowieść, której akcja rozgrywa się latem oraz wiosną 1939 roku na Wileńszczyźnie, o gorącej, pierwszej miłości pomiędzy uczniem ostatniej klasy szkoły średniej Witkiem a uczennicą żeńskiego gimnazjum Aliną. Chłopak pochodzi z dosyć ubogiej rodziny: jest jedynakiem, mieszka z umierającym  i ciągle proszącym o informowanie (gadają i gadają, a ja nic nie wiem, nikt mnie nie informujedziadkiem i samotnie go wychowującą matką Jadzią, ponieważ lata temu ojciec Michał, niesłusznie oskarżony o sprzeniewierzenie pieniędzy, powiesił się na dębowej gałęzi, z kolei dziewczyna wywodzi się z zamożnego rodu: jej ojcem jest surowy pułkownik Nałęcz, rezyduje w osadzonej na działkach wojskowych nowoczesnej willi z ogrodem, gdzie na co dzień obowiązki domowe spełnia najęta do tego służba. Mamie nastolatka bardzo zależy, by ten wzorowo zdał maturę i dostał się na medycynę, stąd przy pomocy próśb, gróźb, modlitw i zabobonów stara się wbijać mu do głowy, że sukces oraz pozycja są najważniejsze, dlatego powinien być silny, chłodny i skoncentrowany na nauce. Niestety, rodzicielka swoje, a młodzieńcze porywy serca swoje, bo gdy chłopak, wyręczając naczelnika pocztowego pana Kieżuna zanosi telegram do rezydencji Nałęczów natyka się na Alinę, to odtąd nie potrafi już przestać myśleć o długiej, kruchej szyi, spadzistych ramionach, popielatoaksamitnych włosach, pachnących rumiankiem, różowo-wrzosowych ustach i oczach, przypominających zupełnie płytką wodę rzeczną, toczącą się po omszałych kamieniach.  I mimo zapamiętałych tłumaczeń samemu sobie, że nie wystawi się na śmieszność, że jest zimny, wyrachowany i bez krzty sentymentów, poddaje się „samobójczemu amokowi”, zapada na „śmiertelną chorobę”, coś się w nim zaczyna budzić, jakieś przykre ruchy, ale znowu nie takie przykre, jakieś przemieszczenia, pulsujące wyrastania, jakaś gorącość dławiąca, jakieś obrzmienia, duszna gwałtowność do końca, a wszystko do tego stopnia, iż zakrada się pod dom wybranki, nocuje w lesie, wykrzykuje pod oknem miłosne wyznania, wyczekuje pod szkołą, opuszcza lekcje, w myślach, a potem już bezpośrednio błaga, by stanęła mu na drodze, błaga o spacer, pieszczotę, uwagę, w końcu o ślub, o ostateczność, bowiem przeciwny im jest podszyty atmosferą nadchodzącej wojny świat oraz ojciec dziewczyny, który nie chce, by ta związała się z niebogatym synem samobójcy, toteż i sam i z pomocą psa Rexa oraz przyszywanego kuzyna Sylwka stara się go przepędzić, w związku z tym młodzi postanawiają najpierw doświadczyć seksualnego uniesienia, potem zawrzeć symboliczne małżeństwo, a następnie odebrać sobie życie – czynią to po oblanej maturze Witka, najadając się durnopianu, co im się nie udaje, a okrutny los i tak ich rozdziela.

Niezwykle klimatyczne, w dźwiękach płynących z patefonu „Jesiennych róż”, dziwnych rozmów o bezsenności, wzbogaconych grami, tańcami, alkoholem oraz obleczonych aurą przestrachu, magii i erotycznego napięcia, są spotkania u trzydziestokilkuletnich sióstr: Olimpii i Cecylii Puciatówien, na które poza Witkiem przychodzi prawosławny Lowa, czyli Lew Tygrysowiczsyn starego niemieckiego Pastora Engel, czyli Engelbarth (choć wolałby Władysław Drewnowski, bo nienawidzi własnego pochodzenia) z podkochującą się w Witku siostrą Gretą Pan Henryk, o którym się zwykle mówi, że jest technikiem.

W powieści są także dwie ważne refleksje:

Pierwsza o tym, że w tamtych latach nikt nie chciał być młodym. Młodość była czymś wstydliwym, niepełnowartościowym, głupawym. Młodość była jakby karą bożą albo czyśćcem wymierzanym awansem (…) Wtedy gardzono młodością. Jeszcze nikt jej nie upiększył, nie uwznioślił, nie przedłużył aż do śmierci. Jeszcze nikt nie nauczył młodości agresji, drapieżnej supremacji, totalitarnego parcia. Jeszcze młodość nie wiedziała, że jest osobną kategorią biologiczną, że jest oddzielną formacją społeczną, że jest szczególnym uprzywilejowanym państwem w państwie powszechnego istnienia. Za tamtych lat dorośli chodzili wyprostowani, pyszni i czcigodni. Wymagali dla siebie szacunku, miłości, pełnego zaufania. Nie musieli się jeszcze kryć po kątach albo schodzić z drogi czy przebierać się i charakteryzować na młodych (…) A później nagle, nie wiadomo jak i kiedy, zwyciężyła młodość. Młodość wolna od kalectw, chorób i brzydoty. Młodość rozkochana w sobie. Młodość pełna pogardy dla niemłodych. Młodość piękna i długowieczna. Młodość z rozsypującymi się kodami uszkadzanych genów. 

a druga, że grzech spędzał sen z powiek, grzech odbierał apetyt, grzech kruszył nawet ludzkie sumienia, choć wydaje się to nieprawdopodobne. Widywano wtedy zbrodniarzy, którzy załamali się pod brzemieniem grzechu i wędrując aż do śmierci po świecie żebrali u ludzi i Boga o wybaczenie. Słyszało się wtedy o rabusiach, co w lęku przed grzechem zwracali ukradzione bogactwa. Spotykano wtedy cudzołożców ofiarowujących niebu swoje genitalia z zabobonnego strachu przed grzechem. Człowiek w owych czasach grzesząc spadał na dno piekieł, stając się kumem i totumfackim diabła, albo wzbijał się świętokradczo do nieba i zrównywał z Bogiem. Grzech miał skrzydła, grzech miał boską duszę, grzech miał siłę galaktycznego orgazmu. A potem ludzie raptem z dnia na dzień zapomnieli o grzechu. Grzech przestał być modny. Ukrywał się jeszcze pewien czas w kruchtach kościelnych, na wsi, u prostych ludzi. Aż w końcu chyba wymarł w zapomnieniu i pogardzie. Teraz ludzie myśleli o zbrodni, mówili o zbrodni, dokonywali zbrodni bez grzechu, zwykle i powszednio, tak jak się je, śpi, oddycha. I w ten sposób nasz świat stał się bezgrzeszny.

Fabuła jest również poprzecinana bieżącymi wydarzeniami społeczno-obyczajowymi (które albo zawierają odautorski komentarz, albo są go pozbawione) o tym, że Lidia Karszun obchodzi ambasady, poselstwa i konsulaty żądając wysłania jej za granicę w poszukiwaniu męża, Jadwiga Koziełł popełniła samobójstwo poprzez wypicie dużej ilości jodyny, co nie udało się Czesławie Zającównie (napiła się esencji octowej) ani Rozalii Motyl (ta z kolei spróbowała kwasu solnego), że sparaliżowana 11-letnia dziewczynka z Montrealu po ucałowaniu relikwii w oratorium św. Józefa została uleczona, że kiedyś konie wspólnie z ludźmi harowały, budowały i cywilizowały ziemię i będąc dziećmi ludzie bardziej potrafili je kochać, a jako dorośli niejednokrotnie je skrzywdzili, że w tamtych latach wszyscy chłopcy śnili samoloty, bo nikt nigdy nie widział ich z bliska, a jak weszły w życie codzienne, pracując, przenosząc z miejsca na miejsce, dźwigając ciężary i zabijając, wtedy już wszyscy przestali o nich marzyć, że przed Szpitalem Czerwonego Krzyża Stefan Karpp, z powodu odrzucenia, strzelił do Marii Jelonek, a potem do samego siebie, a Ślązaczka Anna Sowa, córka właściciela piwiarni Tura w Monachium twierdzi, że jest eks-narzeczoną Hitlera, że były student Józef Wilk chciał zamordować swoją narzeczoną Helenę Sójkę z powodu braku pieniędzy, a emerytowany urzędnik Izby Skarbowej Bronisław Gniadosz oswoił kruka do tego stopnia, że gdy zmarł, ptak w dalszym ciągu przylatywał na jego balkon.

W „Kronice wypadków miłosnych” urzeka zasobna, skoncentrowana na szczegółach, wręcz baśniowa, wyidealizowana, mityczna kraina, którą autor opisał niesamowicie plastycznym, lekkim, barwnym i poetyckim językiem, zakrapiając ją i romantyzmem i przedwojenną trwogą, która gdzieś tam unosi się w powietrzu, w pojawiających żołnierzach, w postaci przepowiadającego przyszłość wszechwiedzącego Nieznajomego; gdzieś się o niej napomknie, ale nigdy nie jest to rozwinięte, bo przecież nie chodzi o to, by dosłownie, a o to, by zachować kabalistyczną równowagę między nieuchronnością śmierci i zagłady a naznaczoną uniesieniami nastoletnią sielanką.

I te stoki leśne obfitujące w krzaki wilczych jagód, wilgoć na omszałych kamieniach i ogromne krople wilgoci błyskające kolorowymi iskrami, przemarzniętą żywicę, las, który szumi złowrogo głosem puszczy, z drzewami szumiącymi tonem podniosłym, głębokim i idącym w niebo, w zawiłych meandrach oplatając miasto, elektryczne lampy w mlecznych kloszach kołyszące się sennie na drewnianych słupach, mokre ogrody, stawy zatłoczone kijankami i trytonami, doliny ze skrzącymi drobinkami seledynowego światła, chude deszczyki podobne do mgły, szpiczasty wiatr, niewyraźne gwiazdy, słodki i trujący zapach czeremchy, skaliste chmury i ich miedziane okruchy, pokryte białym puchem łąki, kaniony wąskich ulic, żółte, wesołe motyle, niebo pełne raptownego błękitu i szybkich, milczących obłoków, wiosenne rozlewiska, łachy kaczeńców, piaszczyste drogi usiane młodymi ziołami, księżyc czerwony i brudny jak ze skrzyni pełnej kurzu i tajemnic, świerkowe pnie, mokre nici pajęcze, wysokie paprocie, kolumny dzikiego szczawiu, poziomki, głóg, polny koper i kruszynę – to wszystko sprawiły, że jakoś tak mi się żal zrobiło, gdy minęło 251 stron (Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”) tej cudnie nastrojowej powieści.

*kawa, orzechy i suszone owoce zawsze, ale jesienią jeszcze bardziej

Trzeba mówić. Ludzie potrzebują.

Lepiej nic nie wiedzieć.

Nigdy i nic nie trzeba brać od ludzi.

Współczucie jest jak łagodny szept niebios, jak pocałunek rozumnego przeznaczenia, jak ciepło cudzej obecności w mroźnych pustyniach wszechświata.

Nie wiadomo, co to miłość, a co dobre wychowanie, co wdzięczność,  co wygoda, co pamięć, a co wyrzut sumienia.

Bo my lubimy zaliczać, nasze pokolenie kocha zaliczać wszelkie jaskrawości świata. To jest nasz sport, nasz hazard. Rywalizujemy ze sobą w ilości zaliczeń. Czasem przecież wystarcza nam muśnięcie przygody, aby ją zaliczyć do swoich trofeów.

– Pan Bóg ciągle grozi końcem świata.

-Dlaczego Pan Bóg? Ludzie sami sobie mogą zrobić koniec świata.

Pewne koty, szczególnie tajemnicze i arystokratyczne, mają oczy podobne do dymu rozesłanego na niebie.

Dobrze jest uciekać przed codziennym trwaniem w jakąś wymyśloną przyszłość, w nie spełnione nigdy warianty losu, w odurzenie rozwydrzonej wyobraźni, ale najlepiej jednak pójść znajomą drogą wstecz, wrócić do starego gniazda, wmieszać się między ludzi, którzy nie znają jeszcze swego przeznaczenia, przebrać się w skórę młodości, przeinaczyć wypadki i zdarzenia, zanurzyć się w tajemniczym, niepokojącym tunelu praprzeszłości nie szukając sensu, logiki, usprawiedliwień, pragnąc jedynie szybko mijającej godziny ukojenia.

Mądra jest śmierć odkrywcy, dobra jest śmierć męża stanu, piękna jest śmierć żołnierza. A moja śmierć jest tylko dla mnie potrzebna.

Ohydne są wszystkie stare ciała, ale własne jest najohydniejsze.

A z tego żalu aż zerknęłam na ekranizację w reż. Andrzeja Wajdy, by poczuć tę historię jeszcze raz i… udało się, bowiem film po pierwsze jest dość dokładnym odwzorowaniem powieści, a po drugie zachowuje metafizyczny klimat rajskiej niedorosłości, charyzmy, dzikości serca i przyrody, poznania, przekraczania granic, witalności, poruszenia, wyroczni, utajonej katastroficzności, jaki występuje w książce, co tylko podkreśla wykorzystany na początku cytat Mickiewicza:

Jedna już tylko jest kraina taka,

w której jest trochę szczęścia dla Polaka:

Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie

Święty i czysty, jak pierwsze kochanie (…)

Ps. W rolę Aliny wcieliła się młodziutka Paulina Młynarska i wyszło jej to genialnie!

😉

źródło ilustracji: http://www.efilmy.tv/film,11453,Kronika-wypadkow-milosnych-1986-PL.html

źródło ilustracji: https://www.teleman.pl/tv/Kronika-Wypadkow-Milosnych-801093

źródło ilustracji: https://film.interia.pl/film-kronika-wypadkow-milosnych,fId,1401

źródło ilustracji: http://kinoelektronik.pl/events/event/syryjscy-zaginieni-sprawa-assada-3/

źródło ilustracji: https://film.interia.pl/galerie/zdjecie,iId,2194576,iAId,222137

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Literatura, Literatura | Dodaj komentarz

Tort Mimoza

Takie składające się z kilku blatów biszkoptowych torty piekę rzadko (częściej są to ciasta w kształcie torciku, czyli po prostu jeden okrągły biszkopt przekrojony na pół i przełożony jakąś masą), bo potrzebuję do tego wyjątkowej okoliczności i taka też ostatnio się nadarzyła: urodziny mamy!

Chciałam więc stworzyć coś najlepszego, coś, co akurat w tym roku urzekło moje oczy, a jest to włoski klasyk w postaci Tortu Mimoza, który tam wypieka się z okazji Dnia Kobiet; żółciutki biszkopt pokruszony z wierzchu i naokoło ma przypominać puszyste kwiaty mimozy (akacji), którymi w tym dniu kobiety są obdarowywane.

Sam tort składa się z 3 niezwykle mięciutkich blatów, nasączonych likierem pomarańczowym wymieszanym z sokiem wyciśniętym z cytryny, co tworzy fajną, orzeźwiającą cytrusową nutę, na których spoczywa cieniutka warstwa bitej śmietany i trochę więcej wręcz musowego kremu budyniowego. Ja wzbogaciłam go jeszcze o dżem jabłkowo-gruszkowy i świeże jeżyny (ale mogą to być inne drobne owoce: maliny, borówki, porzeczki, itp.).

Ciasto jest bardzo delikatne, niezbyt słodkie (ale słodkie) i eleganckie w smaku, a prezentuje się po prostu zjawiskowo 😉

Całym sercem polecam, dla tych szczególnych.

Przepis na tort Mimoza (tortownica o średnicy 23 cm) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Biszkopt:

  • 150 g mąki pszennej (tortowej)
  • 60 g mąki ziemniaczanej
  • 210 g cukru
  • 6 dużych jajek (białka i żółtka oddzielnie)
  • kilka kropel żółtego barwnika w żelu
  • szczypta soli

Krem budyniowy:

  • 6 żółtek
  • 100 g cukru
  • 40 g mąki pszennej (tortowej)
  • 450 ml mleka
  • 1 łyżeczka pasty z wanilii lub nasionka z 1 laski wanilii

Dodatkowo:

  • 1/4 szklanki likieru pomarańczowego + 1/4 szklanki soku z cytryny + 0,5 szklanki wody (do nasączenia)
  • 1 słoik dżemu jabłkowo-gruszkowego
  • 250 ml śmietany 36%
  • 2 łyżki cukru pudru
  • świeże jeżyny/maliny/borówki

Sposób przygotowania:

Krem budyniowy:

Żółtka utrzeć z cukrem do białości i puszystości, następnie dodać 50 ml mleka, mąkę i pastę z wanilii – zmiksować.

Resztę mleka zagotować, a gdy zacznie wrzeć wlać mieszankę żółtkową, i cały czas mieszając, gotować do momentu uzyskania konsystencji budyniu.

Zdjąć z palnika. Wystudzić. Przykryć folią spożywczą. Schłodzić w lodówce przez całą noc.

Biszkopt:

W misce ubić na sztywno białka z solą oraz cukrem (dodawać go stopniowo, łyżka po łyżce), potem, cały czas ubijając, dodać żółtka, a następnie barwnik. Na sam koniec wsypać obie przesiane mąki – wymieszać delikatnie, szpatułką.

Ciasto biszkoptowe rozdzielić równo pomiędzy 2 wyłożone papierem do pieczenia tortownice.

Piec około 20-25 minut, w temperaturze 160°C

Wystudzić.

Wykonanie:

Każdy biszkopt przekroić na 2 blaty (powinny powstać 4 blaty biszkoptowe). Usunąć klejącą i ciemniejszą skórkę biszkoptową. 3 blaty odłożyć, a czwarty pokroić w drobną kosteczkę. W dalszej kolejności blaty ułożyć na sobie i uformować je na kształt kopuły, wycinając nożem odpowiedni kształt. Ścinki również pokroić w kosteczkę i odłożyć.

Pierwszy blat położyć na paterze, nasączyć 1/3 ponczu, połową dżemu, połową bitej śmietany i 1/3 kremu budyniowego. Przykryć drugim blatem, nasączyć połową pozostałego ponczu, dżemem, pozostałą bitą śmietaną i połową pozostałego kremu budyniowego. Przykryć ostatnim najmniejszym blatem i nasączyć resztą ponczu. Cały tort z wierzchu i wokół posmarować cienką warstwą kremu budyniowego, do którego należy poprzyklejać kosteczki biszkoptu, a na szczycie ułożyć świeże owoce.

Schłodzić.

Przechowywać w lodówce.

W całej okazałości

i w przekroju

Zaszufladkowano do kategorii Przepisy, Przepisy, Torty | Dodaj komentarz

Sernik z kawową śmietanką i bezą

Ostatni przepis na sernik dodawałam na bloga 30 lipca – nie oznacza to, że w tym czasie serników nie piekłam, ale to, że piekłam te, które już się tutaj pojawiły.

Tym razem jest nowość – wspaniała!: kruchutki, prawie że sypki, maślany spód (mój ulubiony, na krupczatce), dość ciężka, treściwa, jednak aksamitna masa serowa, dla kontrastu lekka kawowa śmietanka ubita z serkiem mascarpone i chrupiąca bezowa chmurka (popękała mi przy przenoszeniu, ale to tylko świadczy jak cudownie jest chrupiąca).

To po prostu sernik idealny pod względem smaku, zapachu i wyglądu: zrównoważona słodycz, kawowy aromat, chrupkość, kremowość i niesamowita elegancja – taki dla szczególnych osób 😉

Przepis na sernik z kawową śmietanką i bezą (blacha o wymiarach 34x25cm )  (Przepis na spód pochodzi z bloga: https://smacznapyza.blogspot.com/, a na masę serową i bezę z bloga: http://ilovebake.pl/; od siebie dodałam kawową śmietankę)

Składniki:

Ciasto:

  • 240 g mąki krupczatki
  • 80 g mąki pszennej (tortowej)
  • 15 g cukru pudru
  • 200 g masła
  • 4 żółtka
  • 10 g proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Masa serowa:

  • 1 kg twarogu półtłustego (zmielonego przynajmniej dwukrotnie)
  • 3 jajka
  • 2 żółtka
  • 0,5 szklanki oleju
  • 1 szklanka cukru
  • 0,5 szklanki mleka
  • 1 budyń waniliowy (proszek)
  • 1 łyżeczka mąki pszennej (tortowej)

Beza:

  • 6 dużych białek
  • 300 g cukru
  • 1,5 łyżeczki mąki ziemniaczanej
  • 1,5 łyżeczki soku z cytryny
  • szczypta soli

Dodatkowo:

  • 400 ml śmietany 36%
  • 250 g serka mascarpone
  • 2 płaskie łyżki cukru pudru
  • 2 płaskie łyżki kawy rozpuszczalnej (użyłam Nescafé Sensazione Créme)
  • 1 fix do śmietany

Sposób przygotowania:

Na samym początku należy upiec bezę: białko zmiksować ze szczyptą soli na sztywno, po czym powoli, łyżka po łyżce, wsypywać cukier. Następnie dodać przesianą mąkę i sok z cytryny – połączyć. Powstała masa powinna być gęsta i lśniąca.

Bezę przełożyć do blaszki wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 50-60 minut, w temperaturze 150 °C (wstawić do nagrzanego piekarnika; beza ma być chrupiąca z wierzchu).

Wyjąć. Wystudzić.

W tym czasie zagnieść składniki na spód – schłodzić przez 1h w lodówce, po czym wcisnąć w spód wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia blaszki.

Podpiec około 15 minut, w temperaturze 180°C (musi się zarumienić).

Na podpieczony spód wylać masę serową (wystarczy tylko zmiksować składniki).

Piec około 1,5h, w temperaturze 150°C (wstawiać do nagrzanego piekarnika).

Wyjąć. Wystudzić.

Chłodny sernik z wierzchu posmarować kremówką ubitą z mascarpone, cukrem pudrem, kawą oraz fixem, a na niej umieścić wystudzoną bezę.

Przechowywać w lodówce.

Zaszufladkowano do kategorii Przepisy, Przepisy, Serniki | Dodaj komentarz

„Gdy wchodzi się w układ z ciemnością, nie ma żadnych negocjacji co do warunków kontraktu” – „Ślepnąc od świateł” autorstwa Jakuba Żulczyka

Książka „Ślepnąć od świateł” autorstwa Jakuba Żulczyka stała pośród innych już od 3 lat, ale jakoś nie doznałam impulsu, by po nią sięgnąć, nie czułam tego, bo zawsze znalazło się coś literackiego, na co miałam większą, wręcz nieprzepartą ochotę – uczyniłam to dopiero kilka dni temu, a zasadniczym powodem było to, że jeszcze żadnej powieści tego pisarza nie przeczytałam, więc chciałam posmakować światów, jakie tworzy.

Jest to tydzień z życia mieszkającego w Warszawie Jacka Niteckiego, który pochodzi z Olsztyna (urodził się na Jarotach, w części, na którą mówi się „Hamburg”), a przyjechał tu, bo chciał zostać artystą – skończył LO plastyczne i prawie ASP „z jakiejś niejasnej intencji”, uszytej z przegrywanych kaset, albumów o sztuce oraz filmów, do tego uznawał to za metodyczne, powolne i skrupulatne zajęcie, a lubił  i umiał rysować. Jego mama jest emerytowaną nauczycielką, a ojciec milczącym, niespełnionym pisarzem, który wylądował jako dożywotni dyrektor fundacji wspierającej rozwój kultury lokalnej, a za swoje niepowodzenia znęcał się nad rodziną. Jacek ma też młodszą siostrę Paulinę, która posiada roczne dziecko i narzeczonego – razem prowadzą sklep, mimo, że jej udało się ASP ukończyć. Cała rodzina jest przekonana, że mężczyzna pracuje w warszawskim oddziale międzynarodowej korporacji, jednak on zajmuje się czymś zupełnie niepodobnym: jest dilerem narkotyków nastawionym na „osoby z wyższej półki”, a więc dziennikarzy, celebrytów, polityków czy biznesmenów, którzy, jak sam twierdzi, funkcjonują w schizofreniach, w rozdwojenia, a on jest postacią, która zaludnia u nich tę przestrzeń delirium. Jest „bohaterem z ich złego snu”, który obsługuje – jest jego „producentem wykonawczym”, a kokaina czymś namacalnym, czymś, czego można dotknąć, czymś, co rzeczywiście zmienia, przynajmniej na krótką chwilę. Kokaina jest prawdziwa. Jest czysta, biała, twarda, w dużych, stugramowych kościach przypomina wypolerowane do białości kamienie. Pięści. Jest prawdziwsza od złota i diamentów. Kokaina nie podlega kursom i spekulacjom. Inwestuje się w nią i zarabia na niej prawdziwe pieniądze. Ponosi się za nią prawdziwą odpowiedzialność. Dzisiaj, kiedy wszyscy handlują fikcją, wartościami dodanymi, opakowaniami opakowań, gdy większość kapitału to pustka, mydliny, dopisywane cyfry, gdy wszyscy pokornie przyklejeni do komputerów czekają na pęknięcie balonu – mężczyźnie wydaje się, że obraca prawdziwym kapitałem.

Sam Jacek sprawia wrażenie osoby chłodnej, małomównej,, pozbawionej skrupułów, obdarzonej doskonałą pamięcią, piekielnie inteligentnej i metodycznej, która stara się pracować w samotności – nie chce wchodzić w żadne układy, nie chce być od kogokolwiek zależny, lubi być dyktatorem każdej sytuacji, mieć wszystko pod kontrolą, w garści – nie potrafi wyluzować, stara się nie istnieć, stąd jest zameldowany w Olsztynie, w mieszkaniu babci, w którym obecnie bytuje kuzyn ze strony matki – jest tam zarejestrowany jako bezrobotny. Mieszkanie, w którym na co dzień kwateruje jest własnością osoby fikcyjnej. Towar, broń oraz pieniądze trzyma w ostatnim bloku, w kawalerce na dalekiej północy Gocławia, przepisanej na siostrę jego jedynej przyjaciółki Paziny, która jest drobna i chuda, ma ufarbowane na czarno włosy, jej dłonie bez przerwy się poruszają jak dwa małe, walczące pająki (…) przypatruje się ludziom ze spokojem kogoś, kto wie o nich zbyt wiele, aby nimi pogardzać (…) jest osobą, która połyka sekrety, która wie, kiedy mówić, a kiedy być cicho, która odbiera telefony i potrafi być o czwartej nad ranem w miejscu, w którym nie powinna być, po to, aby coś przejąć, zawieźć do siebie, schować i z nikim o tym nie rozmawiać. Samochód, którym Jacek jeździ, czyli grafitowy model Audi R S4 z 2009 roku jest w leasingu na firmę hurtownika, która handluje przez Internet akcesoriami do telefonów komórkowych. Wszystkie telefony ma na karty prepaid, do tego posiada kilka różnych dowodów osobistych i numerów PESEL.

Zdecydował się na dilerkę, będąc na pierwszym roku malarstwa, kiedy to dostrzegł, że w Warszawie robi się 3 rzeczy: mówi za dużo i bezładnie – mówi, aby mówić, bo największą aspiracją jest wiedzieć o pozostałych wszystko, handluje tym, co się wie, ma i nie ma: chodząc, kłamiąc, pokazując się, licząc, pisząc – w efekcie zarabia się albo dużo, albo gówno (dużo jeśli się wie jak handlować, gówno, jeśli wydaje się, że się wie) i wali kokainę; walą wszyscy, których stać, i dosyć spory procent tych, których nie stać – wszyscy traktują ją „jak rytuał”. „Jak gest”. „Jak oczywisty emblemat”.  Co więcej Jacek nie chciał być „kserokopią”, „niedomalowaną ścianą”, „bohaterem studenckiej etiudy filmowej”, „kmiotem klasy średniej z wiecznie niespłaconym debetem na koncie”, toteż w dość krótkim czasie z wiotkiego i smukłego chłopaka, który miał na miesiąc niecałe 1000 zł, stał się „handlarzem złudzeń” dla tych, co czekają, potrzebują więcej, chcą się czegoś pozbyć, uśmiercić w sobie, dla tych, co chcą być mądrzejsi, ważniejsi, lepiej pieprzyć, widzieć wyraźniej problem w tym, że nikt tutaj nie będzie widział wyraźniej. Do oczu wstrzyknięto im mleko, miotają się po swoich życiach jak oślepione zwierzęta po zamkniętych klatkach. Łakną, lgną do siebie nawzajem tylko po to, aby siebie wyrzucić i zgnieść, pozbyć się siebie za dzień, za miesiąc, za rok, a w interesie, w seksie, w przyjaźni – oszukać, wykorzystać, skłamać. Trzymają się swojej własnej wolności, jak najebany trzyma się chwiejnego słupa. Ale nie ma żadnej wolności. Nie dlatego, że ktokolwiek tym wszystkim steruje. Wolności nie ma dlatego, że wszyscy zawsze będą chcieli czegoś więcej, niż mogą mieć. 

Jednakże zmęczenie, niedopatrzenie, wymuszony egocentryzm, przekonanie o nieomylności, emocje, które do siebie dopuścił, czyli szaleńcza miłość, namiętność, sentyment do Beaty, która jest świetna w rozpraszaniu, umie całą uwagę przekierować wyłącznie na siebie. W jej oczach jest coś smutnego, proszącego i zimnego. To, co na ekranie jest świetnym aktorstwem, w rzeczywistości jest świetną manipulacją. Te oczy płaczą i zarabiają (…) jest wytrawną blagierką. Potrafi rozbrajać mężczyzn na piętnaście różnych sposobów. Wywoływać dziesiątki odcieni bólu (…) Jest zaburzona, jest zła. Jest zwykłą kurwą. Po prostu ktoś ją ładnie wyrzeźbił (…) Ona ma żyletki pod skórą, cyjanowodór pod językiem. Jest jak AIDS. Jest jak duże miasto w całej okazałości skompresowane do jednej osoby, a przede wszystkim nieświadomość tego, jak naprawdę wygląda narkotykowa rzeczywistość sprawiło, iż wszystko, dosłownie wszystko, co sobie wybudował zaczyna pękać, a on, za sprawą tych dramatów (szantaż, pobicie, kradzież, zastraszenie, uprowadzenie, zamknięcie w celi, itd.), a zwłaszcza wpływowego kryminalisty Dario, uświadomił sobie, że stracił kontrolę, stał się bezwolny, bo sam się oszukiwał, po pierwsze chcąc się ze zwykłego „lamusa”, „pedała”, „człowieka znikąd” wykreować na kogoś złego, groźnego, na „bezdusznego kawała skurwysyna z twarzą jak cegła i ciuchami z żurnala”, by wzbudzać strach, by zyskać pieniądze i szacunek,  po drugie, bo za bardzo odciął się od tego środowiska, nie wtargnął w nie, nie rozeznał się, a tu są potrzebne układy, tu się komuś podlega, tu, gdzie miasto wygląda jak nabazgrane kolorowymi flamastrami na czarnej płachcie przez ogromne, nadpobudliwe dziecko. Gdzieś z oddali przebija się uszkodzona, świąteczna melodia, przez szum, przez zupę z głosów i kroków, pracujących silników, trzasków zamykanych drzwi (…) otwiera oczy, zamknięte w dzień, budzi się cicho i ciężko, przypomina schlanego mężczyznę. Jego powieki rozchylają się powoli, zmęczone, sklejone ropą. Jest spuchnięte, tak jakby w ściany, w chodniki, w okna, w kostkę Bauma – w to wszystko wsiąknęła już na stałe czarna, brudna woda (…) oddycha ciężko, sapie, próbuje odkrztusić nagromadzoną w gardle flegmę, a jego oddech idzie prosto z flaków, z kanałów, nieświeży i ciężki; jego serce łomocze jak wielki bęben (…), zaś Ludzie. Wylewają się na zewnątrz, w światła i ciemność, w swoje życie, w weekend, w hałas, jak rozsypane ogromną dłonią paciorki jest naprawdę niebezpiecznie.

Jacek pod wpływem tego wstrząsu, zaistniałego chaosu planuje wylecieć do Argentyny – pragnie uciec oraz odpocząć, ale w istocie… i nie potrafi i nie chce się stąd wyrwać.

„Ślepnąć od świateł” to książka gatunkowo niejednoznaczna: niby powieść, niby autoironiczna pogadanka, trochę miastowa ballada po zmroku, turpistyczna epopeja, tekst który obnaża paskudną prawdę i niesie przesłanie moralne, a może po prostu dziennik dilera, ale na pewno jest to coś, co hipnotyzuje stylem, płynnością, swoistą poetyką, rytmem, mimo że jest brudne, cuchnące, wulgarne, szorstkie, zdemoralizowane, ponure, niedbałe i wypłukane z jakichkolwiek emocji – i to czasem aż do przesady, bo zbyt rozwlekle, monotonnie, w nadmiarze. I właściwie ten język pozwolił mi przebrnąć przez 519 stron (Wydawnictwo Świat Książki), bo fabuła kuleje, a raczej za bardzo nie istnieje: nie ma tu ciekawych dialogów, choć ciekawe są dygresje narratora, brakuje dobrze wykreowanych, poza skupiającym na sobie w zasadzie wszystko Jackiem, bohaterów (własną obrzydliwością, drapieżnością oraz „dziwną wilgocią w oczach” broni się jeszcze Dario, a Pazina wzbudza zaufanie i rozczula pozorną nieustępliwością, do tego tylko ona wykazuje realną chęć do zmiany doczesności; jest „najnormalniejszą” postacią), zawiązania, rozwiązania, nagłych zwrotów akcji, napięcia i gry z czytelnikiem. Nie jest to przyjemna pozycja, ale taka z pewnością ma być, a ten lepki, chory i brutalny nastrój jakoś osobliwie zatapia czytelnika w tym podziemnym, rządzącym prawami ciemności półświatku.

Tak naprawdę najbardziej intrygująco zaczyna robić się wtedy, gdy Jackowi, na zasadzie efektu domina, wszystko zaczyna się sypać.

To mocna i porażająca książka nie tylko o uzależnieniach, drugim, nocnym życiu stolicy oraz żądzy posiadania, ale też o ludzkich słabościach, chęci zmiany, szpanerstwie, instrumentalnym traktowaniu drugiego człowieka, agresji, zdradzie, społecznej hierarchii, złudzeniach, sile pieniędzy i znajomości, ale też o samotności, miłości i bezradności.

Nie jest to historia, która jakoś szczególnie chce się usadowić w mojej duszy i w mojej pamięci – może serial będzie lepszy? Premiera jesienią tego roku.

Mimo to nie będę się uprzedzała – myślę, że dam jeszcze szansę książkom: „Zrób mi jakąś krzywdę” i „Radio Armageddon”.

*w kubku czarna kawa, a na talerzyku moje kulki mocy: daktylowo-orzechowe z kokosem

Tym, co mnie w „Ślepnąc od świateł” zachwyciło są liczne, wręcz odczuwane zmysłami porównania, jak chociażby:

polewa chrupkiego śniegu, która chrzęści jak zgniatany styropian, powietrze, co ścina się jak podgrzane białko, oczy zimne jak lód na brudnym jeziorze, noc lekka i rześka jak gazowany napój, sterylnie czysty jak jezioro utlenionej wody, kobieta pachnąca jak śmietankowy tort, świat, który się rozciąga jak wyciągnięta z ust guma do żucia, samochody zlewające się jak powoli podgrzewana modelina, miękkie głosy w ciemności brzmiące jak ze złej kopii starego filmu, drobiny materii i kolorów wirujące jak konfetti zrzucone przez ogromną dłoń, światło, co wchodzi jak dwa tępe noże, głos ciepły jak budyń, on mówiący jakby ktoś smarował powietrze olejem

Wyłowiłam też stąd takie oto, warte uwagi myśli:

Kto przestaje nad sobą panować, ten stracił już poważanie innych.

Z ludzkimi błędami jest tak samo jak z aspiracjami, lękami, fantazjami – jest ich wyłącznie kilka rodzajów.

Życie to Uniwersytet Śmierci.

Czyjaś śmierć wcale nie zwalnia nas z obowiązku mówienia o nim prawdy.

Nie ma nic bardziej kolorowego i żałosnego jednocześnie niż barbarzyńca po awansie.

To komiczne, jak ludzie są święcie przekonani o własnej dobroci. To właściwie jest najkomiczniejsze ze wszystkiego.

W wyludnionych miastach jest coś bardzo szlachetnego.

Gdy jest naprawdę cicho, to bezdźwięczność staje się treścią.

Człowiek to zwierzę z impulsem.

Jeśli ktoś lub coś ma cię zaskoczyć, i tak to zrobi, nieważne, jak nerwowo będziesz się rozglądał, jak cicho będziesz szedł, na ile zamków będziesz zamykał drzwi.

Niektórzy może chcieliby, aby gdzieś w wiszącym nad tym wszystkim powietrzu, tym powietrzu, które ma niezmiennie czarny kolor, było coś jeszcze. Jakiś głos. Jakieś echo. Jakaś prawda. Jakiś skarb. Niektórzy może łudzą się, że to coś tam jest, ale większość z nich w ogóle o tym nie myśli. Myślą o jedzeniu, seksie, płatnościach, podatkach. Przede wszystkim myślą o pieniądzach. O tym, że mają ich za mało. Ci, którzy myślą o czymś więcej, są z góry na przegranej pozycji. Są zdekoncentrowani. Z rozkojarzonym błędnikiem, jakby coś nagle uderzyło ich w skroń. Wpatrywanie się w tę czarną kartkę powietrza nie ma najmniejszego sensu. To, co tam jest, zawsze będzie niewidoczne, gdy stanąć naprzeciwko. To coś, tę prawdziwą treść, można zobaczyć tylko kątem oka, mimochodem. Tak samo nie ma sensu wpatrywać się w ludzi. Są identyczni. Trajektorie ich ruchów, ich myśli, ich lęki są zbieżne w stu procentach. Odróżniają się tylko szczegółami.

Ludzie uwielbiają być ranieni. Odruchowo i posłusznie idą tam, gdzie jest ból. Kojarzą go z bezpieczeństwem. Mylą z miłością. To nawet nie jest smutne, to banalne jak cykl dobowy i prawie wszyscy są do tego przyzwyczajeni.

Wszystko jest tandetne. Absolutnie wszystko jest tandetne. Wszystko w ostateczności przestaje działać i istnieć. Wszystko jest szmelcem.

Ludzie demolują życie innym ludziom, ale tylko dlatego, że są przez nich zapraszani i wpuszczani. Są nieracjonalni i psychotyczni jedynie dlatego, że dostają na to pozwolenie.

Wszystkie intencje są brudne. Zawsze myślimy wyłącznie o sobie. Zawsze myślimy o tym, aby się wzbogacić, aby coś ugrać, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo, w każdej sytuacji myślimy przede wszystkim o naszej wygranej. Nic nie jest czyste. Czystość to pewna idea. Punkt odniesienia, jak śmierć. Nikt nigdy nie widział czystości. 

Wszystko jest echem wszystkiego, wszystko jest lustrem wszystkiego, wszystko współgra ze sobą w kanonie. Wszyscy skończymy tak samo bez sensu.

To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej, wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.

Ludzie nie znaczą zupełnie nic. Znaczą tyle co niewyraźne cienie na ulicach, oglądane z perspektywy samochodu, plamy znikające w ułamku sekundy.

Zło jest błędnym ruchem, zło jest marnotrawstwem czasu i surowców.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Literatura, Literatura | Dodaj komentarz

Jesienny torcik: cynamonowo-cukiniowy z orzechami i kremem ananasowym

Nadszedł czas, by upiec coś jesiennego, ale z tropikalną nutą – tym razem w formie eleganckiego torciku, który zachęca nostalgicznym wyglądem i korzennym aromatem: są mięciutkie, dość puszyste, dzięki dodatkowi cukinii wilgotne (ale nie ciężkie i nie błotniste) cynamonowe blaty, w których przyjemnie chrupią orzechy włoskie, pomiędzy nimi cudownie orzeźwiający, gęsty, aksamitny budyniowy krem ananasowy oraz plasterki soczystego ananasa, a z wierzchu błyszcząca polewa z gorzkiej czekolady – jest naprawdę pysznie, a do tego baaardzo szybko, bo ciasto powstaje z ręcznego wymieszania składników (autorka sugerowała osobne ubicie jajek z cukrem i olejem, ale ja tego nie zrobiłam, a mimo to się udało) – to do roboty? Tak, by zdążyć jeszcze przed niedzielnym popołudniem 😉

Dla fanów wypieków z dodatkiem warzyw mam jeszcze propozycję na muffiny cukiniowo-nutellowe, ciasto marchewkowe z powidłami śliwkowymi i masą z serka kremowego oraz chrupiące ciasteczka marchewkowe, a dla tych, co lubują się w wysokich ciastach przekładanych jesienne ciasto warstwowe (bakaliowy spód, kakaowy biszkopt, masa jabłkowa, krówkowa maślano-budyniowa, krem orzechowy, kakaowe herbatniki, powidła śliwkowe i polewa czekoladowa).

Przepis na jesienny torcik: cynamonowo-cukiniowy z orzechami i kremem ananasowym (tortownica o średnicy 24 cm) (Przepis pochodzi z bloga: http://ostra-na-slodko.pl/; dodałam polewę, dodatkowego ananasa i orzechy)

Składniki:

Cynamonowe ciasto:

  • 1,5 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 3 jajka 
  • 1 szklanka cukru
  • 1 łyżka cukru z prawdziwą wanilią
  • 0,5 szklanki oleju słonecznikowego
  • 1 szklanka startej cukinii
  • 4 plastry pokrojonego w kostkę ananasa z puszki
  • 3/4 szklanki posiekanych orzechów włoskich
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1 płaska łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

Krem ananasowy:

  • 1 szklanka syropu ananasowego z puszki
  • 1 opakowanie budyniu waniliowego (40 g)
  • 1 pełna łyżka cukru
  • 150 g miękkiego masła

Polewa czekoladowa:

  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 80 ml śmietany 30%

Dodatkowo:

  • 5 plasterków ananasa z puszki
  • orzechy włoskie (do ozdoby)

Sposób przygotowania:

Wszystkie składniki na ciasto cynamonowe wrzucić do miski i wymieszać (na sam koniec dodać pokrojonego w kostki ananasa i posiekane orzechy włoskie); można ręcznie, przy użyciu trzepaczki.

Gotowe ciasto przelać do tortownicy wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 1h, w temperaturze 180°C.

Wyjąć. Wystudzić.

W tym czasie przygotować krem ananasowy: 3/4 szklanki syropu ananasowego zagotować z cukrem, a gdy zacznie wrzeć wlać do niego rozrobiony w reszcie soku budyń waniliowy – gotować do gęstości. Zdjąć z palnika. Wystudzić. Chłodny budyń zmiksować na puszysty krem z miękkim masłem.

Wystudzone ciasto cynamonowe przekroić na 2 blaty – pierwszy blat ułożyć na paterze, równomiernie posmarować kremem ananasowym, poukładać przekrojone na pół plasterki ananasa z puszki, przycisnąć drugim blatem, z wierzchu oblać polewą czekoladową (podgrzać śmietanę, a gdy zacznie wrzeć zdjąć ją z palnika i wrzucić połamaną na kostki czekoladę, chwilę odczekać i wymieszać na gładki sos) i ozdobić orzechami włoskimi.

Przechowywać w lodówce.

Zaszufladkowano do kategorii Owocowe, Przepisy, Przepisy, Torty | Dodaj komentarz

Szarlotka tatrzańska

Upiekłam już kruche kakaowe ciasto ze śliwkami i budyniem, z gruszkami nawet 2, bo tartę i drożdżowe, z kawą również 2: torcik Dacquoise  oraz drożdżowe z morelami i serem – nadeszła więc pora na coś z jabłkami (potem pewnie z dynią i orzechami!), bo jesień pachnie i chrupie właśnie (a raczej między innymi) nimi 😉

Natchniona sierpniowym pobytem w Tatrach postanowiłam przywieźć w pamięci ze sobą coś lokalnego, co samodzielnie tutaj stworzę, a był to właśnie widok tatrzańskiej szarlotki, która zerkała na mnie praktycznie zza każdej tamtejszej witryny i z każdej kawiarnianej karty.

Ta szarlotka różni się od pozostałych tym, że po pierwsze zawiera małą ilość kruchego ciasta, po drugie imponująco dużo jabłek, a po trzecie te jabłka nie są tarte, tylko krojone w cieniuteńkie plasterki i układane warstwowo, co po upieczeniu prezentuje się przepięknie; niczym górskie piętra!

Całość, pachnąca i smakująca masłem, delikatną kwaskowatością, słodkim pudrem oraz ostrawym cynamonem, po prostu rozpływa się w ustach 😉

Z jabłkami polecam również:

  1. Szarlotkę różaną z kratką 
  2. Deserową szarlotkę królewską
  3. Jabłecznik z połówek
  4. Jesienny sernik z jabłkami
  5. Ciasto kokosowe z jabłkami
  6. Czekoladowe ciasto z jabłkami
  7. „Niebo w gębie” – staromodne ciasto jabłkowo-orzechowe
  8. Wegańską szarlotkę
  9. Prażone jabłko

Przepis na szarlotkę tatrzańską (blacha o wymiarach 24×34 cm) (Przepis pochodzi z bloga: https://smacznapyza.blogspot.com/ )

Składniki:

Ciasto:

  • 500 g mąki pszennej (tortowej lub krupczatki)
  • 80 g cukru pudru
  • 20 g cukru waniliowego
  • 250 g masła
  • 2 żółtka
  • 2-3 łyżki kwaśnej śmietany 18%
  • 1/3 łyżeczki soli
  • 12 g proszku do pieczenia

Nadzienie jabłkowe:

  • 3 kg twardych jabłek
  • 6-7 płaskich łyżek cukru
  • 1 płaska łyżka cynamonu

Dodatkowo:

  • cukier puder (do oprószenia wierzchu)
  • bułka tarta (do oprószenia spodu)

Sposób przygotowania:

Składniki na ciasto zagnieść, podzielić na 2 części (2/3 i 1/3), z każdej uformować kulę, owinąć folią spożywczą: większą schłodzić w lodówce przez 30 minut, a mniejszą w zamrażalniku.

W tym czasie przygotować nadzienie: jabłka umyć, obrać, usunąć gniazda nasienne, poprzecinać na ćwiartki i posiekać w jak najcieńsze plasterki – całość wymieszać z cukrem oraz cynamonem.

W blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia umieścić na spodzie większą część ciasta, posypać bułką tartą, poukładać posiekane jabłka warstwami tak, by na siebie zachodziły (chodzi o to, by nie było wolnych przestrzeni) i posypać wiórkami startego ciasta schłodzonego w zamrażalniku.

Piec około 60-80 minut, w temperaturze 180°C.

Wyjąć i odstawić na całą noc, by dobrze ostygło i stężało.

Przed podaniem oprószyć z wierzchu cukrem pudrem.

Zaszufladkowano do kategorii Jabłeczniki, szarlotki, z jabłkami, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

Na jawie i we śnie: bestialsko-namiętny koszmar na mrocznej wyspie – „Pod ciemnymi gwiazdami” w reż. Michaela Pearce’a.

Odurzam się szumem lasu oraz niesionym przez powietrze zapachem rzeki i świeżej ziemi. Wyłączam się. Odcinam. Żyję tylko zmysłami. Przyroda jest narkotykiem i będę pożerać go, wciągać niewymiernymi wprost, śmiertelnymi dla prozaiczności ilościami.

Przyjmuję działki blasku księżyca, rozkrzyczanej burzy, ośnieżonego pola, skalistego wybrzeża, lodowatego strumienia, ostrej trzciny, parzącej pokrzywy oraz przyjemnego dmuchawca, działki błotnistego aromatu mchu, goryczy piołunu i fioletowej słodkości maciejki, działki świergotów, chrzęstów, poszeptów, trzepotów i trzasków, działki lepkiej żywicy, brzoskwiniowych brzasków, gwałtownych ulew i pieszczących mżawek, pękających pąków, mgieł nocnych, struktur gładkich i chropowatych, kształtów obłych i kanciastych, tego, co przyciemnione i tego, co mieni się kolorami więcej niż tęczy, tego, co sypkie i tego, co zastygłe, kleiste i suche, błyszczące i matowe – wszystko co znane i nie w przyrodzie, wszystko co trwałe i ulotne.

Lubię to, co ponure i nieokiełznane.

Pragnę dać się pochłonąć, nie zważając na ogólnodostępne.

Trwać z nią i w niej.

Przyroda bywa pełna grozy, niebezpieczna, ale ta groza nigdy nie jest wyrachowana – gorzej jest z człowiekiem, który świadomie na bestialstwo przystaje.

Nie w każdym skrywa się potwór, bo takiego potwora trzeba sobie wyhodować, trzeba go karmić decyzjami – pozwolić mu się rozwinąć, rozsiąść i dręczyć.

Nie lubię ludzi podłych, fałszywych i agresywnych, pretensjonalnych, nieempatycznych i awanturników, egoistów i wścibskich, takich o dyktatorskich zapędach, którzy to chcieliby dyrygować innymi, a jeśli już coś nie idzie po ich chorej myśli, przesyceni zemstą trzęsą się z wściekłości, bo ich nie jest najważniejsze, bo nie mogą porządzić – tak bardzo słabi oni histerycznie wrzeszczą z bezradności, bo nikt ich nie słucha; celowo rezygnuję, bo mam złe myśli, bo nie mam ochoty otaczać się takimi – życie jest zbyt kruche i zbyt krótkie, by taplać się w truciźnie.

Takie bestie solidnie szpikowane tym, co wewnętrzne i tym, co zewnętrzne dojrzewają sobie ukradkiem w bohaterach złowieszczego, ale jakże pociągającego filmu, na który w zeszły weekend wybraliśmy się do kina, a chodzi o „Pod ciemnymi gwiazdami” w reż. Michaela Pearce’a.

Na surowej, brytyjskiej wyspie Jersey mieszka rudowłosa Moll (Jessie Buckley), która na co dzień pracuje jako przewodniczka wycieczek dla emerytów, opowiadając im o lokalnych atrakcjach, do tego opiekuje się zmagającym z Alzheimerem ojcem i śpiewa w kościelnym chórze. Moll wywodzi się z zamożnej, tradycjonalistycznej rodziny, gdzie prym wiedzie apodyktyczna matka Hilary (Geraldine James). Dziewczyna żyje w cieniu uwielbianej, bo dostosowującej do zamkniętej społeczności siostry, sprawiając wrażenie osoby cichej, wycofanej oraz skromnej, jednak w głębi ducha bardzo dobrze wie, że jest wykluczona, że ludzie mają ją za wariatkę, pamiętając napastniczy incydent z nożyczkami z okresu nastoletniego. Stałe napięcie, znużenie, oskarżycielskie i wszystkowiedzące spojrzenia oraz ciążące w atmosferze zakłamanie zostaje wzbogacone o wzniesienie na piedestał siostruni na jej własnych urodzinach – wtedy coś pęka; pęka powłoka wymuszonego spokoju i poukładania, co pozwala wymknąć się do nocnego klubu, upić prawie do nieprzytomności i bawić w towarzystwie nieznanego chłopaka, który nad ranem staje się zbyt natrętny. Los chce, by tego natręta przegonił zbuntowany, nie cieszący dobrą opinią, zajmujący kłusownictwem, trochę niechlujny blondyn ze strzelbą, czyli Pascal (Johnny Flynn). Mężczyzna ma w sobie intrygujące nieokrzesanie, umiejętność przeciwstawiania normom, ma w sobie tajemnicę i namiętność, a do tego zapach, który tak strasznie uwodzi Moll – między kochankami rodzi się gwałtowne, podszyte pożądaniem i fascynacją uczucie, nakazujące nie liczyć się z niczym ani z nikim, wyzbywające jakiejkolwiek ostrożności, nawet wtedy, gdy zaczyna się seria zabójstw, a ofiarami są wyłącznie młode kobiety. Sielankę przerywa obarczenie winą karanego już kiedyś Pascala w co początkowo dziewczyna zupełnie nie chce wierzyć, miotając w miłosnych sidłach wierności, przezorności, zmysłowości, szału, oporu, pogardy i zemsty, co tylko podsycają dręczące ją senne koszmary, szeptanki, sugestie, domysły, okoliczności, wystające z piachu dłonie, zabite zające, ciemne bory i niepokojące melodie.

Kto morduje?

Na to pytanie widz odpowie sobie wielokrotnie, przeskakując z podejrzeniami raz na jednego a raz na drugiego bohatera – nic tutaj nie jest oczywiste.

„Pod ciemnymi gwiazdami” to jednocześnie thriller, romans, dramat i baśń. To niepokojąca, smętna opowieść o przystającym na zło człowieku pośród huku granatowych fal i zaostrzonych skał, pośród pocałunków, oskarżeń, ufności i nienawiści.

Ja jestem zachwycona.

źródło ilustracji: https://www.filmweb.pl/film/Pod+ciemnymi+gwiazdami-2017-803230

źródło ilustracji: http://film.dziennik.pl/trailery/artykuly/578024,pod-ciemnymi-gwiazdami-beast-trailer.html

źródło ilustracji: https://cojestgrane.pl/polska/dolnoslaskie/wroclaw/wydarzenie/3ytz/pod-ciemnymi-gwiazdami/jest

źródło ilustracji: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,152731,23820201,jessie-buckley-z-filmu-pod-ciemnymi-gwiazdami-bestia-jest.html?disableRedirects=true

źródło ilustracji: https://moviesroom.pl/recenzje/recenzje-premier/pod-ciemnymi-gwiazdami-recenzja-mrocznego-brytyjskiego-romansu/

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Film | Dodaj komentarz

Kawowe ciasto drożdżowe z serem i morelami

Ulice są smutne i deszczowe; lubię smutne ulice, bo mam smutną Duszę, a ona krążąc takimi bardziej dostrzega otoczenie – czuje je. Chmury na niebie nie istnieją. Pod butami płynie mi chwilowa rzeka. Świat przejadł się kolorami i świeżymi smakami – teraz chce ponuro, błotniście oraz tęsknie. Teraz chce aromatycznie i treściwie – pragnie widoki i emocje zatopić w herbacie, przechrupać bakaliami tudzież oprószyć kardamonem.

I ja nie tyle wychodzę mu naprzeciw, co łaknę wtopić się minorowy klimat, więc stawiam na stole ogromne ciasto drożdżowe, które pachnie i smakuje jesienią: puszyste, wyrośnięte kawowe blaty przełożone dżemem morelowym, ciężką, tradycyjną masą serową, z wierzchu wzbogacone o morele i słodką kruszonkę – filiżankę czego do tej pyszności?

Przepis na kawowe ciasto drożdżowe z serem i morelami (blacha o wymiarach 25×36 cm) (Przepis na ciasto i masę serową pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty, resztę dodałam od siebie)

Składniki:

Ciasto drożdżowe:

  • 4 i 1/4 do 4,5 szklanki mąki pszennej (tortowej) (minus 3 łyżki, w miejsce których należy wsypać kawę)
  • 14 g drożdży suchych
  • 3 płaskie łyżki kawy rozpuszczalnej (użyłam Nescafé Sensazione Créme)
  • 200 ml maślanki lub kefiru
  • 90 g masła (roztopionego i przestudzonego)
  • 3 duże jajka
  • 1 żółtko
  • 0,5 szklanki + 2 łyżki cukru
  • szczypta soli

Masa serowa:

  • 800 g twarogu półtłustego lub tłustego (zmielonego dwukrotnie)
  • 2 żółtka
  • 8 łyżek masła (miękkiego)
  • 1 szklanka cukru pudru
  • 2 łyżki cukru waniliowego

Kruszonka:

  • 1 szklanka mąki pszennej (tortowej)
  • 10 łyżek cukru
  • 120 g masła (miękkiego)

Dodatkowo:

  • 1 słoik dżemu morelowego
  • świeże morele (wykorzystałam 25 dość dużych sztuk)

Sposób przygotowania:

Mąkę wymieszać z kawą i suchymi drożdżami, dodać resztę składników – wyrobić, pod koniec wlewając roztopione i przestudzone masło. Ciasto wyrabiać do momentu aż stanie się miękkie i elastyczne. Uformować je w kulę, włożyć do oprószonej mąką miski i odstawić pod przykryciem w ciepłe miejsce na 1,5-2 h.

Połączyć składniki na kruszonkę – wstawić do lodówki.

Po upływie wskazanego czasu wyrośnięte ciasto krótko wyrobić i podzielić na dwie równe części. Pierwszą część umieścić na spodzie wyłożonej papierem do pieczenia blaszki, posmarować dżemem morelowym, wyłożyć masę serową (ser przecisnąć dwukrotnie i dokładnie połączyć z resztą składników), przykryć drugą częścią rozwałkowanego ciasta, na nim poukładać obrane i pokrojone w ćwiartki morele i obsypać z wierzchu schłodzoną kruszonką – ciasto odstawić do ponownego wyrośnięcia na 1,5 h.

Piec około 1 h, w temperaturze 180°C (do suchego patyczka i zarumienienia się kruszonki), następnie wyłączyć piekarnik, delikatnie uchylić drzwiczki i zostawić w nim do całkowitego wystudzenia.

Zaszufladkowano do kategorii Drożdżowe, Owocowe, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz

Tartaletki z truskawkami, kremem, galaretką i pistacjami

W warzywniakach widzę ostatnie niepakowane truskawki, których świeżym, soczystym smakiem można jeszcze ozdobić pierwsze jesienne wypieki z nostalgiczną nutką owocowego lata 😉

Proponuję kruchutkie, maślane tartaletki wypełnione czerwoną konfiturą i kremem karpatkowym, z którego aksamitnej konsystencji rozkwita truskawkowy kwiat, muśnięty galaretkowatym połyskiem i oprószony chrupką zielenią pistacji – coś wspaniałego…

Tak na ten dzisiejszy, piękny deszczem dzień 😉

Przepis na tartaletki z truskawkami, kremem, galaretką i pistacjami (9 sztuk o średnicy 9cm) (Przepis pochodzi z bloga: https://malacukierenka.pl/; krem z bitej śmietany i mascarpone zamieniłam na karpatkowy)

Składniki:

Kruche ciasto:

  • 250 g mąki pszennej (tortowej)
  • 60 g cukru pudru
  • 130 g zimnego masła
  • 1 jajko

Dodatkowo:

  • 1 opakowanie kremu karpatkowego bez gotowania  (na 400 ml mleka)
  • 400 ml mleka
  • świeże truskawki
  • 9 łyżeczek konfitury truskawkowej
  • 2 pełne łyżki galaretki truskawkowej w proszku rozpuszczonej w 1/3 szklanki gorącej wody
  • posiekane niesolone pistacje

*w wersji wegetariańskiej należy użyć galaretki z agarem

Sposób przygotowania:

Składniki na ciasto szybko zagnieść, rozwałkować je na grubość około 4mm, powycinać kółka trochę większe od średnicy foremek i wyłożyć nimi foremki na tartaletki delikatnie wysmarowane masłem oraz oprószone mąką pszenną – schłodzić w lodówce przez 45 minut.

Następnie wierzch ciasta oprószyć mąką pszenną, wyłożyć na nie papier do pieczenia, a na papier wysypać kulki ceramiczne, które obciążą ciasto (może być też fasola, ryż).

Piec przez 15-17 minut, w temperaturze 200°C (wstawić do nagrzanego piekarnika; wyjąć, gdy dobrze zezłocą się z wierzchu).

Wyjąć. Wystudzić.

Każdą tartaletkę wypełnić łyżeczką konfitury truskawkowej i kremem karpatkowym (wykonać zgodnie z opisem na opakowaniu); ja wyciskałam z rękawa cukierniczego. Wierzch ozdobić na kształt rozkładającego płatki kwiatu: pokroić truskawki w plasterki i powbijać w krem zaczynając od krawędzi. Na koniec owoce posmarować lekko tężejącą galaretką i obsypać posiekanymi pistacjami.

Zaszufladkowano do kategorii Babeczki, muffiny, tartaletki, Owocowe, Przepisy, Przepisy | Dodaj komentarz